Wydanie bieżące

1 lutego 3 (291) / 2016

Anna Zagórska,

KSIĘGA TAJEMNICY (ANDRZEJ MUSZYŃSKI: 'PODKRZYWDZIE')

A A A
„Podkrzywdzie” to książka z jednej strony niezwykle wdzięczna i lekka, a z drugiej – może nieraz paradoksalnie – pełna literackich niespodzianek, zmuszająca do chwili zastanowienia, czytelniczej zadumy, przemyślenia wszystkich tych nieoczywistych ścieżek, którymi prowadzi nas narrator. Nie jest także to historia, której sedno i klucz tkwiłyby jedynie w fabule. Co więcej, można odnieść silne wrażenie, że przedstawienie fabuły, nakreślenie jej najbardziej wyraźnych momentów zwrotnych, przybliżenie świata przedstawionego wraz z podaniem cech przypisywanych głównym bohaterom na nic się nie zda. Siła tej książki drzemie bowiem poza prostym streszczaniem, poza dosłownością dającą się łatwo okiełznać i ująć w standardowe ramy opinii czytelniczej czy recenzji. „Podkrzywdzie” wymaga przede wszystkim wsłuchiwania się w słowa narratora, podążania za nim i za tajemnicami, które przebijają w tej opowieści najwyraźniej.

Andrzej Muszyński dał się już całkiem dobrze poznać polskim czytelnikom i – trzeba to podkreślić – było to poznanie kalejdoskopowe, przynajmniej kilkupłaszczyznowe. Muszyńskiego część czytelników kojarzy przede wszystkim z książką „Miedza” (opublikowaną w 2013 roku przez Wydawnictwo Czarne) – prozatorskimi potyczkami ze słowem i pamięcią, z własną (bardzo wyraźnie, terytorialnie wymierzoną) tożsamością określaną w dużej mierze przez bliskość Pustyni Błędowskiej. „Miedza” była mierzeniem się ze współczesną Polską powiatową, życiem na prowincji i na pograniczu. Inni zapamiętali Muszyńskiego jako reportażystę i podróżnika (autor to wszak pierwszy stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego), człowieka wyróżnianego za pisarstwo i pasję (honorowany był także nagrodami podróżniczymi), twórcę dwóch książek reporterskich – „Południa” i „Cyklonu”. Teraz Andrzej Muszyński powraca do korzeni – zarówno po raz kolejny pochylając się i przypatrując najbliższej okolicy (Pustynia Błędowska), jak i wracając do prozy fabularnej. Efektem tych powrotów jest książka „Podkrzywdzie” – zapis unikatowego daru balansowania pomiędzy dwoma dominantami każdego życia: czasem i przestrzenią, oraz świadectwo niezwykłej literackiej sprawności, sporej prozatorskiej wyobraźni, która pozwala autorowi swobodnie grać tymi dwoma siłami, przeplatać je ze sobą, dawać je w nawias i podawać w wątpliwość, choć wydaje się nam zazwyczaj, że akurat czas i przestrzeń tworzono oraz rozdzielano bez naszego udziału i nie sposób ruszyć z posad bezlitosnego upływu czasu czy raz wytyczonej bryły przestrzeni. W świecie przedstawionym „Podkrzywdzia” te ograniczenia i przeszkody wydają się niczym więcej niż błahostką, zaskakując czytelnika swoją umownością oraz ulotnością.

Książka składa się z czternastu rozdziałów, każdy z nich nazwany jest „Księgą”. Taki sposób nazewnictwa może sugerować podniosłość, uszlachetnia opowieść – wśród wspomnianych tytułów są m.in. „Księga Wyjścia”, „Księga Ofiary” – z drugiej jednak strony ewentualny patos rozbija się o „Księgę Picia” czy „Księgę Okna”. Taki sposób nazywania kolejnych rozdziałów może być także nawiązaniem do twórczości Brunona Schulza (wystarczy przypomnieć jego „Xięgę Bałwochwalczą”). To porównanie wydaje się niepozbawione sensu, wszak w „Podkrzywdziu” wartości szczególnie pielęgnowane w pisarstwie autora „Sanatorium pod klepsydrą” również stanowią istotę świata. Wystarczy wymienić kilka dominant i słów-kluczy: tajemnica, pamięć, zmysłowo-oniryczne, na poły realistyczne, a na poły magiczne odbieranie rzeczywistości. Lektura najnowszej książki Muszyńskiego dostarcza więc niezapomnianych wrażeń dryfowania w bliżej nieokreślonym czasie przy udziale ściśle wytyczonej – ale jednak mgliście zamazanej, jakby lotnej – przestrzeni. Igraszki z czasem dobrze oddają słowa, jakimi wypełnia swoją historię narrator. Z jednej strony przepełnia nas świat zapiecków, izb, świętych obrazków nad piecami, a z drugiej wśród książek zgromadzonych przez Stójkowego, jednego z bohaterów, obok „Pana Tadeusza” stoi „Prawiek” Olgi Tokarczuk.

Narrator opowieści jest wyraźny, jego głos będzie modulował i budował całą historię. Mówi do nas w pierwszej osobie liczby pojedynczej, sytuując siebie w samym centrum świata przedstawionego. Już pierwsze zdania „Podkrzywdzia” umiejscawiają narratora w (pozornie!) wyraźnie nakreślonych granicach czasowo-przestrzennych:„Był to czas, gdy mój dziadek, otrzepując się z kop chrupiącego jarmużu, zaczął coraz częściej chodzić na Podkrzywdzie. Budził się co rano rozczochrany i zły, rozmasowywał pulsujące na żylakach gruzły, wylewał na głowę czerpak lodowatej wody i rozpoczynał inną niż zwykle, bo nerwową, frenetyczną krzątaninę wokół kóz, gęsi i nawilgłego pierza” (s. 7).

To narratorskie wprowadzenie w historię streszcza tak naprawdę jej specyfikę. Mniej tu wyraźnie zarysowanej akcji, raczej zwraca się uwagę na szczegół, na drobiazgi, pyłki, okruchy codzienności, które – tak zdaje się układać świat narrator – stanowią samo centrum (lokalnego) wszechświata. Rzeczywistość, którą poznajemy za pośrednictwem w ten sposób skonstruowanych opisów (swoją drogą opisy świata przedstawionego to crème de la crème tej książki), jest ściśle zabudowana, wytyczona i ograniczona, przepełniona przejawami świata namacalnego, dotykalnego, zmysłowego (opisy oddziaływają na zmysły czytelnika, odnosząc się do wrażeń wzrokowych, słuchowych, dotykowych): „Dziadek nie palił jeszcze w piecu, ale drewutnię wypełniały już kolubryny pni rozmaitych przekrojów, które zwoził całe lato ze Stójkowym. Ułożone w piramidę, wydawały nocami głuche jęknięcia, a dziadek jak na złość wyciągał o poranku ze środka gałęzie, aż stos zwalał się z trzaskiem w sięgające łydek kopce roziskrzonych trocin” (s. 10).

Śmiało można stwierdzić, że Muszyński podnosi w „Podkrzywdziu” opis literacki do najwyższej godności. Pokazuje jego piękno, moc, siłę oddziaływania i tworzenia historii. Świat przedstawiony tej opowieści ożywa dzięki kunsztowi opisów, z których kilka – m.in. opis zabijania gęsi – na długo pozostaje w pamięci, staje się ważną częścią opowiadanej historii, wychodzą z tła, z dalekiego planu, gdzie często pozostawiamy większość literackich opisów.

Wydaje się, że przytoczone fragmenty, głównie ten pierwszy, inicjujący pierwszą z „Ksiąg” „Podkrzywdzia”, to wstęp idealny do opowieści, w której czytelnik otrzymuje dwie silne i niezaprzeczalne dominanty: czas własnego dzieciństwa, do którego narrator odwołuje się zarówno poprzez odniesienie do przeszłości, jak i wprowadzenie postaci dziadka (tym samym – myślimy – narrator jest wnuczkiem, dzieckiem, to czasy jego młodości) oraz przestrzeń stron rodzinnych – zapewne wiejskiego obejścia (wskazują na to określenia pojawiające się w pierwszych kilku zdaniach książki), jakiejś wsi, którą zamieszkiwali dziadkowie. Kolejne opowiadania (książka Muszyńskiego składa się rozdziałów – wspomnianych „Ksiąg” – powiązanych ze sobą ściśle, choć wprowadzających nowe historie, stanowiących odrębne całostki) nieraz utwierdzają nas w przekonaniu o pewności czasu i przestrzeni świata przedstawionego „Podkrzywdzia”. W pewnym momencie pojawia się jednak czytelnicza niepewność. Powoli okazuje się, że chyba posłużyliśmy się zbytnim uproszczeniem, łatwowiernie uwierzyliśmy narratorowi, który – wykazując się sporym sprytem – chce nas zwieść na lekturowe manowce. „Hola, hola!” – zdaje się mówić ten opowiadacz – „Nic nie jest takie oczywiste, jak nam się wydaje”. Igranie ze schematem i z pozorną oczywistością oraz otwartość na taką literacką grę wydają się bowiem kluczem do zrozumienia „Podkrzywdzia”.

Mikroświat dziadkowego obejścia – gdy przyjrzeć mu się wnikliwiej – sprawia wrażenie zawieszonego w bezczasie, oddalonego od bezdusznego tykania zegara. Otaczające ten dom przedmioty, rośliny, także rozmaite wierzenia i przyzwyczajenia sytuują wieś raczej w przestrzeni wyobrażeniowej niż namacalnej i realnej. Paradoksalnie, poprzez przywoływanie określeń ściśle związanych z życiem wiejskim, konkretnych nazw i imion, oddalamy się wraz z narratorem od konkretu, odpływamy w stronę niekończącego się unoszenia w czasie i przestrzeni. „Podkrzywdzie” więc, choć tak intensywnie mówi nam o przestrzeni – osadza bohaterów w nazwanych miejscach, pośród określonych przedmiotów i wyrazistych elementów krajobrazu, skupia uwagę na jej pokonywaniu i oswajaniu: chodzeniu, zatrzymywaniu się, przekraczaniu – jest jednak przede wszystkim książką o czasie i jego fenomenalnej niejednoznaczności. Przedmioty, nagromadzone sprzęty, dostępne zmysłom faktury, kolory, zapachy, świadczą o czasie, w jakim znajduje i nurza się narrator, choć są to świadectwa wskazujące nie tyle na konkretny punkt, moment dziejów, co na jakąś ogólną temporalną zasadę kształtującą otaczającą rzeczywistość. W pewnym momencie słyszymy na przykład: „Ultramaryna łuszczyła się na ścianach, taczki stały kołem do góry – jedno z nich, wyszczerbione i oklejone suchym błotem, kręciło się równo i ospale. Zrozumiałem – nasza wieś jest stara” (s. 120).

Muszyński konstruuje fabułę swoich opowieści w oparciu o świat zasadzony na prawach niemalże podstawowych. To krajobraz przetykany zwyczajnością, rzeczywistość przesycona prostymi czynnościami. Pokazuje bohaterów osadzonych mocno w świecie, bliskich naturze i jej cykliczności. W takim zanurzeniu znajduje się zaś miejsce na słowo, na opowieść, która może przybliżyć sprawy mniej jasne, tajemnicze. Tajemnica jest bowiem kolejnym słowem-kluczem najnowszej książki Muszyńskiego. Może nawet słowem najważniejszym, układającym tę historię, wytyczającym jej tempo. Historie, które poznajemy dzięki narratorowi, otwierają nas – czytelników – na rozmaite sekrety. Podstawowym z nich jest oczywiście tajemnica wspomnień. Mechanizm pamięci – zwodniczy, zawodny, skłonny do posiłkowania się bezmiarem wyobraźni – przeprowadza czy właściwie wprowadza odbiorcę w kolejne niewiadome, które obudowują fabułę „Podkrzywdzia” aurą niepewności, nieprzeniknięcia, zagadkowości. Już sama dedykacja, poświęcenie książki „Onemu”, jest zapowiedzią stylu i ducha tej opowieści. Pokazuje współżycie z tajemnicą, która jest częścią ludzkiej egzystencji. W nazwanym świecie dziadkowego obejścia niepewność wydaje się częścią codzienności. Nieprzenikniony świat ducha współgra z dosłowną zmysłowością dnia powszedniego:„Na parapecie przy kuchni sztywniały babcine drożdżowe placki i oszroniony kieliszek z okowitą, który zwykle dziadek wystawiał dla dusz. W nocy spadły z kredensu nożyczki. Babka wstała i podeszła do okna. Pod krokwiami coś strzeliło, po izbie krążyły poblaski z pieca, gdy na zewnątrz usłyszeliśmy wyraźny brzęk łańcucha […]. Wyjrzałem jednym okiem: drzwi uchyliły się i przez szparę wpadła do izby para mgły. Babka […] patrzy w mrok i mówi: „Nic tam nie ma, to pewnie ono” (s. 163).

Różne są sposoby objaśniania niewiadomych. Czasem odpowiedź jest prostsza niż się wydaje. Gdy zaintrygowany narrator próbuje zgłębić tajemnicę malowanych akurat na niebiesko domów (domyślając się zapewne ukrytego w wyborze koloru głębokiego sensu czy sekretu), słyszy między innymi, że przyczyny są rozmaite, ale jednym z zasadniczych powodów było po prostu pojawienie się ultramaryny w sprzedaży. Świat próbuje więc tłumaczyć dziadek, wydaje się, że wszechwiedzący Stójkowy posiada odpowiedzi na większość nurtujących pytań – jednak pierwiastek tajemnicy jest niezbędny do funkcjonowania świata. Ten właśnie pierwiastek – cytując autora – pozwala nam przechodzić „an ągurd ęnorts wółs”.
Andrzej Muszyński: „Podkrzywdzie”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2015.