Wydanie bieżące

1 lutego 3 (291) / 2016

Beata Poprawa,

MLEKO NA WĄSIE (FÚSI)

A A A
Zakochani już nie widzą słoni. Dorośli. Dogoniło ich pełne monotonii i smutku życie. Minęło trzynaście lat od premiery „Nói Albinói”, dziesięć od „Zakochani widzą słonie”, sześć od „Dobrego serca”. Dagur Kári nieczęsto powraca z nowym filmem. Mając 43 lata, snuje opowieść o człowieku w wieku średnim. Czy jednak jest to człowiek dojrzały? Raczej zawieszony między dorosłością a dzieciństwem.

Główny bohater (Gunnar Jónnson) pracuje na lotnisku przy załadunku bagaży. Ma 43 lata, na głowie kucyk, za pasem znaczną nadwagę i wciąż mieszka z mamą. Każdy dzień zaczyna od zjedzenia zalanych mlekiem płatków, które starannie uklepuje w niewielkiej miseczce. Jego egzystencję wypełnia rutyna kawalerskiego życia pod rządami (wbrew stereotypom, nie w złej wierze!) dominującej matki. Jego relacje z otoczeniem niemal zaczynają się i kończą na kontaktach z nią.

Pewnego dnia Fúsi spotyka na schodach kamienicy małą dziewczynkę Herę (Franziska Una Dagsdóttir). Ta, widząc jego zdalnie sterowany model samochodu, pyta: „Dla syna? Bratanka?”. Fúsi, odpowiadając zgodnie z prawdą, że nie, dostaje karcący komentarz: „To przecież zabawka dla dzieci!”. Daje zagubionej małej ciasto i mleko. I mogłaby to być piękna międzypokoleniowa przyjaźń. Ta jednak w świecie, w którym relacje między dziećmi a dorosłymi budzą podejrzenia, istnieć nie może. Wycieczka mężczyzny z dziewczynką kończy się interwencją zaniepokojonego ojca, który wzywa policję.

Fúsi ma piwnicę z wielką makietą jednej z afrykańskich bitew II wojny światowej. Tam przesiaduje z sąsiadem i wylewa swoje największe żale. Jednym z jego utrapień jest widok matki w niedwuznacznej sytuacji z partnerem. Sąsiad klepie Fúsiego dobrodusznie po ramieniu i wyznaje, iż w dzieciństwie też doznał podobnej traumy. Bohater w wielu momentach zachowuje się jak dziecko. W znacznej mierze jest to jednak skutek tego, jak traktuje go otoczenie. W jednej ze scen matka z niedoszłym ojczymem fundują Fúsiemu kurs tańca (gratisowo dorzucają kowbojski kapelusz, bo to taniec w rytmie muzyki country). Twierdzą, że taniec pobudza wydzielanie endorfin i dobrze mu zrobi. Nieodzowne są też ciągłe przytyki i karcące zwroty typu: „Fúsi, ty łobuzie!”.

Choć film Káriego w stosunku do czarno-białych (z sekundową barwną sceną) „Zakochanych…” nabrał kolorów, to de facto stracił ostrość, a jego barwy są płowe i ponure. Białe, gęste śniegi Danii zmieniły się w szarą pustynię. Pierwszy z bohaterów Káriego miał siedemnaście lat, kolejni około trzydziestu, Fúsi zaś jest mężczyzną w średnim wieku. Mimo tych różnic protagonistów łączy trudne do opisania zagubienie i poczucie pustki samotnego, monotonnego życia.

Bohater zagłusza tę pustkę samochodowymi wycieczkami na klif i telefonami do miejscowej radiostacji. Na linii jest dobrze znany. Prowadzący od razu wie, że w koncercie życzeń Fúsi zamówi „mocne, heavymetalowe rytmy”. Odstępstwo od reguły następuje dopiero wtedy, gdy do bohatera dołącza Sjöfn (Ilmur Kristjánsdóttir). Wówczas piosenką wieczoru staje się bluesowe „Islands in the Stream” Dolly Parton (warto obejrzeć film choćby po to, by usłyszeć islandzką wymowę imienia i nazwiska artystki).

Daniel, bohater filmu „Zakochani widzą słonie”, malował na murach miłosne wyznania. Jego pełne beztroski życie lekkoducha uległo zmianie, gdy poznał swoje lustrzane odbicie, równie frywolną Franz. Gdy dziewczyna zachodzi w ciążę, ktoś z tej dwójki musi spoważnieć. Podobnie było z bohaterem „Noi Albinoi”. Siłą, która pchała go do zmian była Iris. To przy niej bohater zyskał siłę, by uciec z przesiąkniętej marazmem wioski. Za sprawą kobiety odpowiedzialności nabiera także Fúsi. To on musi znaleźć w sobie energię, by podtrzymać na duchu pogrążoną w depresji Sjöfn. Czasem banalna czynność jest zwiastunem wielkich zmian. W „Fúsim” przełomem wydaje się moment, w którym bohater bierze do ręki odkurzacz i zabiera się za sprzątanie. To prozaiczne działanie pokazuje realne zmiany w jego życiu.

W swojej bezradności Fúsi jest postacią niezwykle wiarygodną. Zbliżamy się do niego i intuicyjnie wczuwamy się w jego sytuację. W znacznej mierze jest to możliwe dzięki kadrowaniu skupionemu na oczach bohatera oraz doskonale zbudowanemu, oszczędnemu scenariuszowi. Obserwując życie protagonisty, łatwo nam odnieść się do prywatnych doświadczeń czy historii naszych znajomych. Swoim spokojem, wyważeniem i umiejętnością balansowania między humorem a smutkiem film Káriego przypomina kino Akiego Kaurismäkiego („Dryfujące obłoki”, „Człowiek bez przeszłości”). Podobnie jak fiński twórca, reżyser bierze na warsztat życie zwykłych ludzi: w „Zakochani widzą słonie” bohaterką jest pracownica cukierni, w „Noi albinoi” dyspozytor stacji benzynowej, natomiast w filmie „Fúsi” pełna kompleksów Sjöfn, zwolniona z kwiaciarni pracownica sortowni śmieci.

Fúsi to niewątpliwie najbardziej gorzki, ale jednocześnie zakotwiczony w rzeczywistości film Káriego. W wywiadach reżyser przyznaje, że najtrudniejsze w budowaniu scenariusza wydają mu się zakończenia, które niemal zawsze są stworzonym na potrzeby filmu kłamstwem. Najlepsze zakończenia to te, które wynikają z połączenia tragedii i komedii. Káriemu udaje się osiągnąć ten ideał. Przez dzieło zdaje się przemawiać powtarzana przez reżysera maksyma: „Moje filmy składają się z 90 minut smutku i minuty szczęścia”.
„Fúsi”. Reżyseria: Dagur Kári. Scenariusz: Dagur Kári. Obsada: Gunnar Jónsson, Ilmur Kristjánsdóttir i in. Gatunek: dramat. Produkcja: Dania, Islandia 2014, 94 min.