Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (290) / 2016

Przemysław Pieniążek,

ZANIM ODEJDĘ (STWÓRCA)

A A A
Wydawało się, że przyszłość stoi otworem przed Davidem Smithem – młodym, utalentowanym artystą, z przytupem wkraczającym w świat sztuki. Niestety, z trudem odnajdujący się w relacjach interpersonalnych bohater zraża do siebie osoby, dzięki którym marzenia o wielkiej karierze mogłyby stać się faktem. Teraz sfrustrowany plastyk marnuje życiową energię głównie na rozpamiętywanie przeszłości, z niepokojem wypatrując szansy na upragnioną odmianę, która – jak to w wielkomiejskich bajkach bywa – pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie. Ot, chociażby w dniu dwudziestych szóstych urodzin Smitha, spędzanych w kameralnej jadłodajni przy rozluźniającym psyche napitku.

Wtedy bowiem do stolika, ku uciesze i szczeremu zdumieniu Davida, dosiada się jego cioteczny dziadek Harry. Familiarna pogawędka szybko jednak wkracza na metafizyczny poziom, gdy skonsternowany młodzian uświadamia sobie, iż, primo, sympatyczny wujek od dawna nie żyje, secundo, postać siedząca naprzeciw to nikt inny jak sama Kostucha. W czasie tej osobliwej, choć szczerej rozmowy dochodzi do zawarcia paktu, mocą którego bohater – o czym przekonuje się następnego ranka – potrafi gołymi rękami wyrzeźbić (absolutnie!) wszystko, co tylko sobie wyobrazi. Nie muszę chyba dodawać, że taka przysługa ma swoją cenę: w przypadku Smitha jest nią dwieście dni, po których upływie Śmierć zabierze to, co jej się należy. Początkowy entuzjazm plastyka szybko zamiera, gdy mimo cudownego daru sprawy wcale nie toczą się spodziewanym torem. Jakby tego było mało, David do szaleństwa zakochuje się w Meg. A czas płynie…

Klamrowa, precyzyjnie skonstruowana opowieść oparta na solidnych, naturalnie brzmiących dialogach przeplatanych pierwszoosobową narracją; wiarygodni bohaterowie, których (nie tylko) uczuciowe perypetie bez reszty angażują uwagę i emocje czytelnika; bezbłędne zestawianie słowa z obrazem lub śmiałe operowanie pozawerbalnymi środkami ekspresji, sprawiające, że nawet pojedynczy kadr wybrzmiewa z niesamowitą mocą; nostalgia, melancholia, fantazja i cała masa wzruszeń, podrasowanych sporą dawką humoru oraz garścią poważnych refleksji, nie popadających na szczęście w patetyczny ton ani tym bardziej nie sprzyjających oskarżeniom o pretensjonalność; subtelne igranie z czytelnikiem, który od pierwszych stron poddaje się hipnotycznemu rytmowi historii prezentowanej na łamach tego opasłego woluminu – i pomyśleć, że to tylko niektóre ze smakowitości stanowiących esencję „Stwórcy”!

Album Scotta McClouda sprawdza się jako ponadczasowa przypowieść o wierze, nadziei i miłości, studium chorobliwej ambicji i przezwyciężania egoizmu, finezyjny prztyczek wymierzony w nos snobistycznemu światkowi sztuki czy komiksowa ars moriendi. Oczywiście, możliwych odczytań dzieła jest o wiele więcej, co stanowi kolejny atut recenzowanej pozycji, w której bogactwo treści znalazło nad wyraz ekskluzywne opakowanie. Lekko uproszczona kreska, jaką Amerykanin rysuje protagonistów, nie osłabia emocji malujących się na ich obliczach. Wprost przeciwnie: pełna niuansów mimika Davida, Meg czy innych postaci nadają utworowi realistyczny posmak, mimo obecnych w komiksie licznych sekwencji utrzymanych w poetyce snu.

Rewelacyjnie oddany pejzaż wielkiego miasta, śmiałe koncepcje dotyczące wyglądu rzeźb kreowanych (to chyba dobre słowo) przez Smitha, przepiękna kompozycja oraz narastająca dynamika kadrów plus zapierający dech w piersiach finał – rzadko mamy do czynienia z dziełem, w którym ujmująca kameralność nierozerwalnie splata się z epickim rozmachem. Lektura tomu „Zrozumieć komiks” udowadniała, że Scott McCloud nie tylko doskonale zna teoretyczne aspekty graficznego medium, lecz także bezbłędnie potrafi znaleźć dla nich zastosowanie. Spotkanie ze „Stwórcą” tylko potwierdza dużą klasę amerykańskiego autora.
Scott McCloud: „Stwórca” („The Sculptor”). Tłumaczenie: Grzegorz Ciecieląg. Wydawnictwo Komiksowe / Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Warszawa 2015.