Wydanie bieżące

1 lutego 3 (291) / 2016

Marek Bochniarz, Karolina Bielawska,

OPOWIADANIE TEGO, CO WAŻNE

A A A
Marek S. Bochniarz: Dlaczego zdecydowałaś się zostać reżyserką?

Karolina Bielawska: Myślę, że z wewnętrznej potrzeby opowiadania historii. Dla mnie to także sposób na komunikację ze światem, sposób na życie i moja pasja. Nie wyobrażam sobie robienia czegoś innego. To pewnie śmiesznie zabrzmi, ale bardzo wcześnie wiedziałam, że ciągnie mnie w kierunku opowiadania różnych historii, wyciągania ich z rzeczywistości. Nie czuję się twórcą czy artystką, tylko medium, które coś przetwarza – chyba bardziej rzemieślnikiem.

M.S.B.: Czyli kino to dla ciebie rodzaj komunikatu?

K.B.
: Poprzez moje filmy opowiadam o tym, co jest dla mnie ważne. Chcę podzielić się tym, co wynika z wewnętrznej potrzeby. Ludzie, którzy to oglądają, reagują. Gdybym nie robiła filmów, nie miałabym odwagi kogoś zaczepić czy z nim rozmawiać. Poprzez filmy ten kontakt jest naturalny. Tak samo jak nauczycielem, lekarzem czy księdzem, tak i reżyserem powinno się być z powołania.

M.S.B.: W dzieciństwie to filmy czy książki skłoniły cię do tworzenia własnych opowieści?

K.B.
: Gdy nie mogłam oglądać filmów jako dziecko, to udawałam, że śpię. Z drugiego pokoju zaglądałam do moich rodziców i patrzyłam na to, co oglądają. Filmy przenosiły mnie w inny świat, odkrywały go przede mną. I tak mi już zostało.

M.S.B.: Pamiętasz jakiś tytuł z tego okresu?

K.B.: „Amarcord” Federico Felliniego i te sceny, gdy mały chłopiec próbuje podnieść dużą kobietę. Film był dla mnie zjawiskiem, czymś niesamowitym, zupełnie nowym światem. Pamiętam też serial telewizyjny „Ballada o Januszku”. To historia chłopaka, który był wychowywany przez samotną matkę. Robiła dla niego wszystko, a on ją wykorzystywał. Wyrósł na łobuza, który kazał matce wchodzić pod łóżko i skakał po niej. Tak więc były to bardzo różne filmy.



M.S.B.: Czyli zwracałaś uwagę na tytuły, które ukazywały społeczeństwo?

K.B.: Dla mnie najważniejsza jest jakość filmu, a nie gatunek czy temat. To ważne, aby film mnie poruszał, choć mój poprzedni film, „Warszawa do wzięcia” (2009), rzeczywiście można traktować jako kino społeczne. Pomysł wziął się z tego, że jestem fanką kultowych „Dziewczyn do wzięcia” (1972). Janusz Kondratiuk opowiada o dziewczynach, które przyjeżdżają do stolicy, aby zmienić swoje życie. Szukają męża. Pojawiają się bardzo zabawne historie z tym związane. Gdy w 2007 roku przeczytałam w gazecie notatkę, że obecnie istnieje podobny program: dziewczyny z byłych PGR-ów przyjeżdżają do Warszawy, by odmienić swój los, to pomyślałam: ciekawe, jak trzydzieści lat później wyglądają współczesne dziewczyny do wzięcia? Myślałam, że będzie to film o stawaniu się, ale w trakcie realizacji okazało się, że jest to film o niemożności spełniania swoich marzeń.

M.S.B.: Co się dzieje z dziewczynami z „Warszawy do wzięcia”?

K.B.: Miałam kontakt z dwiema bohaterkami, a trzecia była prowadzona przez moją koleżankę i współreżyserkę – Julię Ruszkiewicz. Wszystkie wróciły tam, skąd pochodziły. Z Gosią, która najdłużej została w Warszawie i wydawało się, że ma szansę na to, by zrealizować swoje plany, nie mam kontaktu. Mam wrażenie, że bardzo przeżyła tę porażkę. Natomiast Ilona, druga z nich, wróciła po jakimś czasie do Warszawy i pracuje w Biedronce na Białołęce. Od czasu do czasu rozmawiamy przez telefon.

M.S.B.: Czy łatwo jest znaleźć bohatera filmu dokumentalnego?

K.B.: To jest bardzo trudne, ponieważ taki bohater musi spełniać dużo warunków. I ja również muszę spełniać warunki w stosunku do bohatera, ponieważ nasza relacja będzie miała wpływ na efekt filmu. Nigdy nie jest tak, że jedna osoba – reżyser czy bohater – jest w stanie zrobić coś samodzielnie.

M.S.B.: Czy trudno było namówić młode dziewczyny do udziału w „Warszawie do wzięcia”?

K.B.: Oczywiście, że były kłopoty, jak w każdym filmie. Nie było jednak aż takich problemów i nie robiło się tego filmu tak trudno, jak „Mów mi Marianna”. Przy tym projekcie prawie na każdym kroku spotykaliśmy się z niechęcią do tematu i do nas, przez co zadanie było trudniejsze.

M.S.B.: Nie obawiałaś się, że podejmujesz temat – zwłaszcza jak na Polskę – bardzo kontrowersyjny?

K.B.:  Nie myślałam o tym. Dla mnie temat korekty płci był jedynie pretekstem do opowiedzenia uniwersalnej historii o człowieku – o jego potrzebie bliskości, przynależności, akceptacji.

M.S.B.: Ale przez „Mów mi Marianna” stajesz się niejako stronniczką ruchu LGBT w Polsce.

K.B.: W Polsce nie wszyscy ludzie wiedzą, czym jest transseksualizm. Myślą, że to choroba psychiczna, a tymczasem jest to błąd genetyczny powstały w życiu płodowym dziecka, który leczy się w konkretny sposób – poprzez terapię hormonalną i korektę płci. Mam nadzieję, że mój film pomoże osobom transseksualnym, ale również ich rodzinom. Być może pozwoli zrozumieć i wyjaśni pewne sprawy? Jeżdżę na pokazy po Polsce i ludzie wspaniale reagują na film. Przychodzą do mnie i pytają, jak czuje się Marianna. Piszą do niej listy i chcą nawiązać kontakt. Mało tego – zapraszają ją do siebie na wakacje. Z jedną panią rozmawiałam o tym, że Marianna uwielbia morze i powiedziała mi: „Proszę pani, ja mieszkam w Sopocie, niedaleko morza, to zapraszam ją do siebie”.

Cieszą mnie też ludzie, którzy wyznają, że idąc na ten film, byli negatywnie nastawieni do tematu czy bohaterki, ale w trakcie oglądania ta niechęć zamieniła się w sympatię, współczucie i zrozumienie. Cały czas rozmawiamy o tematach społecznych, a przecież film nie jest o tym. Marianna nie jest działaczką LGBT, nie chodzi na demonstracje, parady równości. Jedyne, czego chce, to być sobą – zwyczajną kobietą.



M.S.B.: Czy ktoś ze środowiska LGBT zwrócił się do ciebie, bo chciałby ten film wykorzystać i pokazać, że osoby transseksualne są takie jak my?

K.B.: Tak. Mam kontakt z Lalką Podobińską i Anią Grodzką, które chcą pokazywać ten film swoim podopiecznym. Ale to nie jest film skierowany do określonych grup społecznych czy osób o konkretnych preferencjach seksualnych. To uniwersalny film dla ludzi, którzy wykazują empatię w stosunku do drugiego człowieka, są ciekawi świata i chcą go lepiej poznać. Okazało się, że wiele osób podobnie myśli o świecie i wyznaje podobne wartości co ja, dlatego bardzo się z tego cieszę. Natomiast nie czuję potrzeby, aby ten film podobał się wszystkim.

M.S.B.: Trudno jest zrobić film, który wywołuje tak silne wzruszenie w publiczności?

K.B.: Realizacja była dla mnie, dla Marianny i całej ekipy bardzo trudna. Nie jest on efektem obserwacji życia bohaterki, tylko mojej relacji z nią. W filmie razem z naszą bohaterką zmagamy się z przeciwnościami losu.

M.S.B.: A nie obawiałaś się, że ten film może źle wpłynąć na życie Marianny?

K.B.: Oczywiście, bardzo się obawiałam, tym bardziej, że wiem, jak ważne jest dla niej pragnienie akceptacji innych ludzi. Dlatego robiłam ten film tak, jak czułam. A mojej uczucia w stosunku do niej są dobre. I chciałam pokazać innym osobom, że ona nie robi nic złego, tylko walczy o swoją tożsamość, czyli wolność. I ma do tego prawo!

M.S.B.: W trakcie realizacji Marianna doznała udaru. Wiele osób pyta, czy nie chciałaś wtedy przerwać pracy, a mnie interesuje, czy nie miałaś właśnie poczucia, że dalsza realizacja może jej pomóc?

K.B.: Tak. Gdy to się wydarzyło, przyjechałam do Marianny tego samego dnia, w którym znalazła się w szpitalu. Było to dla mnie traumatyczne doświadczenie: lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. Wtedy nie myślałam o filmie, tylko o niej. Ale z każdym dniem jej stan był coraz bardziej stabilny. Po dwóch tygodniach wyszła z intensywnej terapii i przeszła na normalną salę. Pomyślałam wtedy: co z filmem? Przez to, co się wydarzyło, film nabrał jeszcze większego znaczenia. Gdy go kręciliśmy, miałam poczucie, że robię coś, co ma sens. Dla Marianny terapeutyczne znaczenie miała możliwość opowiedzenia historii swojego życia. Teraz, kiedy film jest już dawno skończony i święci sukcesy, widzę, jaki ma wpływ na Mariannę, która przeżywa każdy pokaz, pyta o reakcje publiczności, cieszy się z każdej nagrody. To poprzez ten film dostaje to, czego pragnęła najbardziej – akceptację. Na premierę filmu przyszła mimo zapalenia oskrzeli, pokonując trzy piętra bez windy, co dla niej jest prawdziwym wyzwaniem, bo przecież ma sparaliżowaną jedną część ciała i porusza się na wózku.

Ten film zrobiliśmy siłą woli. Mieliśmy budżet na 50-minutowy film telewizyjny, a zrobiliśmy 75-minutowy kinowy. Stało się tak, bo ludzie pomagali nam w trakcie realizacji. Gdyby się nie znaleźli, nie byłoby tego filmu. Nie liczę na to, że będzie to hit frekwencyjny, ale bardzo jestem ciekawa, jak widzowie go odbiorą w kinach.

Fot. Agata Kubis.