Wydanie bieżące

15 lutego 4 (292) / 2016

Marek Bochniarz,

PETER, CÓŻEŚ UCZYNIŁ SIERGIEJOWI? (EISENSTEIN W MEKSYKU)

A A A
Przede wszystkim: „Pancernik Potiomkin”. Jest cudownie nakręcony: to kino artystyczne nie mające sobie równych. Decyduje o tym jego perswazyjność. Któż bowiem nie ma ukonstytuowanego na solidnych podstawach poglądu na świat, może z powodu tego filmu stać się bolszewikiem. Udowadnia on, iż zawarcie w dziele sztuki przekonań politycznych jest istotnie możliwe. I nawet najgorsze idee mogą być propagowane, jeśli szerzy się je za pomocą wybitnych dzieł.

(dr Joseph Goebbels, z przemowy w berlińskim hotelu Kaiserhol, z dnia 28 marca 1933 roku [R.W. McCormick, A. Guenter-Pal 2004: 154])

Ludzie, którzy byli w Meksyku, witają się jak bracia. Bo ci, co go doświadczyli, załapali meksykańskiego bakcyla. Ktokolwiek widział meksykańskie równiny, musi li tylko przymknąć powieki, by wyobrazić sobie coś na kształt Edenowego Zieleńca… A wszystko to mimo zaświerzbionych kundli liżących brudne gary z jedzeniem, powszechnej korupcji i irytującego braku odpowiedzialności przy niepoprawnym lenistwie, przerażających nierówności społecznych,  agresywnych, arbitralnych akcji sił policyjnych czy stuletniego zacofania, występującego w sąsiedztwie wysoce wyrafinowanych form społecznego wyzysku.

(Siergiej Eistenstein o doznaniu Meksyku [Bergan 2016: 325])

Wielki reżyser nadjeżdża na białym koniu… no dobrze, nie na białym koniu, lecz w białym garniturze (skojarzenie jest mocno nieporządne jak na komunistę, bo w tym kostiumie wygląda prawie jak białoarmista). Wychylając się z przedniego siedzenia samochodu, bombarduje meksykański krajobraz spojrzeniem niczym świder stachanowca rozstrzeliwujący na pył skały w kopalni. Te oczy, tym razem litościwie zasłonięte ciemnymi okularami, znamy z wielu spośród bodaj tryliona zdjęć zrobionych Siergiejowi przez ciekawskich dziennikarzy, gdy witał się z tym czy tamtym, tudzież pajacował przed obiektywem solo. Oczy wwiercały się w naszą duszę, a my mówiliśmy: „Nie, nie obejrzę tego przydługiego filmu o carze” lub: „Wystarczy mi to spojrzenie, zresztą te filmy są propagandowe i fe”. Jednak nie o przekonania polityczne tu idzie, a – parafrazując tytuł animacji Wojciecha Bąkowskiego – „robienie nowych filmów zamiast dać spokój”.

Celem podróży radzieckiego mistrza kina jest Guanajuato, w którym znajduje się wyborne muzeum mumii. Eisenstein chce je zobaczyć. Bardzo pragnie też realizować film, o jakim Meksyk mógł dotąd tylko pomarzyć. Ma to być opowieść o kraju i jego przepastnych kontrastach, zmajstrowana trochę na „antropologiczną” modłę kina Flaherty’ego (to zresztą Robert podrzucił mu ten szalony pomysł w USA). Na razie historia spoczywa cicho w bagażach ze sprzętem filmowym, zamknięta w skromnym budżecie, dysząc w dojmującym upale i zwijając się w kłębek pod czujną kontrolą despotycznego Rosjanina.

„Eisenstein w Meksyku” to gruby bicz zgrabnie ukręcony na poczciwy, naiwny biopic. Jego zwoje splecione zostały przede wszystkim z popularnego dziś queerowania wielkich zmarłych (w tym wypadku ponoć uzasadnionego) i dojmującego, równie powszechnego, braku wiary w tzw. prawdę historyczną. Jak to zresztą zgrabnie ujmuje Peter Greenaway: „Doprawdy nie może istnieć coś takiego, jak Historia – są tylko historycy. Historii jako takiej przemierzyć nie sposób. Nigdy nie uświadczymy też ostatecznego, pewnego dowodu. Co najwyżej staniemy się ofiarami nieobiektywnego podglądactwa. Poza tym, jak mówią, Historia jest zaledwie gałęzią literatury. Ten, kto pisze ją najlepiej, jest też jej dyktatorem” (Greenaway 2015).

Impuls do realizacji tak karkołomnego przedsięwzięcia, jak rekonstrukcja wizyty Eisensteina w Guanajuato zrodził się dzięki niezwykle modnej, chorobliwej wręcz skłonności do konsumowania biograficznych narracji, na której trawi swój wolny czas ludzkość na całym globie, z purpurowymi wypiekami na policzkach i śliną na ustach. Pozostaje odetchnąć z ulgą, że wyrachowanemu brytyjskiemu formaliście starczyło odwagi, aby podjąć temat wyimka z absurdalnych kolein losu innego formalisty, podziwianego przezeń całe dorosłe życie.

To, że mają ze sobą wiele wspólnego, nie byłoby odkryciem godnym uwagi czytelnika tego tekstu, gdyby nie istotna informacja, że ta wpływologia ma źródło w młodzieńczym afekcie Greenawaya do Eisensteina, co w przypadku spadkobiercy o mniejszym talencie mogłoby przerodzić się w swego rodzaju epigonizm. Zresztą słowo to znacznie uszczupla wartość choćby takiego matematycznego „Brzucha architekta” czy scenograficznie barokowych „Ksiąg Prospera”, które Siergiej przyjąłby z otwartymi ramionami i pomrukiem autentycznej sympatii.

Greenaway w „Eisensteinie w Meksyku” nie potrafi być malarzem o chłodnym oku badacza i średniowiecznym zamiłowaniu do tworzenia wykazów, wykresów i map, które dezorientują odbiorcę poetyką spontanicznych esów-floresów. Powód jest prosty: już jako siedemnastoletni młokos po raz pierwszy zachłysnął się sznytem „eisensteinizmów”. Od piorunującego wrażenia, jakie zrobił na nim film przecudnej urody, czyli patetyczny „Strajk” (co ciekawe – jako bodaj jedyny z powszechnie znanych, pełnometrażowych filmów Eisensteina nie znalazł się on w ofercie polskiego dystrybutora), rozpoczęła się gorąca fascynacja Brytyjczyka Rosjaninem: „Do tamtej pory [1959 roku – przyp. M.B.] nie widziałem tak poważnych filmów z początków kina – w porównaniu z nimi amerykańskie produkcje wydawały się nazbyt krzykliwe i sentymentalne, niemieckie nadmiernie ekstrawaganckie i nieprawdopodobne, a francuskie przesadnie autotematyczne i literackie. Za Eisensteinem stał też autentyczny cel i zmysł filmowy, zdolny do zbudowania szybkiego tempa i samoświadomości – a żaden wczesny amerykański film nie był tak prędki, nigdzie też nie było tylu ujęć – czy niespodziewanej dosadności akcji i fascynacji przemocą” (Greenaway 2015).

Serc starania stracone

Płomienne uczucia trudno ostudzić letnim rozsądkiem, stąd „Eisenstein w Meksyku” zadziwi nas swoją młodzieńczością, bo taki posmak zostanie nam na języku po seansie. To kino, które wyszło spod ręki żółtodzioba, jakby rozdygotanej od emocji. Opatrzone zostało przecież podpisem niegdysiejszego nastolatka, dla którego obejrzenie „Strajku” równało się odkryciu prawdziwego potencjału drzemiącego w X muzie, która – jak z goryczą informuje nas Greenaway – została prawie do szczętu sprzedana opowiadaczom, skupionym na snuciu prostolinijnych bajeczek służących do wywołania w nas prostych emocji i niezbyt rozbudowanych refleksji.

Jeśli w skupieniu pogrzebać w dorobku Brytyjczyka i rzucić okiem na poszczególne tytuły, to doprawdy trzeba cofnąć się aż do roku 1996 i „Pillow Book”, w którym aura pewnej niedojrzałości towarzyszyła innemu wyznaniu afektu współczesnej Japonki do duchowej bratniej duszy żyjącej tysiąc lat przed nią: Sei Sh?nagon, damy dworu z okresu Heian. To, że Greenaway i Eisenstein rozminęli się w strumieniu czasu o zaledwie mgnienie oka, musiało położyć się cieniem na życiu Brytyjczyka, który tak ukochał swego brata w rzemiośle, że podarował mu cały film.

Jeśli pozwolimy sobie na okresową amnezję i na potrzeby seansu zapomnimy, ile wiosen reżyser ma już na karku, oraz zdołamy się poddać rozbrajającej lekkości, jakiej nie szło u niego uświadczyć już od dłuższego czasu, to kupimy film i bohatera. Dziesięć dni w Guanajuato to przecież dziesięć dni, które wstrząsnęły Eisensteinem, jak bohater informuje nas w napięciu, gdy jest zmuszony opuścić miasteczko.

Poznaj swój odbyt”

Z perspektywy żywych obrazów, za jakie mogłyby uchodzić dzieła Rosjanina (przez stale w nich obecne, skrajnie kontrastowe oświetlenie, wyodrębniające ze scenografii bohaterów na miarę posągów), można też zbudować pewną zbieżność z zainteresowaniami Greenawaya. Chodzi o budowanie tomisk wypełnionych sekretnym, desperackim życiem („Księgi Prospera”) czy swobodną żonglerką między żywym, niedoskonałym ciałem architekta a posągiem despoty („Brzuch architekta”).

Anglikowi nie zbywa jednak na zaangażowaniu w krytykę społeczną i tworzeniu manifestów, których spodziewalibyśmy się po tak zagorzałym fanie Rosjanina (no cóż, zafascynowała go w nim chyba tylko forma, pal licho komunistyczny przekaz). Co prawda przypomina nam o homoseksualizmie Eisensteina, lecz wyłącznie w celu odbrązowienia mistrza, uczynienia z niego przeciętnego człowieka, walczącego z dojmującym obrzydzeniem do swojego korpulentnego ciała i kompleksami na temat swojej tożsamości seksualnej, orientacji przecież zakazanej w tak ukochanej przezeń Matce Rosji. Wzbraniamy się przed tym brutalnym uczłowieczeniem tytana kina niemego, które z pięknego potwora uczyniło trochę śmiesznego geja-wstydnisia. A mógłby przecież sadzić on solidne, chmurne teksty o swoim gejostwie, niczym negujący kompromisy queer twórca homocore, „bezczelny pornograf” Bruce LaBruce w „Manifeście Purpurowego Ruchu Oporu”. Zapoznajmy się z fragmentem 2. punktu tego osobliwego dokumentu: „2. Poznaj swój odbyt. Purpurowy Ruch Oporu błaga wszystkich mężczyzn, a zwłaszcza samozwańczych »heteroseksualistów« (…), aby nawiązali więź ze swoimi odbytami, z pomocą wszelkich dostępnych i koniecznych środków. Być może Marcuse miał coś takiego na myśli, gdy mówił o nadwyżce represji nałożonej na lud przez »społeczeństwo dobrobytu«. W zindustrializowanym społeczeństwie, jakie osiągnęło stan obfitości, a które charakteryzuje produkcja »nieproduktywnych dóbr konsumpcyjnych« – technicznych gadżetów, nadmiaru odpadów, zamierzonej starzyzny, rzeczy luksusowych, zbytecznie rozrośniętych sił militarnych itd. – określona represja roztoczona nad jednostką konieczna dla rozwoju kultury, jest wymuszona na obywatelach celem narzucenia określonej koncepcji »normalności«. Będzie ona raczej stać po stronie konformistycznych postaw społecznych i instytucjonalnych, niż ideałów związanych ze spełnieniem indywidualnych potrzeb” (LaBruce 2011).

Z punktu widzenia odbiorców różnych wersji montażowych nieukończonego filmu o Meksyku (dostępna w Polsce rekonstrukcja pt. „Niech żyje Meksyk!” autorstwa Grigorija Aleksandrowa pochodzi z 1979 roku, lecz eisensteinofile kojarzą też nowszą, prawie nikomu nieznaną „Meksykańską fantazję”, zmontowaną w 1998 roku pod kierunkiem Olega Kovalova), Eisenstein szukał w tym kraju osobistego spełnienia marzeń o odwiedzeniu fascynującego miejsca, w którym śmierć staje się elementem ludowego spektaklu i jest obecna nawet w muzealnej ekspozycji. Chciał też uczynić z niego plener do pełnego rozmachu dokumentu, w którym opowiada o społeczeństwie za pomocą jego wielkich artystów.

Greenaway przypomina o tym, co Eisenstein wyniósł z tego doświadczenia jako człowiek. Bruce LaBruce mógłby to opisać jako chwilową, marksistowsko-anarchistyczną, gejowską odskocznię od stalinowskiego terroru, dokonaną metodą transformacji własnego ciała w opozycji do opresyjnego kraju, negującego skłonności wielkiego bohatera radzieckiej awangardy. Jednak Eisenstein jako bardzo nam bliski, taki ludzki i nerwowy gej, artysta, bibliofil i antropolog? Trochę to straszne dla rosyjskiego nudnego pomnika reżysera, choć może i dla części fanów pociągające…

LITERATURA:

Bergan R.: „Sergei Eisenstein: A Life in Conflict”. New York 2016.

„German Essays on Film”. Red. R.W. McCormick, A. Guenter-Pal. New York-London 2004.

LaBruce B.: „The Purple Resistance Army Manifesto”. 25 października 2011,

http://brucelabruce.com/2015/07/07/purple-resistance-army/.
„Eisenstein w Meksyku” („Eisenstein in Guanajuato”). Reżyseria: Peter Greenaway. Scenariusz:  Peter Greenaway. Obsada: Elmer Bäck, Luis Alberti, Maya Zapata i in. Gatunek: biograficzny. Produkcja: Belgia, Finlandia, Francja, Holandia, Meksyk 2015, 105 min.