Wydanie bieżące

1 kwietnia 5-6 (293-294) / 2016

Pamela Kalisz,

LUDZIE NIE CHCĄ PRAWDY, CHCĄ WIERZYĆ... (AVE, CEZAR!)

A A A
Nadal nieprzewidywalni w swojej twórczości Coenowie tworzą sentymentalną, kolorową opowiastkę malowaną światłem różnego rodzaju. Światłem, które niesie konotacje zarówno religijne czy polityczne, jak i te mocno powiązane przede wszystkim z kinem: jego historią, materią oraz rolą, jaką pełni w świadomości twórców filmowych i widzów. Sfery te wzajemnie się przenikają dzięki kluczowemu pojęciu, którym jest wiara. Można wierzyć w nadrzędne bóstwa, wartości, idee lub po prostu w to, co ludzie widzą czy słyszą. Człowiek jednak zawsze wychodzi od obserwacji i analizy pewnego systemu, który go otacza. W przypadku religii skupi się na systemie wierzeń, praktyk i rytuałów, a przyglądając się określonym ustrojom politycznym, najprawdopodobniej zacznie od badania struktur państwowych, instytucji oraz prawa.

Kinem również kierowały (i wciąż kierują) konkretne systemy wzajemnie oddziałujące na siebie, m.in. rozrywkowy, ekonomiczny czy system władzy. „Złota era Hollywood”, przypadająca na lata 50. ubiegłego wieku, dostarcza kolejnych dowodów na istnienie odgórnych porządków, trójpodziału i wzajemnych wpływów najważniejszych filarów ówczesnego kina, tzn. systemu gwiazd, wytwórni i gatunków filmowych. Swoistej egzemplifikacji tego zjawiska doświadczamy podczas seansu filmu „Ave, Cezar!”, aczkolwiek pod płaszczykiem wszechobecnej satyry i ironii charakterystycznej dla braci Coen. Dodam, że nie jest to satyra jednowymiarowa, jak mogłoby się na początku wydawać. Zastosowana konwencja „filmu w filmie” pozwala bowiem na dodatkowe analizy, wprowadzenie wewnętrznych dowcipów oraz ukierunkowanie uwagi widza w stronę najważniejszego bohatera, którym niewątpliwie staje się X muza wraz z całym systemem produkcyjnym.

Coenowie starannie odtwarzają schematy hollywoodzkiego kina i zdają się rozumieć wszelkie prawidłowości, które zdominowały twórczość w tamtym okresie. Reżyserzy uzyskują ciekawy efekt, wyśmiewając archaiczne sposoby kręcenia i sztuczność kina epickiego, melodramatu, musicalu czy westernu, jednocześnie niejako oddając im hołd dzięki wystylizowanej, hipnotyzującej formie i grze osobowości. Tworzą doskonałą iluzję w świecie pełnym paradoksów. W filmie dostrzec można również wiele intertekstualnych odniesień m.in. do kultowego „Ben Hura” (1959), postaci Clarka Gable’a czy w końcu do jednego z filmów samych braci Coen, „Barton Fink”(1991). Zarówno w tej realizacji, jak i w „Ave, Cezar!” kluczową rolę odgrywa fikcyjna wytwórnia – Capitol Pictures. Zanurzając się w ten wykreowany obraz, widz nieustannie szuka sieci powiązań wśród gąszczu epizodów, z którymi ma do czynienia, „kotwicy”, która byłaby stabilnym punktem odniesienia. Parafrazując słowa jednego z bohaterów: Gdyby to tylko było takie proste… „Would that it were so simple…” – z pozoru zwyczajna, prosta kwestia stanowiła nie lada wyzwanie dla Hobiego Doyle’a (postaci granej przez Aldena Ehrenreicha), który wypowiada ją w komiczny sposób i powtarza wielokrotnie w trakcie nagrywania jednej ze scen.

W przypadku Coenów nic nigdy nie jest oczywiste. Klamrą filmu oraz przewodnikiem widza po kolejnych halach produkcyjnych jest Eddie Mannix (w tej roli znakomity Josh Brolin), którego postać zainspirował amerykański producent o tym samym nazwisku, związany w owym czasie ze studiem MGM. Pełnił on (podobnie jak protagonista) rolę fixera, „naprawiacza”, który pilnuje między innymi tego, aby w dobie dominującego wciąż Kodeksu Haysa żadna z gwiazd filmowych (aktorów, reżyserów itp.) nie doprowadziła do jakiegoś skandalu. Ujawnienie takich sytuacji wiązało się wówczas z naruszeniem dobrego imienia studia, nałożeniem na nie kar finansowych lub ostatecznie z zakazem dystrybucji filmów, jak również mogło doprowadzić do końca kariery danego aktora. Ważne w takich momentach były umiejętności mediatorskie, skuteczność oraz szybkość działania osoby odpowiedzialnej za rozwiązanie problemu. Należało w miarę szybko podejmować określone kroki, ponieważ media mogły upublicznić niekorzystne informacje na temat artysty, wytwórni czy jej produkcji.

Fabuła „Ave, Cezar!” utkana jest właśnie z takich afer, w które wplątali się bohaterowie, gwiazdy kina lat 50. Sceny te, ukazane w karykaturalnym i dosyć komicznym świetle, wywołują jednak u widza zaledwie półuśmiech lub skłaniają do sympatii względem poszczególnych postaci. Sporym zaskoczeniem okazuje się świetna kreacja Aldena Ehrenreicha, który wciela się w bohatera westernów – Hobiego Doyla. Doskonały jest również wątek postaci odgrywanej przez Channinga Tatuma. Z kolei George Clooney, Ralph Fiennes, Scarlett Johansson czy Tilda Swinton prezentują się zaledwie dobrze w swoich krótkich, epizodycznych kwestiach. Role niewielkich kół zębatych wprawiających całą filmową maszynerię w ruch to stanowczo zbyt mało dla talentów tego formatu. Ich funkcja na ekranie sprowadza się raczej do ciekawostek niż opowiadania konkretnych historii.

Osobą, która spaja wątki poszczególnych postaci, jest Eddie Mannix. W filmie towarzyszymy bohaterowi przez około 28 godzin jego życia, a właściwie pracy, która stała się jego życiem. W międzyczasie kuszony ofertą nowej posady w firmie Lockheed (koncern lotniczy) i mamiony papierosami, które miał rzucić, zastanawia się nad zmianą trybu życia. Lecz priorytetem są dla niego sprawy związane z wytwórnią. Na uwagę zasługują sceny przedstawiające spotkanie Mannixa z przedstawicielami różnych wyznań czy rozgrywające się w montażowni podczas przeglądania materiałów filmowych. Protagonista nieustannie zerka na zegarek, odbiera telefony, biega pomiędzy planami filmowymi i biurem. Każdy go potrzebuje. Wydaje się najrozsądniejszym spośród otaczających go głupców, ale czy jest lepszy od nich? Jego praca polega przecież na tuszowaniu prawdy za wszelką cenę.  Jako zagorzały katolik cały czas walczy ze swoimi prywatnymi demonami. Jednak czy „pięć zdrowasiek” i gorliwa wiara na pewno wystarczą, żeby wybaczyć sobie samemu? A może wszystko to stanowi zaledwie ucieczkę, kamuflaż? Potrzeba religii przecież również zostaje w filmie wykpiona, a policzek wymierzony w konkretne systemy polityczno-społeczne, takie jak komunizm czy kapitalizm, staje się symboliczną próbą rozliczenia z historią. Hollywood też jest obciążony licznymi grzeszkami. Widz dostaje w najnowszym dziele braci Coen tylko wygładzoną fantasmagorię. Może to być, oczywiście, efekt przemyślanego zabiegu. Wydaje się jednak, że twórcom zabrakło odwagi w prezentacji filmowego światka.

„Ave, Cezar!” jest przede wszystkim wyznaniem wiary w moc kina i siłę jego oddziaływania; to również zaproszenie do bezpośredniego wejścia za kulisy Fabryki Snów. Poszczególne wątki fabularne są wręcz zdominowane przez ukazywanie funkcjonowania planu filmowego, a wykreowany obraz stanowi symulację złotego okresu Hollywood. Przedstawiciele filmowej machiny tego czasu świadomi są toczących się równolegle niebezpiecznych procesów, takich jak zimna wojna, powstanie kongresowej komisji do spraw działalności antyamerykańskiej szukającej sowieckich szpiegów lub sympatyków partii komunistycznej, a także pojawienie się groźnej konkurencji w postaci telewizji. Hollywood może i mydli widzom oczy patetycznymi historiami, rozśpiewanymi westernami, roztańczonymi musicalami czy płytkimi melodramatami, jednak istnieje możliwość, że tym samym zasłania coś znacznie głębszego, czego należałoby poszukać... Albo i nie – jest to sprawa indywidualnego wyboru. W tej audiowizualnej próżności kina mimo wszystko tkwi również jego siła i piękno. Nie tylko tworzy ono mitologię, ale jest też – jak sugerują Rafał Syska i Łukasz A. Plesnar w artykule poświęconym kinu amerykańskiemu lat 50. – fascynującym dokumentem epoki.
„Ave, Cezar!” („Hail, Caesar!”). Reżyseria: Joel Coen, Ethan Coen. Scenariusz: Ethan Coen, Joel Coen. Obsada: Josh Brolin, George Clooney, Ralph Fiennes, Scarlett Johansson, Alden Ehrenreich, Channing Tatum, Tilda Swinton i in. Gatunek: komediodramat. Produkcja: USA, Wielka Brytania 2016, 106 min.