Wydanie bieżące

15 lutego 4 (292) / 2016

Jędrzej Dudkiewicz,

HOŁD DLA DZIENNIKARSTWA (SPOTLIGHT)

A A A
Oj, nie lubią coś ostatnio filmowcy Bostonu. Najpierw w „Pakcie z diabłem” pokazywali wielki skandal, którym było dogadanie się gangstera Jamesa „Whitey” Bulgera z FBI, dzięki czemu przez wiele lat przestępca pozostawał w zasadzie bezkarny. Teraz w kinach można obejrzeć filmową wersję słynnego śledztwa w sprawie pedofilii w Kościele katolickim w tymże mieście. Drugi z filmów, „Spotlight” Toma McCarthy’ego, nominowany do Oscara w sześciu kategoriach, trzeba po prostu obejrzeć.

Tytułowy „Spotlight” to specjalna sekcja dziennika „Boston Globe”, której dziennikarze zajmują się długotrwałymi i skomplikowanymi sprawami. Gdy w gazecie pojawia się nowy redaktor prowadzący, szybko zauważa, że wątek molestowania nastolatków przez jednego z księży został potraktowany po łebkach. Sprawa zostaje przekazana do „Spotlight”, które zaczyna coraz mocniej drążyć temat, w efekcie czego wpada na trop systemu chroniącego duchownych dopuszczających się przestępstw na tle seksualnym.

McCarthy zdecydował się postawić w swoim filmie na klasyczną, sprawdzoną formę narracji. Zamiast na efektownych trikach montażowych, niepotrzebnych elipsach i retrospekcjach, skupia się na przybliżeniu kulisów śledztwa. Mogłoby to wydawać się nudne – bohaterowie przez większość czasu rozmawiają z kolejnymi osobami i notują różne rzeczy. A jednak jest w „Spotlight” niesamowita energia, która nie pozwala oderwać się od ekranu choćby na chwilę. Wszystkie punkty zwrotne ustawione są w odpowiednich momentach, zaś głównym powodem, dla którego odbiorca ogląda tę historię z wypiekami na twarzy, jest fakt, że startuje z podobnej pozycji, co dziennikarze Spotlight. Razem z nimi prowadzi więc śledztwo, razem z nimi zaczyna rozumieć coś, co do tej pory mogło nie mieścić się w głowie. Najbardziej wstrząsające i, nie ma co ukrywać, zwyczajnie obrzydliwe są momenty, w których bohaterów próbuje się przekonać, że nie warto zagłębiać się w sprawę, że lepiej zostawić wszystko tak, jak jest – w końcu Kościół robi dużo dobrego dla lokalnej społeczności. „Więc tak się to odbywa? Jeden człowiek szepcze coś drugiemu na ucho w barze i nagle całe miasto odwraca wzrok w drugą stronę?” – konkluduje dziennikarz, który dopiero co zorientował się, w jak wielkiej iluzji żyje.

Należy również docenić jeden z największych atutów „Spotlight”, jakim jest koncertowe aktorstwo. Chociaż scenariusz został skonstruowany w taki sposób, że w zasadzie nic nie wiadomo o głównych bohaterach, a ich życie osobiste zostało ledwo wspomniane, wcielający się w nich wykonawcy sprawiają, że każda postać jest wyrazista i zwyczajnie interesująca. Prym wiedzie tu po prostu genialny Mark Ruffalo – to głównie dzięki niemu film obfituje w emocje; niezłomność i determinacja jego bohatera są zaraźliwe. Nawet w tak pozornie zwykłą scenę, jak czekanie na otwarcie archiwum sądu, Ruffalo potrafi, wespół z reżyserem, tchnąć niepokój i napięcie. Zresztą cała obsada, łącznie z aktorami odgrywającymi role epizodyczne, jest tu pierwszorzędna.

„Spotlight” to przede wszystkim hołd złożony dziennikarstwu i to takiemu, którego w zasadzie już nie ma. Za sprawą sposobu realizacji filmu, a przede wszystkim tego, jak ukazano w nim pracę redaktorów, może wydawać się, że historia ta rozegrała się kilkadziesiąt lat temu, a nie na początku tego stulecia. Piętnaście lat temu gazeta mogła sobie jeszcze pozwolić na to, by oddelegować czterech dziennikarzy do jednej sprawy na rok albo i dłuższy czas. Dziś nikt już tego nie zrobi, informacje muszą docierać do ludzi natychmiast, zwykle nie ma więc możliwości dokładniejszego zbadania sprawy. Im dłużej oglądałem „Spotlight”, tym mocniej zastanawiałem się: a co, jeśli w dzisiejszych czasach doszłoby do czegoś, co można porównać do Watergate? A co, jeśli doszło?
„Spotlight”. Reżyseria: Tom McCarthy. Scenariusz: Tom McCarthy, Josh Singer. Obsada: Michael Keaton, Mark Ruffalo, Rachel McAdams, Liev Schreiber i in. Gatunek: thriller. Produkcja: USA 2015, 128 min.