Wydanie bieżące

1 lutego 3 (291) / 2016

Monika Glosowitz, Dawid Kujawa, Tomasz Bąk,

TO NIE JEST KOLEJNA ROZMOWA DLA OSWOJONYCH

A A A
Monika Glosowitz: Dla kogo piszesz, Tomku, do kogo mówisz?

Tomasz Bąk: Staram się nie wykluczać – otacza mnie tyle interesujących (niekoniecznie pięknych czy dobrych) istot i rzeczy, że źle bym się czuł, odmawiając komukolwiek i czemukolwiek tych paru (czasem nawet i udanych) zwrotek czy linijek, zwłaszcza że nie bardzo jestem w stanie zaoferować światu cokolwiek innego. Tyle w teorii, bo w praktyce najczęściej mówię do oswojonych i przekonanych, co dość mocno mnie uwiera.

M.G.: Pytam w kontekście licznych ostatnio dyskusji o statusie czytelnika (i jednocześnie statusie poety). Z tego, że nie ma uniwersalnej lektury, zdajemy sobie sprawę od dawna, z tego, jak bardzo fetyszyzowaliśmy wirtualnego/zwykłego czytelnika, również. I tak: skoro poezja przestała odgrywać rolę ponadpartykularnej instytucji języka, dopowiedzmy, całego narodu, to jak modulować jednostkowy głos, aby był słyszalny nie tylko w gronie tych już przekonanych? Myślisz, że to kwestia indywidualnego strojenia czy koniunkturalnych sojuszy? I w kontekście dostrajania i docierania zapytam od razu, jak będziesz „robił” drugi tom (na który my, oswojone, oswojeni, czekamy z niecierpliwością), bo wygląda na to, że Twoja debiutancka „Kanada” została odkryta przez nawigatorów (w ochach i achach), ale zapomniana przez kartografów (niewiele zostało śladów recepcji).

T.B.: Sojusze są absolutnie nieuniknione, ale nie określałbym ich mianem koniunkturalnych, bo to wypaczyłoby i zdezawuowało samą ideę sojuszu, a wierzę, że nie każdy sojusz musi być Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Poeta ma trochę z dziecka, a sytuacja, o której rozmawiamy, to rodzeństwo kilkulatków pozostawione w domu, świadome tego, że w szafce u góry znajdują się ich ulubione ciastka. Potrzebują połączyć siły, bo żadne z nich nie jest w stanie dostać się do tej szafki bez pomocy drugiego. Potrzebujemy sojuszu, by sięgać po rzeczy, których nie jesteśmy w stanie dosięgnąć w pojedynkę. Mamy do wykonania mnóstwo pracy zleconej przez miejski zakład oczyszczania języka – chodzi o wyłapywanie fałszywych pojęć i szkodliwych metafor/skrótów myślowych (co, mam nadzieję, jest widoczne w moich wierszach) i dokonywanie ich rekonstrukcji/zastępowanie ich innymi pojęciami (czym pewnie chciałbym się zająć, ale chwilowo chyba nie czuję się na siłach). Chodzi o otrzepanie języka z uprzedzeń i przygotowanie pola do dyskusji, gdyż mam wrażenie, że ta obecnie jest właściwie niemożliwa, bo jak rozmawiać, gdy dyskutantami są (kolejność przypadkowa) lewackie kurwy, pedały, lemingi, mohery, pisiory, ciapaci, zdrajcy, roszczeniowcy i szmatogłowi kozojebcy? Wiadomo, że jesteśmy skazani na tworzenie modeli i upraszczanie rzeczywistości, bo nie jesteśmy, i być może nigdy nie będziemy, w stanie poznać wszystkiego takim, jakim jest naprawdę, chodzi tylko o to, by te modele budować z trochę lepszych klocków. Myślę, że jest to bardzo umiarkowany postulat, ale tkwi w nim znaczny potencjał rewolucyjny.

Co do drugiej książki, to był to bardzo długi i męczący proces, na szczęście z ogromną ulgą mogę zakomunikować, że zbliża się ku końcowi i powinien przyjąć materialną formę wczesną wiosną tego roku. Nie wiem, czy taktyka przyjęta przeze mnie w tych wierszach zostanie uznana przez szanownych czytelników za spójną, choćby dlatego, że sam proces ich powstawania niewiele miał wspólnego ze spójnością (chociażby czasu i miejsca), ponadto został dość brutalnie przerwany, o czym czuję się zobowiązany opowiedzieć. W wersji finalnej prawdopodobnie znajdzie się kilka wierszy, które powstawały, gdy kończyliśmy ze Szczepanem prace nad „Kanadą” i niedługo po tym. Składały się one w miarę obiecującą całość, pisały się dość lekko, flow był niezły i szczerze wierzyłem, że gdzieś na początku 2013 roku uda mi się wydać drugą książkę poetycką. Niestety, końcem marca 2012 roku trafiłem do szpitala psychiatrycznego, gdzie zdiagnozowano u mnie zespół paranoidalny. Okazało się, że dla osoby piszącej zespół paranoidalny jest jak zerwanie więzadeł krzyżowych w kolanie dla zawodowego koszykarza – rokuje kiepsko i wymaga długiej rekonwalescencji. Dla mnie oznaczało to nieco ponad półtora roku przerwy od pisania – w międzyczasie przytyłem 25 kg, spałem po 16–18–20h na dobę i byłem w stanie przyjmować jedynie popkulturę w jej najbardziej prymitywnej odsłonie, tj. seriali paradokumentalnych i tym podobnych zapychaczy. Dlatego gdy na początku 2014 roku wróciłem do wierszy, zaczynałem z zupełnie innego miejsca niż to, w którym skończyłem, i potrzebowałem jeszcze dość dużo czasu, by dojść do w miarę akceptowalnej formy intelektualnej.

Na pewno w jakiś sposób rzutuje to na drugi tom, mam wrażenie, że nowe teksty są nieco mniej „gęste” od tych z debiutu, znacznie mniej w nich także zapożyczeń z innych języków. Zmienił się także rytm – wiersze z tego projektu są bardziej mantryczne, nieco bardziej przejrzyste i mam wrażenie, że lepiej wypadają w bezpośredniej konfrontacji z publicznością.

Na potrzeby drugiego tomu wykreowałem sobie superbohatera o mocno niekomiksowym rodowodzie, który odwala za mnie różne nieciekawe fuchy (czyli robi to, co teoretycznie powinna robić osoba w moim wieku), zaspokaja pewną presję społeczną, a czasem staje się ostatnią instancją, do której mogę się zwrócić zawsze i wszędzie – odwraca uwagę i pozwala mi skupić się na pracy stricte językowej. W pewnym momencie czułem dość mocną potrzebę, by stworzyć coś w rodzaju manifestu pokoleniowego (i przy okazji wejść w polemikę z Rafałem Różewiczem, który, jak mi się wydaje, widzi w pokoleniowości cel sam w sobie i jara się poezją niektórych autorów tylko dlatego, że urodzili się po 1989 roku). Ślady mojego myślenia o pokoleniowości można wypatrzeć w niektórych wierszach oraz w roboczym tytule tego tomu, ale nie wiem, czy doprowadzę tę sprawę do końca, nie wiem nawet, czy w tej chwili jest to dla mnie interesujące.

Na pewno po pracy nad książką pozostanie mi dużo notatek oraz fraz – gdyby tylko dało się jakoś zaimplementować do poezji outsourcing i offshoring, mógłbym pewnie powiedzieć, że na trzeci tomik nie będzie trzeba czekać tak długo, jak na drugi.

Dawid Kujawa: Twoich nowych tekstów słuchałem na zeszłorocznym Mikrofestiwalu, rzeczywiście wypadają świetnie w żywym kontakcie. Bliskie jest mi myślenie o wierszu, jakie przedstawiasz – flashbackiem przychodzi do mnie fraza z Tomasza Pułki, którą zawsze ustawiałem sobie jako określenie pożądanej sytuacji komunikacyjnej, a brzmi ona: „Podłogi umyte”. Przy oczyszczaniu języka chciałbym jeszcze się zatrzymać: nie od dziś widać, że mamy potężny problem z jakimś panironicznym modelem lekturowym, który sprawia, że każdy właściwie język, który trochę się wychyli, referowany jest przez zachowawczą krytykę w optyce niegroźnej beki, tak jakby mapa była raz na zawsze gotowa i – idę trochę za Moniką – poeta nie mógł sam wykonywać pracy kartograficznej. Z jednej więc strony wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu, z drugiej mamy te mocne podmioty, które mocne są tylko w sensie ontologicznym, bo przecież konsekwentnie płaczą nad bliznami, połamanymi paznokciami i utraconym dzieciństwem. Interesuje mnie to, gdzie Ty widzisz najwięcej syfu, skąd się wziął, dlaczego nie przeszkadza innym młodym poetom?

T.B.: Myślę, że stosowanie tutaj odpowiedzialności zbiorowej byłoby jednak znaczącym nadużyciem, bo oczywiście mamy młode poetki i młodych poetów, których ten syf uwiera, czemu zresztą dają wyraz w swoich tekstach – Jurczak, Pranke, Przybyła, Witkowska… Natomiast faktycznie mamy również poetów i poetki, których, wydaje się, świat za oknem niespecjalnie interesuje (dopóki słońce nie świeci zbyt głośno), którzy być może nie chcą sobie zdawać sprawy z tego, że nie jesteśmy pępkiem świata i że raczej bliżej nam do anus mundi… Nie wiem, czy uwierzyli w to, co zobaczyli w lajfstajlowych magazynach i są święcie przekonani, że coaching, fitness i jagody goji są wszystkim, czego potrzebują, że najważniejszą rzeczą na świecie jest sms od niej/niego, który uparcie nie przychodzi, choć minęło już dwadzieścia jeden minut i trzydzieści siedem sekund? Być może wynika to także z tego, że zdecydowana większość „przełomowych”, że pozwolę sobie wykorzystać wymysł Rafała, już/jeszcze studiuje, a jak wynika z moich obserwacji (nierzadko uczestniczących), studenci stwarzają sobie swoiste enklawy, które oddzielają ich zarówno od problemów teraźniejszych, jak i tych ze znajdującej się w zasięgu ręki przyszłości… Miejska legenda głosi, że do tych enklaw czasem docierają narkotyki, więc może jednak nie wszystko stracone?

Pytałeś o pochodzenie syfu. Nie wiem, nigdy nie byłem dobry w polowaniu na czarownice, a nie mam stosownych uprawnień, by posadzić naród na kozetce. Na pewno swoją cegiełkę dołożył do tego postępujący, pełzający infotainment i powstanie kanałów informacyjnych, które 24/7 mielą, bo muszą mielić, pseudowydarzenia i pseudoopinie wygłaszane przez ludzi, którzy chyba niekoniecznie wiedzą, o czym mówią (przypomina mi się sytuacja z niedawnych mistrzostw świata w piłce siatkowej mężczyzn, gdy ekspertami w studio byli Ryszard Czarnecki i Janusz Panasewicz). To w dużej mierze dzięki nim w dyskusji nie chodzi już o wymianę poglądów, tylko o zmasakrowanie lewaka, zaoranie/wytarcie podłogi przeciwnikiem ideowym i/lub politycznym.

To zjawisko jest oczywiście potęgowane przez internet – przyznam się w tym miejscu do mojej naiwności, ponieważ jeszcze kilka lat temu wierzyłem, że gdy media społecznościowe zadomowią się na dobre i odbiorą ludziom część ich sieciowej anonimowości, to język w sposób naturalny przyjmie w miarę cywilizowaną formę, bo jednak trochę wstyd publikować jawnie ksenofobiczne i ostro wulgarne posty w sytuacji, gdy wszyscy widzą twoją twarz, wiedzą gdzie pracujesz i którą szkołę skończyłeś… Okazało się, że ten mechanizm nie zadziałał i strasznie głupio się czuję, gdy podczas rozmowy na niezbyt grzejące tematy mój kumpel z boiska każe mi wyjąć głowę z dupy.

Nie bez winy jest też pewnie obóz rządzący (do niedawna „niepokorny”), który od lat, z (niestety) dobrym skutkiem wdraża strategię budowania własnej tożsamości poprzez odbieranie tożsamości innym, zawłaszczając symbole i fałszując historię, wykorzystując do własnych celów literaturę niezgodnie z intencjami autorów (że wymienię tylko Orwella i Broniewskiego) i jej rzeczywistym przeznaczeniem. Dodaj do tego rosnące rozwarstwienie ekonomiczne i niestabilność zatrudnienia, które z jednej strony rodzą dodatkowe frustracje (i dysonans poznawczy, bo wszędzie trąbią, że zielona wyspa i wzrost gospodarczy, a nikt nie wspomina o różnicy między średnią pensją a medianą i dominantą albo o tym, że udział płac w PKB spada), a z drugiej potęgują indywidualność doświadczenia życiowego, która w praktyce uniemożliwia (lub znacząco utrudnia) zrozumienie Innego i masz prosty przepis na katastrofę. Albo, jeśli wolisz, współczesność.

D.K.: Pewnej kwestii w moim przekonaniu poświęca się dziś zdecydowanie zbyt mało uwagi, choć liczę, że powoli od dołu idą zmiany. Zajmował się tym Guattari, dziś pisze o tym między innymi Berardi. W wierszu „Yes! I'm a long way from home”, który, jak rozumiem, otwierał będzie Twoją nową książkę, dotykasz tego problemu w sposób bezpośredni – mówię oczywiście o współzależności kapitalizmu i chorób psychicznych. Temat ten nie przestaje mnie nurtować, od kiedy doszedłem do siebie po epizodzie psychotycznym, Tobie stany, w których „'idź się wykąpać' oznaczać może gwałt”, także nie są obce (doskonała intuicja w wyborze dyskutantów, Monika), więc nie mogę odpuścić okazji i muszę ten wątek pociągnąć dalej. Jak widzisz te związki?

T.B.: To chyba temat na osobną i dużo dłuższą rozmowę… Jeżeli jest trochę szczęścia w tym nieszczęściu, to faktycznie że związki te powoli przebijają się do świadomości społecznej, i to w sposób jednak bardziej ‘naukowy’ niż ‘sensacyjny’. Nawet jeśli temat pojawia się w wysokonakładowej prasie. Mamy więc kapitalizm jako trigger i dużo danych przemawiających za tym, że w przytłaczającej większości nasi samobójcy to wcale nie Werter i Curtis, tylko utrata pracy, zaleganie z czynszem i pętla chwilówek (powstało sporo artykułów analizujących korelację między wzrostem zachorowań na choroby psychiczne w USA a ostatnim – choć pewnie nieostatnim – kryzysem finansowym). Sporo o tym miałaby pewnie do powiedzenia pani, którą poznałem w szpitalu – kobieta około pięćdziesiątki ze zdiagnozowaną chorobą afektywną dwubiegunową, która w fazie manii, przekonana o sile swojej intuicji i potencjale tkwiącym w rodzących się w jej głowie pomysłach, podejmowała różne okołobiznesowe przedsięwzięcia i gdy te kończyły się fiaskiem, w fazie głębokiej depresji lądowała w szpitalu, a późniejszy okres remisji poświęcała na spłatę zobowiązań zaciągniętych w fazie manii…

Ciekawy jest też wątek przeprowadzanej przez niewidzialną rękę rynku selekcji (klasyczne już „rynek zweryfikuje”), która za niektóre zaburzenia psychiczne wyklucza z życia społecznego i spycha na daleki margines, a inne wynagradza ponad miarę, bo okazuje się, że psychopaci świetnie odnajdują się na stanowiskach kierowniczych. Co znowu przyczynia się do dalszego wzrostu zachorowań wśród ich podwładnych – w tym miejscu pozwolę sobie uciąć, gdyż zrobiło się nieco grobowo.

D.K.: Pozwolę sobie, niezbyt może miękko, przeskoczyć do wierszy: o „Kanadzie”, jeśli dobrze kojarzę, mówiono przede wszystkim tyle, że bardzo sprawnie posługujesz się tu językiem reklamy i przekazów medialnych czy elementami slangu. I łączono to oczywiście właśnie z pokoleniowością, późnointernetowym miotem, nie poświęcając specjalnej uwagi temu, jak tym sposobem ujawniasz pewne działania propagandowe i ich konsekwencje. Mam więc wrażenie, że od początku próbowano cię jakoś spacyfikować, od twojego łomu (w „Kanadzie” bardzo często wprost mówisz o tzw. „problemach współczesności”) odwracając uwagę słowami o miksowaniu, przeskakiwaniu z rejestru w rejestr etc. Czytam nowe wiersze – nie wiem, ile mogę o nich mówić, ale jako egzemplaryczny pojawia się tu choćby tekst „News” – i widzę, że łom wciąż trzymasz pewnie, ale teraz ani na chwilę nie chowasz go za plecami. Wspomniałeś, że druga książka jest mniej „gęsta” – tak wyszło czy takiego tomu chciałeś?

T.B.: Wiesz, gdy czytałem recenzje „Kanady”, to z początku byłem bardzo szczęśliwy, że mogłem je przeczytać, byłem szczęśliwy, że w ogóle były, bo przecież nie każdy debiutant może dostąpić takiego zaszczytu… Dość szybko przyszła jednak refleksja, którą mógłbym streścić zdaniem „miło było się nie zrozumieć”. Nie zrzucam całej winy na krytykę, bo polityczność tych tekstów faktycznie może umknąć, jeśli porównamy je z wierszami z debiutów Kiry, Konrada czy Szymona Domagały-Jakucia. Może miejscami trochę przeszarżowałem, może dobór niektórych rekwizytów nie był do końca trafiony… Natomiast jeśli chodzi o nowe teksty, to granica między „tak chciałem” a „tak wyszło” jest zapewne dość płynna, na pewno piszę bardziej świadomie i jest tu sporo samoograniczania się, ale nie można też bagatelizować ograniczeń związanych z chorobą i przepisywanymi mi specyfikami – po prostu funkcjonuję na nieco niższym poziomie abstrakcji niż wcześniej. Co być może wyjdzie tym wierszom na dobre, ale to już ocenią odbiorcy.

M.G.: To żebyśmy się dobrze zrozumieli – poezja globalna to nie jest najszczęśliwsza etykietka krytycznoliteracka (rozumiana jako sieć różnorodnych odwołań, która wykraczałaby poza „kulturowe sprawy lokalne”, jak chciała Ania Kałuża). W drugiej książce po pierwsze zgrabnie wracasz do owych spraw lokalnych (które świetnie ilustrują „punkty wyjścia” tych wierszy), a po drugie dosyć wyraźnie, jak mi się wydaje, pokazujesz, jakie są Twoje priorytety, a już na pewno to, że nie chodzi Ci o wszystko naraz tu i teraz. Ale że nie chciałabym wkładać słów w Twoje usta, powiedz, proszę, jak rozumiesz polityczność poezji i co stoi u podstaw tej maszynerii w Twoim świecie – tym wyobrażonym i niewyobrażonym.

T.B.: W moim rozumieniu tego pojęcia, polityczność poezji oznacza przede wszystkim konsekwentne stawanie po stronie słabszych. Oznacza przywracanie podmiotowości, ratowanie pojedynczego, absolutnie unikalnego bytu i jego osobistego doświadczenia przed zarządzaniem zasobami ludzkimi, slangiem telemarketerów i rocznikiem statystycznym. A skoro poezja dzieje się (głównie) w języku, to ma także możliwość sprawdzania wytrzymałości języków, które uzna za opresyjne i (mam nadzieję) stopniowego ich unieszkodliwiania. W tym kontekście docenić należy wiersze z najnowszego tomu Kacpra Bartczaka, które obnażają fałsze i półprawdy kryjące się za ekonomicznym żargonem i bezdusznym językiem formularzy i sprawozdań.

Sama maszyneria jest moim zdaniem dosyć prosta – jej podstawa to prawda, wspomagana porównaniem i metaforą, potęgowana wyliczeniem i/lub powtórzeniem, ale także wyrażana liczbą (po latach spędzonych na uczelni ekonomicznej wiem, że są ludzie, do których nie sposób dotrzeć inaczej). Czasami zdarza mi się także korzystać z czegoś w rodzaju laboratorium, gdzie wykraczam poza zalecone zastosowania poszczególnych języków (tak, jak tutaj: „Koniec romansu” - „Przyczyną zerwania stosunków dyplomatycznych / była radykalna różnica stanowisk / w kwestii polityki historycznej”) i staram się doprowadzić je do stanu samowykoślawienia i samookaleczenia (np. w wierszu pt. „Puls biznesu”, który napisali za mnie pracownicy tego dziennika:

Nie będziemy robić rewolucji,

nie ma mowy o zwolnieniach,

jest za wcześnie, by mówić o szczegółach.



Zagranica się myli – nie ma miejsca

na jednostronne działania w Europie,

poza jednym – wygaszaniem.



Dziś nie jest to wprost zapisane:

nowe technologie wspomagają likwidację,

nie ma powrotu do przeszłości.



Przykładem jest produkcja kiełbas cienkich:

konsumpcja mięsa wieprzowego w ciągu najbliższych

dziesięciu lat praktycznie nie drgnie).

M.G.: Czyli poezja miałaby jednak kogoś ocalić, a nawet pozwólmy sobie na bezpretensjonalny edit w trybie oznajmującym: poezja kogoś ocala… A skoro mowa o słabych i silnych, w nowych wierszach kreujesz wspomnianego już bohatera o niekomiksowym rodowodzie, określanego mianem „człowieka-pizdy”. Czytelnicy i czytelniczki „artPapieru” będą mogli przeczytać jeden z wierszy z tego cyklu, w którym poznają zresztą miliony jego wcieleń. Człowiek-pizda przypomina ostatnią kosteczkę jengi – słaby punkt, ale i miejsce wyłomu. Jest luzerem i mocarzem, jest wewnątrz i na zewnątrz systemu. Kim jest człowiek-pizda?

T.B.: Cóż, w dużym skrócie mogę powiedzieć, że jest superbohaterem do zadań niespecjalnych – przede wszystkim niespecjalnie ciekawych. Jak na bohatera późnego kapitalizmu przystało, pracuje głównie na umowie-zlecenie – pozycjonuje strony internetowe, układa slogany reklamowe preparatów z magnezem, oprowadza zbłąkanych turystów po powiatowych miasteczkach bez historii i przyszłości… Odwala za mnie całą robotę w social media, tłumaczy się z moich braków i zaniedbań, jest „zderzakiem” (że pozwolę sobie wykorzystać określenie z tygodników opinii) – schowany za nim mogę spokojnie wyprowadzić psa na spacer, zagrać próbę z kapelą, napisać wiersz albo spotkać się ze znajomymi. Człowiek-pizda ma oczywiście swoje bolączki, ale są to typowe problemy pierwszego świata, także nic przesadnie poważnego czy śmiertelnego. Jego siła wynika wprost z jego bezsilności – choćby nawet chciał (a nie chce), kompletnie nie ma na nic wpływu, wygląda na tyle żałośnie, że nikt nie chce go nawet pobić, zarabia na tyle żałośnie, że nikt nie chce się z nim umówić. Jest pierwszym przegrywem i ostatnią instancją, a z moich obserwacji jasno wynika, że każdy z nas nosi w sobie czasem jego cząstkę – chociażby wtedy, gdy chcielibyśmy powiedzieć coś znaczącego, a jesteśmy w stanie powiedzieć tylko „tak, oczywiście”. Myślę, że zostanie ze mną na dłużej i że będzie ewoluował, może kiedyś zostanie yesmanem, może zawalony papierami wysadzi się w miejscu pracy. Mam tylko nadzieję, że nie dołączy do ONR-u, a to się pizdom czasem zdarza…

D.K.: Twoje rozumienie pokolenia faktycznie nie ma nic wspólnego z tym, co forsuje Rafał Różewicz, bo zajmuje Cię – jakkolwiek to brzmi – kolektywne doświadczenie (ujęte między innymi w wersach Refused, którymi przeplatasz swój wiersz), a nie metryka. Próby ukonstytuowania podmiotu, jakim byłoby „[beep] generation”, nie traktujesz chyba jednak jako czegoś, co wiązałoby się z uwolnieniem potentia, ze wskazaniem pewnej zbiorowości zdolnej do działania. Jest inaczej niż u Szczepana: można by się wkurwić, ale stawia się na sznur. Bliżej Ci do roku 1977 i No future niż do 1968 i L'imagination prend le pouvoir, prawda?

T.B.: Jeśli przyjmiemy, że po 1977 przychodzi 1978 razem z Gang of Four, Wire, the Fall i PiL, jeśli twórczy kolektywizm stanie się nowym indywidualizmem, a bunt (tłamszony ekonomicznie, tłumiony farmakologicznie, utowarowiony i sprzedajny) zostanie obudowany programem pozytywnym, to jak najbardziej. Póki co czara się wypełnia, [beep] generation to jeszcze nie jest ta ostatnia, wyczekiwana przez niektórych jak Jezus w początkach grudnia, kropla, ale myślę, że mamy już bliżej niż dalej. I że potencjał jest, tylko po prostu wysypia się, póki może. I że choć po części zrealizuje się, zanim Monika sięgnie po sznur.