Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (290) / 2016

Andrzej Juchniewicz,

HISTORIE ZAKULISOWE (RICHARD RHODES: 'MISTRZOWIE ŚMIERCI. EINSATZGRUPPEN')

A A A
Ludzie ludziom… ludzie Żydom…

Pierwsze polskie wydanie książki Richarda Rhodesa ukazało się w wydawnictwie Bellona w 2008 roku. Skrupulatny wykaz działań oddziałów odpowiedzialnych za eksterminację ludności żydowskiej na terenie Polski oraz Związku Radzieckiego stał się kanonicznym dokumentem Zagłady. Nic dziwnego, że w 2015 roku wydawnictwo W.A.B. postanowiło wznowić pozycję w Serii Historycznej (jest to czwarta pozycja obok książek Małgorzaty Fidelis, Padraica Kenneya i Jerzego Kochanowskiego) ze względu na pionierski i demaskatorski charakter pracy Rhodesa. Ruchome oddziały śmierci stanowią bowiem fundament ostatecznego rozwiązania, dokonywały rzezi ludności żydowskiej, łamiąc wszelkie ustawy, konwencje. Wchodziły w skład machiny Zagłady, długofalowego procesu, który zakończył się podczas dziewiątej rozprawy sądowej, wchodzącej w skład dwunastu procesów norymberskich, toczących się przed Amerykańskimi Trybunałami Wojskowymi (po zakończeniu głównego procesu hitlerowskich zbrodniarzy wojennych przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, który rozpoczął się pod koniec 1945 roku). Proces „USA vs. Otto Ohlendorf i inni” trwał od 15 września 1947 roku do 10 kwietnia 1948 roku i był prowadzony przez skład trzech sędziów, którym przewodniczył sędzia Michael Musmanno. Niestety część załogi Einsatzgruppen nigdy nie została pociągnięta do odpowiedzialności sądowej, a August Hafner (Einsatzkommando 4a), odpowiedzialny za mord dzieci w Białej Cerkwi, został skazany w 1973 roku na osiem lat więzienia. Albert Hartl (EG C), świadek masakry w Babim Jarze, nigdy nie został osądzony, Erich von dem Bach-Zelewski unikał więzienia do późnych lat życia, by w końcu umrzeć w szpitalu więziennym w 1972 roku (w 1962 roku został skazany na dożywocie za zamordowanie w 1933 roku sześciu komunistów; nigdy nie odpowiedział za mordy ludności żydowskiej, ale w 1961 roku został osądzony za udział w czystkach Romów i skazany na cztery i pół roku więzienia).

W czasie procesu prokurator James Hearth zapytał Ohlendorfa, co się stało z żydowskimi dziećmi, zaś oskarżony odparł, że należało je wszystkie zabić. Prokurator, pragnąc dowiedzieć się, co powodowało taką nieustępliwość, usłyszał, iż dzieci te mogłyby poprzysiąc zemstę na nazistach i stać się w przyszłości realnym zagrożeniem. Proces Einsatzgruppen ujawnił m.in. masakrę dziewięćdziesięciorga dzieci w Białej Cerkwi, dokonaną przez Häfnera. Mimo iż Rhodes nie wartościuje i nie stopniuje wagi ludzkiego życia (a można by pokusić się o wystosowanie takiego właśnie zarzutu; dlaczego bowiem życie dziecka ma być cenniejsze, a jego śmierć – nieść konsekwencje somatopsychiczne), w toku lektury ujawniają się strach i paraliż przed zamordowaniem trzech furgonów dzieci oraz ową nieszczęsną dziewięćdziesiątkę przetrzymywaną w budynku na końcu miasta (to uwięzienie zwróciło uwagę dwóch kapelanów, protestanckiego i katolickiego, którzy sporządzili raporty i udali się do podpułkownika Groscurtha. Ten zaś, ku zmartwieniu Blobela i Häfnera, odwlekł egzekucję o dwadzieścia cztery godziny). Ten nieodosobniony przykład ilustruje, iż w strukturach SS i Wehrmachtu zabicie dzieci stanowiło problem – jeśli nie etyczny to emocjonalny (wszak sam Häfner, domagając się szybkiej egzekucji, wysuwa osobisty argument dla zapobieżenia włączenia go do operacji – otóż i on miał małe dzieci). Ostatecznie egzekucję zlecono ukraińskim najemnikom Feldkommandanta i próbowano wszelkimi sposobami uchronić się przed odpowiedzialnością za masowe mordy.

W sierpniu 1946 roku amerykański Wydział Postępowań Następczych (Subsequent Proceeding Division), kierowany przez generała brygady Telforda Taylora, sporządził spis 5 tysięcy osób podlegających odpowiedzialności karnej. Listę oskarżonych okrojono, zachowując jednak w oparciu o dokumenty i świadectwa równowagę w stosunku do popełnionych przestępstw. Ostatecznie w niektórych przypadkach próg stanowił rozmiar ławy oskarżonych w danej sali sądowej, w której miał odbyć się proces. Do sądu trafiło niespełna 200 osób. Zarówno Hilberg, jak i Rhodes ujawniają trudności związane z pociągnięciem zbrodniarzy do odpowiedzialności karnej. Główny problem stanowiła taktyka defensywna, która polegała na zrzucaniu odpowiedzialności na ludzi nieżyjących, niedoprowadzonych na proces, obciążaniu nieosądzonych (sprawa Eichmanna), bądź zamienianiu sali sądowej w istny jarmarczny rwetes, podczas którego oskarżeni obwiniali siebie wzajemnie i umniejszali swoją rolę w ostatecznym rozwiązaniu. Kolejnym poważnym problemem, który pojawił się w procesie norymberskim i podczas procesu Eichmanna, było epatowanie biodetalami związanymi z cierpieniami ofiar. Pojawiał się bowiem zarzut przemocy emocjonalnej, która wzmagała nienawiść do oskarżonych, a finalnym efektem procesów miał być prawnie usankcjonowany wyrok, niezależny od usłyszanych bestialskich historii. W trakcie procesu Eichmanna wręcz próbowano uszczuplić listę świadków ze względu na przedłużający się czas rozpraw poświęconych na zeznania ocalałych, z drugiej strony sędzia Landau musiał cierpliwie wysłuchać wszystkich świadectw, które w niektórych przypadkach nie były powiązane ze sprawą Eichmanna. Rhodes, mimo że skupia się na poszczególnych zeznaniach świadków, nie poddaje się mocy frenezji tych historii. Liczba opisów mordów, kaźni, gwałtów i zabójstw mogłaby doprowadzić do patologicznej substytucji, czego Rhodes unika, konstruując spójną narrację i miarodajne sądy dotyczące zachowań Einsatzgruppen.

Poza granicami banalności zła

Ważną zasługą Rhodesa jest także ujawnienie wątpliwości żołnierzy wobec wykonywanych obowiązków i rozchwiania emocjonalnego w stosunku do ofiar, którymi w późniejszym czasie były również kobiety i dzieci. Przyjęliśmy sądzić, że nazistowską psyche reprezentował osławiony Jürgen Stroop, dzielny i nieustępliwy heros, który uosabia wszystkie cechy dobrego (okrutnego) Niemca dążącego do wcielenia w życie pangermanizmu. Jednak z książki Rhodesa wyłania się zupełnie inny obraz sprawców: lękliwych, niepewnych i zaskakująco ludzkich, którzy dążą do uniknięcia przymusu oglądania mordów i uczestnictwa w nich (znamienne, że wyżsi rangą urzędnicy, tacy jak Eichmann i Blobel, doznali szoku na widok sposobów mordowania Żydów i ewolucji zamkniętych ciężarówek z mechanizmem doprowadzającym spaliny do wnętrza pojazdu w komory gazowe; Eichmann po prezentacji jakości i wydajności komór gazowych dokonanej przez Odilo Globocnika w okolicach Lublina uciekł przerażony). W toku głównej narracji powracają stare problemy holocaust studies dotyczące bierności ofiar i ich całkowitego poddaństwa oraz niezmąconego emocjami sadyzmu katów. Rhodes jednak nie wdaje się w polemikę z opiniami sprawców, lecz dąży duktem ustabilizowanych już i przyswojonych sądów Arendt i Hilberga. Konstruuje, w oparciu o dotyczącą banalności zła tezę Arendt, charakterystykę tchórzliwego Niemca, konformisty i oportunisty, który w sytuacji granicznej doznaje szoku i porzuca rozkazy dla ukojenia skołatanych nerwów. Wielu wyższych rangą żołnierzy zdawało sobie sprawę z przestępczego charakteru działań Einsatzgruppen (na przykład Groscurth zarzucił von Reichenauowi, że stosuje metody niebezpiecznie zbliżone do tych, jakie stosowali radzieccy żołnierze wycofujący się z zajmowanych przez Niemców pozycji, którzy te masakry odkrywali; ujawnia się tu podwójna moralność Niemców, potępiających działania Rosjan, lecz działających w analogiczny sposób). Rhodes pisze: „Wielu dowódców SS nie wytrzymało. Erwin Schulz poprosił we wrześniu 1941 roku o zwolnienie go z dowodzenia Einsatzkommando 5 (Einsatzgruppe C). W pisemnym zeznaniu, składanym pod przysięga w Norymberdze, wyjaśnił dlaczego: »Powody mojej prośby miały korzenie między innymi w bezwzględnych rozkazach, nakazujących bezlitosną eksterminację całej populacji żydowskiej. Brigadeführer SS dr Rasch wyróżniał się wyjątkową bezwzględnością. Rozkazywał, żeby dowódcy grup uczestniczyli osobiście w egzekucjach. [Gruppenführer Bruno] Streckenbach powiedział mi, że osobiście uważa działalność Einsatzgruppen na Wschodzie za morderstwa«. Schulz – konkluduje Rhodes – podobnie jak Hitler i Himmler, potrafił organizować masakry, nie był jednak w stanie samemu w nich uczestniczyć” (s. 276). Autor ukazuje więc nie herosów, którzy dążyli do wyznaczonego celu, lecz mechanizmy obronne i próby dezercji, akty złamania odwagi (w rozumieniu nazistów). Czytając o nerwach, które w miarę postępu akcji eskalowały, czytamy o stopniowym uwalnianiu się spod jarzma rozkazów i widzimy próbę oddemonizowania sprawców, którym wpajano winę ofiar i których pojono alkoholem, a w ekstremalnym sytuacjach wysługiwano się ludnością danego zakątka, w którym urządzano masakrę, kładąc akcent na organizację widowiska zemsty i kary dla Żydów. Często winiono Żydów za cierpienia ludności miejscowej, która chętnie mściła się i wymierzała sprawiedliwość.

W Dyneburgu, drugim co do wielkości łotewskim mieście, położonym między Rygą, Kownem a Mińskiem, w sierpniu 1941 roku Obersturmführer Joachim Hamann z Einsatzkommando 3 przeprowadził przy wsparciu łotewskich oddziałów pomocniczych i lokalnej policji akcje, w wyniku których uśmiercono ponad 9 tysięcy ludzi. Wśród zamordowanych znalazła się grupa czterystu dzieci, przywiezionych ciężarówką z miejscowego domu dziecka na poligon wojskowy i rozstrzelanych. Rhodes wspomina o dotyczących techniki zabijania ofiar wyjaśnieniach jednego z dowódców, co w kontekście fałszywej świadomości okaże się doskonałym przykładem moralności upośledzonej: „Wiktor Ar?js wyjaśnił kiedyś przy stole podczas przyjęcia, dlaczego jego wytrawni zabójcy często podrzucali dzieci do góry i dopiero wtedy do nich strzelali. Jak stwierdził, nie robili tego dla rozrywki, lecz by uniknąć niebezpiecznych rykoszetów, które zdarzały się, kiedy kule przechodziły na wylot przez dziecięce ciała leżące na ziemi” (s. 161).

Arend w „Epilogu” pisze: „W samej jego pilności [Eichmanna – A.J] nie było niczego zbrodniczego, z pewnością nie zamordowałby swego przełożonego, by zająć jego stanowisko. Nazywając rzecz językiem potocznym – on po prostu nie wiedział, co robi [podkr. H.A]. (…) Na tym, że tak zupełne oderwanie od rzeczywistości i taka bezmyślność mogą spowodować większe spustoszenie niż wszystkie złe instynkty razem wzięte, a przyrodzone być może człowiekowi – na tym właśnie polegała w istocie lekcja, jaką można było odebrać w Jerozolimie” (Arendt 2010: 373). Część żołnierzy Eisnsatzgruppen stanowiła wzorcowy przykład bezmyślności i ślepego posłuszeństwa, które były spuścizną ich ojców i dziadków, słowem – pruskiej dyscypliny. Cechował ich brak wyobraźni, która w dłuższej perspektywie pozwoliłaby na zaniechanie procederu, gdy w finale doszliby do wniosku, co ich za to czeka. Konsekwencje i strach przed zadaniem śmierci doprowadzały nieraz do odwrotu i całkowitej apatii. Świadczy to o zawodności szkoleń przeprowadzanych dla Einsatzgruppen i ludzkim obliczu sprawców, którzy bagatelizując rozkazy, podważali niezachwianą potęgę führera. Człowiek nie może być radykalnie zły (jak poucza Arend, radykalne może być tylko dobro, gdyż sięga głębi), wszak zło infekuje człowieka pobieżnie i powierzchniowo, a dla jego stymulacji olbrzymią moc ma odpowiednie wychowanie i uruchomienie mechanizmów zadawania prewencyjnej przemocy.

Rhodes ukazuje mechanizmy przerzucania odpowiedzialności za działania frontalne z kadry na żołnierzy niższego szczebla, konstytuowanie się „paktu przymierza” między sprawcami, polegającego na uśmiercaniu każdej z ofiar przez przynajmniej trzech przedstawicieli plutonu egzekucyjnego (rugowało to pewność, kto zabił i czyja kula okazała się śmiertelna). Badacz przedstawia wycinek historii dotyczącej Einsatzgruppen, ale postępuje zupełnie inaczej niż Raul Hilberg, dla którego to tylko część skomplikowanej machiny, posiadającej swe skutki i antycypacje.

Zamierzeniem Hilberga było dokładne nakreślenie działań nazistów w oparciu o dokumenty (jako historyk pojmował ontologię i normatywność dokumentu zupełnie inaczej niż na przykład Jacek Leociak i filolodzy badający relacje związane z Holokaustem; dla nich każdy zapis dokonany manu propria stanowił niekwestionowany dokument przeżyć ofiar, cenna okazywała się kategoria autentyku, papier, krój pisma, stan emocjonalny transponowany w idiomie, w końcu eufemizmy i kategoria adresata – wszystkie te elementy wpływały na zupełnie inną kwalifikację relacji, które stawały się pomostem łączącym adresata i odbiorcę, zawiązując pakt memorialny, implikując określone emocje związane z eksterminacją nadawcy, jak np. słynne Listy z Płońska lub dziecięce diariusze). Dla Hilberga dokument ma moc sprawczą, konstytuuje rzeczywistość i nadaje jej określony kształt, czynnie w nią ingeruje, zaś dokument w nomenklaturze filologicznej porządkuje ją, opisuje i zdaje z niej relację, jest pasywnym konglomeratem ocen, prognoz i antycypacji, wychylonym w przyszłość, która zazębia się z teraźniejszością, która wciąż się anihiluje i dezaktualizuje – stąd pokaźny zbiór raportów, listów prywatnych, notatek służbowych, przemówień, odezw i stenogramów rozmów telefonicznych. Jeśli już Hilberg decyduje się powołać na autorytet pisarski, czyni to niezwykle rzadko, zaś wybór okazuje się arbitralny, sięga bowiem po „Noc” Elie Wiesela, zapiski Adama Czerniakowa i Dawida Sierakowiaka. Hilberg pragnie skompletować wszystkie dokumenty, poznać mechanizm działania sprawców, obnażyć biurokratyczną machinę, symbiotyczne relacje poszczególnych koncernów i pionów Zagłady, w końcu pragnie usystematyzować zgromadzone fakty w postaci tabel i wykresów. W polu jego zainteresowań zawsze pozostają sprawcy, ich plan i ich poczynania, bo bez nich Zagłada by się nie wydarzyła. Hilberg uważał, że tylko mikrologiczna analiza dokumentów pozwoli ogarnąć rozmiary Zagłady i ujawnić jej zasięg oraz skutki. Zatem argument Arno Lustigera, jakoby Hilberg „zasypał ofiary tonami przypisów” (Hilberg 2012: 118) okazał się fałszywy i nacechowany emocjonalnie, obawiano się bowiem, że taka perspektywa nada sprawcom ludzką twarz i na powrót ich spersonalizuje. Lecz taki właśnie zamysł przyświecał Hilbergowi – za planem Zagłady stali konkretni ludzie, nie diabeł i złe moce tkwiące w człowieku, by machina ruszyła potrzebny był rozkaz i wierni wykonawcy planu, a tych badacz bezbłędnie demaskuje, wskazuje i pociąga do odpowiedzialności. Nie możemy jednak zapominać o drugiej książce Hilberga „Sprawcy, Ofiary, Świadkowie. Zagłada Żydów 1933-1945”, w której dokonuje szczegółowych analiz warunków życia osób prześladowanych, stopnia gorliwości sprawców i cichego przyzwolenie świadków. To w niej konstytuuje „Hilbergowski trójkąt”, to ona stanowiła przedpole, mikropreludium dla „Zagłady Żydów europejskich”.

Rhodes postępuje zupełnie inaczej, już we wstępie swojej książki zaznacza: „Wyobraziłem sobie wtedy owe bezbronne ofiary przed laty spędzone w to miejsce: ludzie ci zasługują na pisemne świadectwo swego męczeństwa” (s. 11). W „Epilogu” zaś konkluduje: „Miejsca kaźni w całej Europie wciąż czekają na ocalenie od zapomnienia” (s. 346). Rhodesowi przyświeca idea upamiętnienia ofiar, przeniesienia ich w sferę prywatnego mitu, stąd zawarcie paktu memorialnego, wzmocnione klamrowo w strukturze książki. Cytując długie partie wspomnień, dzienników i relacji ocalałych, którzy wspominają zmarłych, Rhodes im oddaje głos i palmę pierwszeństwa. Nie idzie jednak o ślepe podążanie za makabrycznymi wspomnieniami w celu nakręcenia spirali nienawiści ani o skrupulatne śledzenie omyłek i przekłamań świadomych bądź nie. Chodzi o perspektywę ofiar i możliwość cyrkulacji ich doświadczenia w historycznym dwugłosie, który okazałby się niekompletny bez uzupełnień i subiektywnych relacji, od których Hilberg stroni jako nieweryfikowalnych i zapośredniczonych w emocjonalnym idiomie generującym określony styl odbioru. Rhodes porywa się na analizę psychologiczną sprawców, Hilberg unika takiej pokusy.

Autor „Mistrzów śmierci” w przystępny sposób dokonuje analizy zachowań sprawców, bada mechanizmy stosowania przemocy w państwie totalitarnym oraz przybliża kwestie nadwrażliwości Eistatzgruppen na dokonywane morderstwa (akty dezercji, odmowa wykonania rozkazy, załamania nerwowe – w tym samego Paula Blobela) oraz sposoby łagodzenia traum (przymusowe leczenie, izolacja, wypoczynek w sanatoriach, psychiczne mechanizmy wyparcia przy pomocy uczestnictwa w uroczystych kolacjach imitujących domowa atmosferę, w końcu alkohol i udział w rautach). Godna pochwały okazuje się umiejętność sprawnej segmentacji poszczególnych węzłów problemowych i rzetelna dokumentacja, która pozwala na stawianie trafnych diagnoz. Rhodes wykazuje też silną samoświadomość penetracji obszarów Zagłady dotąd objętych interdyktem. Na styl i narrację badacza miała bez wątpienia wpływ świetnie napisana dysertacja Hilberga, który ruchomym oddziałom śmierci poświęcił sto dwadzieścia stron pierwszego tomu; autor „Mistrzów śmierci” powołuje się na wyniki Hilberga badając zbrodnie Einsatzgruppen w operacji „Barbarossa”. Styl Rhodesa nie jest naznaczony emocjonalnym rozchwianiem, które byłoby kontradykcją dla prezentowanych faktów, a narracja pozbawiona jest akcentów teodycei oraz fraz emfatycznych, potępiających bądź wyklinających oprawców.

Historia kołem się toczy…

Najważniejszym postulatem Rhodesa jest uświadomienie czytelnikowi, iż żyjemy w czasach genocydalnych, zaś katastrofa odpowiadająca skali i skutkom Zagłady możliwa jest w każdym momencie, mimo prawnych regulacji, ustaw i dekretów potępiających złowrogie ataki dyskryminacyjne, będące zarzewiem potencjalnych walk ludobójczych. Jako przykład ekspansywnej polityki antycypującej poczynania nazistów wskazuje starcie między ludnością tubylczą Namibii oraz rządem kolonialnym i niemieckimi osadnikami w 1904 roku. W Niemczech opublikowane zostały odezwy przywódców ludu Herero, rzekomo nawołujące do powstania plemiennego. Zwróciło to uwagę cesarza, który udzielił generałowi Lotharowi von Trotha pełnomocnictwa, by, jak to ujął generał, „unicestwić te masy”. Przy pomocy piechoty wspomaganej działaniami von Throta przegnał wojowników Herero na wschód, na pustynię Kalahari. Gdy Herero skłonni byli się poddać, wystosował oświadczenie, które przeszło do historii jako Vernichtungsbefehl – rozkaz zagłady. Podjęto wobec ludu Herero analogiczne działania jak wobec prześladowanych Żydów: dokonano zabójstwa prewencyjnego, zapobiegając infekcjom i pomniejszaniu zapasów wody i żywności. Prawie cały lud – około 80 tysięcy osób – zginał na pustyni. Przeżyło tylko kilka tysięcy, skazanych na ciężkie roboty w obozie śmierci w Afryce.

W 1897 roku Friedrich Ratzel wydaje „Geografię polityczną”, w której zalicza Żydów do ludów skazanych na eksterminację z powodu braku własnej ziemi (do tego grona zaliczył także Cyganów) i rozpala marzenia nazistów o założeniu własnych kolonii – nieważne, czy zlokalizowanych na antypodach, czy mających charakter graniczny. Hitler, pisząc „Mein Kampf”, opierał się na „Geografii politycznej” i zakładał triumf idei pangermanizmu. Zaanektował także terminologię Ratzela, który sformułował ideę Lebensraum w pracy opublikowanej w 1904 roku właśnie pod tym tytułem: Der Lebensraum.

Niemiecka ekspansja podczas działań wojennych została doskonale przygotowana pod względem ideologicznym i teoretycznym, jednak wbrew enuncjacjom Hitlera, dotyczącym zagrożenia ze strony Żydów i w konsekwencji ich eksterminacji, Henry Friedlander przedstawia punkt widzenia eugeniki, kolejnej idei sankcjonującej masowe mordy: otóż Niemcy pragnęli wyeliminować nie tylko Żydów i Cyganów, ale także chorych umysłowo i upośledzonych, którzy nie są w stanie podjąć modelu życia wyznaczonego przez nazistów. Katastrofa odbyła się więc z pobudek ekonomicznych, gospodarczych a także genetycznych. To chęć stworzenia narodu idealnego pchnęła Hitlera do badań nad kontrolą płodności, eksperymentów pseudomedycznych oraz segregacji rasowej.

Hilberg w „Zagładzie Żydów europejskich” podaje jako przykład pozagładowych reperkusji ludobójstwo w Rwandzie z 7 kwietni 1994 roku. Otóż przed I wojną światową Rwanda była kolonią niemiecką, a później mandatem belgijskim ustanowionym przez Ligę Narodów, zachowując podobny status jako terytorium powiernicze Organizacji Narodów Zjednoczonych do dnia uzyskania niepodległości w 1962 roku. Ludność Rwandy była przeważnie katolicka i podzielona – podobnie jak Belgowie – na dwie odrębne grupy etniczne, tj. Hutu i Tutsi, które nie potrafiły żyć w pełnej harmonii, mimo że mówiły tym samym językiem rwandyjskim i mieszkały w osadach mieszanych. W 1993 roku zdominowany przez Hutu rząd podjął decyzję o podwojeniu importu maczet ze względu na brak środków na zakup broni dla o wiele bardziej rozbudowanych oddziałów. Przygotowania zwróciły wagę kanadyjskiego generała Romea Dallaire’a, dowodzącego 2500 żołnierzy misji pokojowej ONZ, której zadaniem było utrzymywanie zawieszenia broni między zbrojnymi bojówkami Hutu i Tutsi. Dallaire zażądał uzupełnień niezbędnych do podjęcia działań prewencyjnych, ale otrzymał polecenie zachowania bezstronności i ewakuacji obcokrajowców. Atak na Tutsi rozpoczął się 7 kwietnia 1994 roku, dzień po tym, jak prezydent Rwandy i prezydent sąsiedniego Burundi zginęli w wypadku lotniczym. Oddział Dalleire’a został wycofany, zaś do akcji wkroczyły oddziały Rwadyjskiego Frontu Patriotycznego, których celem było przejęcie kontroli, a nie zapobieżenie masakrze przebiegającej w szybkim tempie uniemożliwiającym interwencję. Tutsi zajęli Kigal 4 lipca, kończąc ofensywę 21 sierpnia 1994 roku. Jaki pisze Hilberg: „Odnieśli całkowite zwycięstwo, zabijając po drodze niewielką liczbę Hutu, ale liczba zabitych Tutsich przekroczyła 500 tysięcy. W liczbach bezwzględnych liczebność Tutsich w Rwandzie na początku kwietnia mogła stanowić jedną dziesiątą liczby Żydów, jacy stopniowo wpadali w niemieckie kleszcze, niemniej pod względem procentowym straty Tutsi były równie wielkie jak zagłada 5 mln Żydów” (Hilberg 2014: 1509). Hilberg ironicznie dodaje: „Historia się powtórzyła”. Tak więc działania regulatywne i normatywne w obrębie zaostrzania prawa międzynarodowego i konwencji skutkowały brakiem zainteresowania ze strony światowej opinii publicznej i polityków. W publicznym orędziu radiowym 30 kwietnia prezydent Bill Clinton nie użył słowa ludobójstwo, zastępując je „grozą wojny domowej” i „masowymi mordami”. Hilberg więc po raz kolejny ukazał mechanizm działań ludobójczych, w którym partykularne interesy zdominowały kolektywne deklaracje dotyczące bezpieczeństwa ludności poszczególnych krajów.

Książka Rhodesa stanowi kompletne kompendium wiedzy na temat Einsatzgruppen i poręcznie opracowany podręcznik krótkiego okresu, który przypadł na czas trwania operacji „Barbarossa”. Pojawiła się w Polsce szybciej niż „Zagłada Żydów europejskich” Hilberga i choć bazuje na jego badaniach i ustaleniach, to przywraca ofiarom głos, nie konstruując, tak pożądanej w dwudziestym wieku, teodycei. Wzbrania się także przed szaleństwem voyeryzmu i patologiczną identyfikacją z ofiarami. Rhodes nie popadł w histeryczną emocjonalność, zachowując profesjonalną powściągliwość, która skutkuje powstaniem rzetelnej rozprawy.

LITERATURA:

Arendt H.: „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła”. Przeł. A. Szostkiewicz. Kraków 2010.

Hilberg R.: „Pamięć i polityka. Droga historyka Zagłady”. Przeł. J. Giebułtowski. Warszawa 2012.

Hilberg R.: „Zagłada Żydów europejskich”. Przeł. J. Giebułtowski. Warszawa 2014.
Richard Rhodes: „Mistrzowie śmierci. Einsatzgruppen”. Przeł. Maciej Urbański. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2015 [seria: Seria Historyczna].