Wydanie bieżące

1 lutego 3 (291) / 2016

Agnieszka Ożóg,

WSZYSTKO ZOSTAJE W RODZINIE (MOJE CÓRKI KROWY)

A A A
Na najnowszy film Kingi Dębskiej, współautorki dokumentu „Aktorka” o Elżbiecie Czyżewskiej, szłam pełna nadziei, że w końcu uda mi się zobaczyć dobry współczesny polski film. I nie zawiodłam się. „Moje córki krowy” to, moim zdaniem, jedna z najlepszych rodzimych produkcji ostatnich lat. Nie dziwi więc fakt, że laureat Nagrody Dziennikarzy na zeszłorocznym MFF w Gdyni miał najlepsze otwarcie w 2016 roku z wynikiem 132 000 widzów podczas pierwszego weekendu wyświetlania (obecnie obejrzało go już pół miliona widzów). Nie bez przyczyny też okrzyknięty został polskimi „Czułymi słówkami”, chociaż osobiście widzę w nim również wiele podobieństw do kultowych produkcji lat 90. o silnych więziach między kobietami, takich jak „Thelma i Louise” czy „Chłopaki na bok”. Ukazanie historii o próbie pogodzenia się ze śmiercią najbliższych w sposób pełen empatii, a zarazem dystansu przypomina także filmy Nanniego Morettiego, takie jak „Moja matka” czy wcześniejszy „Pokój syna”.

Dwie główne bohaterki, Marta i Kasia, grane przez Agatę Kuleszę i Gabrielę Muskałę, z pozoru dzieli wszystko. Marta mówi nawet żartem nad łóżkiem umierającej matki: „Jedna z nas musi być adoptowana”. A jednak choroba rodziców zbliża do siebie te dwie skrajnie różne osobowości i pozwala im odnowić siostrzane więzi. Nie jest to proces łatwy i bezbolesny, lecz wspólne przeżywanie trudnych chwil potrafi przetrzeć dawno zapomniane ścieżki między ludźmi. Dlatego też, choć film osadzony jest w realiach warszawskich, jego wymowa ma wymiar uniwersalny. Wielu z nas bowiem zdarzają się kłótnie rodzinne podobne do tych, które rozgrywają się na ekranie; każdy z widzów prędzej czy później będzie również musiał pogodzić się ze śmiercią najbliższych. A „Moje córki krowy” pokazują, że nawet najbardziej skomplikowane relacje można naprawić, jeśli jest w nas odrobina dobrej woli i chęć wybaczania.

Ten niezwykle szczery portret rodziny jest wynikiem nie tylko scenariusza napisanego żywym i barwnym językiem, lecz także pracy całej ekipy współtworzącej film. Bezbłędnie dobrane zostały zarówno odtwórczynie dwóch głównych ról, jak i pozostali aktorzy. Najwyraźniej wszyscy doskonale wyczuli tekst i ucieszyli się z możliwości zagrania postaci często zupełnie odmiennych od wcześniej kreowanych. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie Marcina Dorocińskiego obsadzonego w roli nieudacznika z tłustą grzywką, który swoimi wejściami wzbudza na widowni przede wszystkim śmiech. Technicznie również nie można temu filmowi niczego zarzucić, co być może jest wynikiem m.in. zgodności panującej na planie, o której reżyserka wspominała w wywiadach.

Film Kingi Dębskiej jest dopracowany w każdym detalu i prostym językiem mówi o sprawach najtrudniejszych. Wiele jest w jego sposobie opowiadania czułości, ale doprawionej szczyptą ironii, co powoduje u widza ciągły śmiech przez łzy. W polskim kinie trudno znaleźć podobnie wyważone produkcje, czego dowodzi choćby nieudana próba przełożenia na język filmowy historii założycielki Fundacji Rak’n Roll, Magdy Prokopowicz. Oby polscy twórcy dostarczali nam w tym roku jak najwięcej poruszających historii opowiedzianych z taką uczciwością, jak „Moje córki krowy".
„Moje córki krowy”. Scenariusz i reżyseria: Kinga Dębska. Obsada: Agata Kulesza, Gabriela Muskała, Marian Dziędziel i in. Gatunek: komediodramat. Produkcja: Polska 2015, 88 min.