Wydanie bieżące

15 lutego 4 (292) / 2016

Oskar Kalarus,

ZJAWISKOWA WYDMUSZKA (ZJAWA)

A A A
Informacja, że Alejandro Iñárritu wyreżyseruje ekranizację powieści Michaela Punke’a wzbudziła w fanach literackiego pierwowzoru tyle samo nadziei, co i obaw. Ponury, mocno trzymający się historycznych faktów antywestern opowiadający o ludzkiej woli przeżycia i niemal leczniczej mocy nienawiści, zdawał się materiałem niezwykle odległym od dotychczasowych dokonań meksykańskiego reżysera. Z drugiej jednak strony, biorąc pod uwagę niesztampowy charakter powieści, oczywiste było, że stworzenie na jej podstawie dobrego filmu wymaga ponadprzeciętnej ekipy, potrafiącej w twórczy sposób przełożyć dzieło literackie na język filmowy.

Po seansie „Zjawy” nie ma wątpliwości, że właśnie taką ekipę udało się zebrać. Iñárritu w roli reżysera, Emmanuel Lubezki za kamerą, Ryûichi Sakamoto odpowiedzialny za muzykę i gwiazdorska obsada, z Leonardem DiCaprio i Tomem Hardym na czele, sprawiły, że film został uznany za wielkie wydarzenie już w chwili pojawienia się pierwszych zapowiedzi. Jeżeli dodamy, że także reszcie obsady nie można nic zarzucić, wydawać się będzie, że film rzeczywiście powinien być artystycznym sukcesem. Tymczasem dla mnie seans okazał się jednym z największych filmowych rozczarowań ostatnich lat.

Trzeba przyznać, że warstwa wizualna „Zjawy” zachwyca dosłownie od samego początku i od pierwszych chwil wprowadza widza w nastrój dzieła. Sporo w tym zasługi nie tylko samej akcji, ale także (a może przede wszystkim) znakomitej gry aktorów i pracy kamery, która nie boi się jednym, płynnym ruchem przenieść uwagi z centrum akcji na przykład na niebo. Dzięki temu wydobyty zostaje niespodziewany liryzm, co ma miejsce nawet w scenie konfrontacji między łowcami skór a Indianami.

Większość scen wprost olśniewa sposobem realizacji – niezależnie od tego, czy ukazywane jest poetyckie piękno przyrody, czy kontrast między niewzruszoną naturą a rozgrywającym się ludzkim dramatem. Na najwyższym poziomie, jeżeli chodzi o realizację, stoją zarówno statyczne ujęcia, jak i pełne dramatyzmu sceny akcji, takie jak wspomniane otwarcie filmu czy walka Hugh Glassa z niedźwiedziem. Kunszt i poświęcenie aktorów znakomicie współgrają z najnowszą technologią. Choć olbrzymia rola specjalistów od efektów specjalnych jest widoczna w wielu momentach, ani razu nie mamy wrażenia sztuczności – nawet jedna z najważniejszych scen, zrealizowana z udziałem komputerowo wygenerowanego niedźwiedzia, wypada wprost znakomicie.

Cała obsada, ze szczególnym uwzględnieniem czterech aktorów kreujących najważniejsze role (DiCaprio, Hardy, Gleeson, Poulter), robi wszystko, by uwiarygodnić odgrywanych bohaterów. Niestety, nawet aktorski kunszt nie jest w stanie ukryć miałkości i sztampowości filmowych postaci. Chociaż zatem każdy z aktorów odgrywa w „Zjawie” rolę stojącą dosyć daleko za ich najlepszymi dokonaniami, to trzeba przyznać, że nie oni są temu winni, a miernie rozpisani w scenariuszu bohaterowie. Ponadto, mimo zachwytów nad warstwą wizualną i aktorstwem, smutnym faktem pozostaje, że film jest wartościowy przede wszystkim ze względów estetycznych, co, niestety, w obliczu nijakości scenariusza okazuje się nie wystarczać.

„Zjawa” Punke’a opowiada o losach trapera, Hugh Glassa, który poważnie raniony przez niedźwiedzia został pozostawiony przez swoich kompanów na – jak się wydaje – pewną śmierć. Porzucenie to nie jest jednak dla Glassa największym problemem, ponieważ doskonale rozumiał trudności życia na pograniczu i wiedział, że grupa nie miała wyboru. Nie może tylko wybaczyć ludziom, którzy mieli przy nim czuwać do śmierci, że zabrali mu strzelbę i nóż, tym samym nie tylko pozbawiając go najcenniejszych przedmiotów, ale jeszcze bardziej zmniejszając jego szanse na przetrwanie. Zdaje się, że ukazana w utworze literackim motywacja zemsty – zdaniem twórców filmu – okazała się niewystarczająca lub niezrozumiała dla współczesnego, masowego widza. Z jakiegoś powodu zdecydowano więc, że główny bohater będzie miał syna, którego Fitzgerald (jeden z mężczyzn mających pochować Glassa) zamorduje, dzięki czemu filmowy Glass zostanie „lepiej” zmotywowany do nienawiści.

Oczywiście, chyba żaden kinoman nie może mieć za złe filmowcom tego, że modyfikują literaturę, przystosowując ją do innego medium. Sztuka filmowa już nieraz pokazała, że wiele zmian jest koniecznych i pozwala na stworzenie zupełnie nowej jakości, czasem prześcigającej nawet książkowy pierwowzór. Problemem „Zjawy” w reżyserii Iñárritu nie jest samo w sobie modyfikowanie historii, ale to, że prawie każda wprowadzona zmiana sprawia, iż utwór staje się bardziej schematyczny i przewidywalny, a przez to płytki i nudny. Niektóre wątki, którymi starano się zróżnicować film względem powieści, potrafią nawet wywołać niezamierzony uśmiech na twarzy widza; inne są po prostu niepotrzebne. Wymowa filmowej „Zjawy” jest banalna i – zwłaszcza w porównaniu z dziełem literackim – najzwyczajniej uboga. Głębia psychologiczna i wielowymiarowość postaci zostały brutalnie spłaszczone. Choć można zrozumieć, dlaczego zupełnie pominięto wcześniejsze losy Fitzgeralda i Glassa, to trudno znaleźć sensowne wytłumaczenie dla wymyślenia syna tego drugiego (co doprowadziło zresztą do drastycznego spłycenia postaci Bridgera i jego relacji z głównym bohaterem) czy dla kiczowatego zakończenia. Jako pewne próby psychologizacji można rozpoznać retrospekcje i „wizje” głównego bohatera. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy jest to zabieg mający włączyć do filmu jakiekolwiek elementy bardziej charakterystyczne dla twórczości Iñárritu, czy może chciano jedynie przedstawić rozterki psychologiczne bohatera tak prosto i dosłownie, by każdy je zrozumiał.

Dla wielu odbiorców nieznających powieści „Zjawa” może okazać się po prostu jałowym, choć pięknym wizualnie filmem, którego poszczególne kadry dałoby się oprawić w ramkę, ale fabuła nie budzi w zasadzie żadnych emocji i nie jest nawet warta zapamiętania. Dla mnie jako osoby, która czytała powieść wiele miesięcy przed seansem (warto przypomnieć, że Alicja Helman pisała o interpretacji ekranizacji literatury jako o czymś, co dokonuje się w umyśle widza na skutek konfrontacji obu utworów), film Iñárritu jest podręcznikowym przykładem zmarnowanego potencjału. Całkowicie zawiedziony seansem, jednocześnie z pełną wyrazistością widzę w wyobraźni, czym ekranizacja mogłaby być, gdyby tylko postanowiono choć trochę bardziej trzymać się literackiego pierwowzoru lub wprowadzić zupełnie nowe wątki, ale bardziej pasujące do charakterystycznego stylu Iñárritu, zamiast zastępować książkowe wydarzenia kolejnymi realizacjami najbanalniejszych schematów. Choć nie ma wątpliwości, że większość (o ile nie wszystkie) z dwunastu nominacji do tegorocznych Oskarów dla „Zjawy” jest w pełni zasłużona, to brak przyznania przez Akademię nominacji za scenariusz możemy uznać za dowód zdrowego rozsądku jej członków.
„Zjawa”. („The Revenant”). Reżyseria: Alejandro González Iñárritu. Scenariusz: Alejandro González Iñárritu, Mark L. Smith. Obsada: Leonardo DiCaprio, Tom Hardy, Domhnall Gleeson, Will Poulter i in. Gatunek: dramat / film przygodowy. Produkcja: USA 2015, 156 min.