Wydanie bieżące

1 kwietnia 5-6 (293-294) / 2016

Marek Bochniarz,

NOWE SZATY WYTWORNEGO NUDZIARZA (ZABÓJCZYNI)

A A A
(…) wuxia odnosi się do bohaterów, którzy byli częścią jianghu – świata sztuk walki. Xia, błędny wojownik, podlegał kodowi honoru (yiqi), który wymagał od niego dotrzymania obietnic i ratowania z opresji prawych ludzi – podobnie, jak miało to miejsce w przypadku jego żeńskiego odpowiednika nuxia/xianu. Wojownicy przykładali wielką wartość do przyjaźni czy powinności wobec ojczyzny, a możliwość dokonania odwetu cenili bardziej aniżeli własne życie.

(L.O. Stokes 2007: 507)

Historiografia wuxia utrwala charakter historii-w-rozwoju czy historii określającej akcję. Błędny wojownik xia działa jako przedstawiciel historii, świadomy swojej roli w formowaniu wydarzeń i tego, co czeka naród, dokonując na przykład zabójstwa tyrana.

(S. Teo: 7)

Warto było czekać. Film, którego realizację Hou Hsiao-hsien zaczął planować ponad dwie dekady temu, wzbudził sensację na międzynarodowych festiwalach i szerokie uznanie znawców gatunku. Nie ma wątpliwości: to film, do którego będziemy wracać latami.

(J. Murczyńska 2015)

 

Chiny dynastii Tang. Wobec słabości cesarskiej władzy centralnej na rubieżach kraju formują się twory polityczne o dużej niezależności i ambiwalentnym stosunku do dworu. Młoda kobieta powraca w rodzinne strony znajdujące się na takich „krnąbrnych” peryferiach jako wyszkolona zabójczyni. Fachu nauczyła ją mniszka wywodząca się z cesarskiego otoczenia. Wyjazd „do domu” jest tak naprawdę elementem treningu zabójczyni na służkę, która nie zawaha się użyć swych zdolności w każdej sprawie – obojętnie jak złej. Jej zadaniem jest zgładzenie lokalnego władcy, co niesie za sobą widmo pogrążenia dominium w chaosie. Film Hou Hsiao-Hsiena opowiada o tym trudnym powrocie po latach. Za główną bohaterkę reżyser obrał kobietę, która staje przed wyborem między przywróceniem kontroli nad swoim życiem a zupełnym podporządkowaniem się patronce. Cóż wybierze heroina, bardziej skłonna do morderczego tańca niż do zamążpójścia?

„Zabójczyni” jest ekscentryczną i swobodną ekranizacją „Nie Yinniang” autorstwa Pei Xing. Materiał literacki zdradza czytelnicze obsesje reżysera, jakich fani jego wyszukanego, artystowskiego kina nigdy zapewne u niego nie podejrzewali. Tajwańczyk wraz z bratem konsumował w młodości w hurtowych ilościach powieści wuxia (czyli coś w rodzaju przygodowej literatury o wojownikach wywijających mieczami i innym żelastwem). Gdy tych już zabrakło w okolicy, Hou w niecierpliwym oczekiwaniu na świeże dostawy książek zwracał się w stronę literatury dynastii Tang. Ze względu na użycie w niej starochińskiego pozostawiła ona po sobie krótkie, treściwe historie o bardzo przejrzystej treści. W ten sposób twórca odnalazł opowieść „Nie Yinniang”. I czekał, aż się trochę zestarzeje i spatynuje, aby móc zmierzyć się z osobliwym pomysłem, jaki zaświtał mu w głowie.

Metoda, z jaką reżyser podszedł do swego debiutanckiego filmu sztuk walki, była nietypowa. Pozornie realizował rzecz w gatunku wuxia, lecz jego stosunek do tego kina można delikatnie nazwać krytycznym, a może lepiej: niechętnym, z nutką dezaprobaty dla ignorowania reguł świata fizycznego. I tu zaczyna się podstawowy problem z tym wyszukanym artystycznie, poetyckim arcydziełem, za jakie uchodzi „Zabójczyni”. Jeśli traktowalibyśmy je jako wuxia, wówczas musielibyśmy je potępić za brak adekwatności i niekomunikatywność względem rodzimej publiczności. Na szczęście Hou w wywiadach gęsto się tłumaczy z tego, co wyczyniał. Bo „Zabójczyni” to takie wuxia, jaki ze mnie cesarz chiński.

Kierunek: Japonia. Tropem genezy wuxia

Głęboko wpłynęło na mnie japońskie kino samurajskie z tamtych czasów [dzieciństwa Hou – przyp. M.B.]. Bardzo różniło się od chińskich filmów sztuk walki jako gatunku, ponieważ opierało się na fizyce. Ludzi ogranicza grawitacja, której siłę doświadczamy na co dzień.

(H.H. Hou)

Jest coś perwersyjnego w tym, że Hou zrealizował film wuxia jako mistrz intelektualnego, niezbyt kinematograficznego poetyzowania i w imię zasady robienia wszystkiego na opak (czyli jak na rasowego artystę przystało). Miał jednakże niemało powodów, aby „Zabójczynię” ulepić w sposób nieprzewidywalny dla widza, który dobrze zna ten gatunek (i oczekuje pewnych konkretnych rozwiązań). U podstaw stała potrzeba posiadania dyktatorskiej wręcz kontroli nad materiałem. Gdyby przyszło do kręcenia scen z latającymi w powietrzu wojownikami, typowych dla filmów wuxia, wówczas ilość czynników zewnętrznych byłaby zbyt trudna do okiełznania, aby reżyser mógł potem powiedzieć: „To mój film jest, i jest taki, jakem sobie zamierzył w snach”.

Problemem Hou było też zamiłowanie do realizmu, któremu dotychczas wiernie hołdował. O wiele wyżej cenił sobie kino kung-fu, które od wuxia odróżnia głównie to, że jest oparte przede wszystkim na demonstrowaniu realnych możliwości ciała ludzkiego (acz skrajnie wyćwiczonego), a walczący nie fruwają, lecz raczej twardo stąpają po ziemi. A że Hou jest estetą, to bardzo lubił oglądać japońskie filmy samurajskie, z ich ascetycznym wyrachowaniem i skłonnością do oszczędnego dawkowania pojedynków. Niespieszne tempo musiało być bliskie temperamentowi flegmatyka i oku spokojnego, uważnego obserwatora.

Jednak najzabawniejsze w rodowodzie „Zabójczyni” jest „kolonialne” pochodzenie wuxia i historyczna migracja gatunku po krajach chińskojęzycznych. Jak uroczo ujął to Stephen Teo: „Pisarz wczesnej literatury science fiction i entuzjasta baseballu Shunro Oshikawa (1876-1914) po raz pierwszy użył terminu [wuxia – przyp. M.B.] w tytułach serii militarnych opowieści przygodowych, aby zaznaczyć w nich wojenne cnoty heroizmu i odwagi, na przykład w tytule jego powieści z 1902 roku »Bukyo no Nihon« (po chińsku »Wuxia zhi Riben, Heroiczna Japonia«). (…)

Chińscy pisarze i studenci uczący się w Japonii przenieśli słowo, wracając do kraju w nadziei, że Chiny podążą tropem przykładu Meiji w przyjmowaniu nauki i wojskowej modernizacji. Słowo było zatem w szerokim użyciu w Chinach od przełomu końca dynastii Qing i początków okresu republikańskiego” (S. Teo: 2).

Sięganie w „Zabójczyni” do japońskiego kina sztuk walki ma zatem w filmie Hou ironiczny wydźwięk, choć trudno powiedzieć, czy było to przez reżysera zamierzone. Także fakt, że zdecydował się na koprodukcję z Chinami, poza aspektem finansowym, ma w sobie pewien osobliwy i niejednoznaczny podtekst. Komuniści na długi czas wygnali ze swojej kinematografii pijane balety wuxia, które na trudne czasy zadomowiły się przede wszystkim w niesfornym Hongkongu, a trochę również na wyalienowanym Tajwanie. Stąd zbieractwo finansowe jest symbolicznym mieszaniem terytoriów niezgody politycznej i ideologicznej.

Warto chyba przypomnieć fakt biograficzny: Hou urodził się w Chinach kontynentalnych, lecz wyjechał z nich jeszcze jako niemowlak, więc nie traktuje ich jak ojczyzny, a raczej jak miejsce, skąd jego rodzina została wygnana (jak wielu bohaterów „Zabójczyni” wyrzuconych z kulturalnego centrum na dzikie peryferia – w szoku i poczuciu krzywdy). Chiny są zatem obiektem poetyckich i odległych westchnień Hou. W „Zabójczyni” cesarskie czasy zdegenerowanych prowincji zostały wykreowane na miarę krainy bezmiaru dobrobytu i wszędobylskiego plugastwa. Tylko skrytobójcze, acz zawieszone przed finalnym, śmiertelnym ciosem ruchy tytułowej zabójczyni ratują tę rzeczywistość przed pogrążeniem w pustce. Bohaterka grozi swoją morderczą obecnością po to, by innych otrząsnąć z odrętwienia. Pomaga ludziom w potrzebie, gdy system objawia swoją niekompetencję, a urzędnicy bezbronność wobec przemocy. Zatem – silna kobieta ratuje słabych facetów. Nic dziwnego, że film nie spodobał się w Azji.

Nuda ponad wszystko

Hou neguje wartość ekspresyjnych, magicznych w swoim żelaznym spięciu walk na miecze na rzecz nudnych i przydługawych dialogów o pośladkach pewnej nadobnej niewiasty, prowadzonych wśród niby zjawiskowych i porywających dekoracji, których tempo jest jednak wyznaczone przez okropnie absurdalny rytm długich ujęć. Ta perwersja nie ma w „Zabójczyni” końca i nawet gdy ma dojść do krwawego starcia, dostajemy w twarz zblazowanym artyzmem, negującym nasze potrzeby siekanych ciał i strug krwi. Dlaczego?

Bo wszystko w tym filmie jest na opak. Stosunek reżysera do gatunku. Stosunek scen akcji do pozostałych scen (oczekiwania na krajankę dłużą się, a potem dostajemy nazbyt, wręcz złośliwie krótkie i niesatysfakcjonujące migawki z rżnięcia mieczem). Stosunek wizualności owych scen akcji do tego, co nie zostaje w nich pokazane, poraża bezczelnością zmarnowanego budżetu. W każdym przyziemnym zestawieniu normalnego kina wuxia Hou dostałby wyłącznie punkty ujemne za krnąbrność, bezczelność i plugastwo swej złośliwości (a także pasy na goły tyłek). I pewnie dlatego jego arcydzieło podoba się zachodniej widowni, a chińskiej już niekoniecznie.

To, że reżyser „Zabójczyni” ceni bardziej dywagacje psychologiczne i ambiwalencję długich i osobliwych scen niż ludzkie przyrżnięcie mieczem o miecz, staje się zrozumiałe i jasno wyłożone już w czarno-białym preludium do filmu. Możemy albo wynieść się z kina, plując na planszę z bezecnie artystowską projekcją, albo z syczeniem wytrwać to piekło do końca. Powiedzmy, że to kwestia wytrzymałości odciskania swych pośladków w fotelu kinowym, bo innych aspektów kinematograficznej zaprawy w kinie ultranudziarskiego Hou niespecjalnie dostrzegam.

Para w gwizdek?

Nawet w sfeminizowanym wuxia pokroju „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” Anga Lee wysiłki nie idą w obłoki pary kinematograficznego parowozu. Hou zużył jednak masę funduszy na pozornie zbyteczne precjoza, być może wodząc inwestorów na manowce (jeśli rzecz się nie zwróci – niemniej artystycznie już żywo zapaczkowała). Bardziej interesowała go odpowiedniość potraktowana z całą stanowczością i bez uwzględnienia taryfy ulgowej. Wirtuozerskie oddanie realiów językowo-scenograficznych było bardziej pociągającym celem „sztuki” niż jakiekolwiek podporządkowanie się pragmatyzmowi kina jako towaru czy – wreszcie – gustom publiczności (choć to ostatnie jest dyskusyjne).

Czy naddatki, których prawdopodobnie w gotowym materiale nie zauważy nikt poza Hou, były tak ważne? W słynnej scenie z jedwabną zasłoną olbrzymia ilość dubli była spowodowana nie tyle powiewającym, półprzejrzystym materiałem i problemami technicznymi, lecz tym, że para aktorów źle wypowiada swoje kwestie w starochińskim. A powinni przecież swój długi dialog (jeden z kluczowych dla fabularnej intrygi) wypowiedzieć dobrze – bo inaczej po co ta cała udręka z kostiumami „z epoki”, skoro możliwości aktorskie zaangażowanych artystów nie mogą sprostać tak wysoko ustawionej poprzeczce?

Pytanie o konieczność i „pustą” ambicjonalność naddatków można zresztą odwrócić i zastanowić się, czy wuxia dzisiaj, aby sprostać nowym technologiom i odmiennym wymaganiom odbiorców, nie powinna przekroczyć granic racjonalności i dotąd konsekwentnie stosowanych reguł gatunkowych? Hou zrobił film przede wszystkim z myślą o sobie, lecz nie chciał zaspokoić w ten sposób własnej próżności. Można to zilustrować jednym przykładem. W dotychczasowych filmach Hou praktycznie nie stosował takiego rozwiązania, jak kręcenie dubli. „Zabójczyni” kazała mu przedefiniować ulubioną metodę pracy z naturszczykami i zmusić aktorów, by niejako stali się naturszczykami z dynastii Tang. Pomysł ten, przy całej swojej ekscentryczności, jest godzien podziwu z punktu widzenia pasjonatów, a efekt uzasadnia domniemane „okrucieństwo” reżysera.

Jeśli zatem Lee dla swojego wystawnego wuxia wyprodukował stosy broni białej znanej tylko z dawnych rysunków czy nadobne stroje, to Hou spróbował, choćby w ograniczony sposób, zrekonstruować przeszłość odległą i dziś zupełnie niezrozumiałą, wchodząc na tereny inne niż scenografia, kostium czy miecz. W ogród słów.

Sztuka cię wyzwoli

Chciałbym też przekonać sceptyków, że „Zabójczyni” jest jakością samą w sobie, bo piękno uwiecznionych w niej krajobrazów zasługuje na interaktywną wystawę o tytule „Obczaj te omdlewająco piękne, dzikie krajobrazy Chin z czasów dynastii Tang”. Jest to przedsięwzięcie doskonałe do ciemnej sali w galerii sztuki, gdzie będziemy kontemplować jego fragmenty trochę tak, jak Hou zbiera wrażenia z Tajwanu. Spoglądając przez szybę kawiarni i medytując nad emocjami przechodniów, wypowiada w wywiadzie dla „The Guardian” słowa, które mogłyby być maksymą dla jego wuxia:Nie uważam, aby fabuła była jedynym sposobem dotarcia do publiczności. Widzowie mogą złapać przesłanie filmu za pomocą krajobrazu, postaci, detali”.

Ale być może nie znajdziemy w „Zabójczyni” nic wartego uwagi poza sfeminizowanym przynudzaniem reżysera, które wyda nam się wręcz schizofreniczne pod względem braku tolerancji dla gatunku, w jakim mimo wszystko zrealizował swój „kaleki”, być może nazbyt ambitny film. Otwarta pozostaje kwestia tego, czy jego artystowskie wuxia należy cenić bardziej niż rzemieślnicze i rozrywkowe produkcje sprzed dekad, czyli obrazki czasem wręcz bezwstydnie schlebiające niewyszukanym gustom publiki.

Biorąc pod uwagę silne emocje publiczności Festiwalu Filmowego Pięć Smaków, gdzie nowy film Hou pojawił się w sekcji tajwańskich filmów wuxia z innymi, historycznymi już przedsięwzięciami, takimi jak bezczelnie rozrywkowy „Wojownik nad wojownikami” Josepha Kuo z 1968 roku, pozostaje przyznać z rozłożeniem rąk, że współczesny widz jednak woli być zatruty statycznym pięknem krajobrazu w filmie ascetycznym i wyrafinowanym, niż ulec kinetycznej energii dynamicznego naparzania się w kinie przygodowym. „Wojownik nad wojownikami”, pomimo projekcji z taśmy filmowej, uchodzącej już za egzotykę i retro, nie zebrał całej widowni, a o bilety na „Zabójczynię” i miejsca na sali ludzie prawie się zabijali, choć już w trakcie festiwalu było wiadomo, że za kilka miesięcy produkcja wejdzie do polskich kin.

Być może to stare, ludzkie, typowe, acz urokliwe wuxia umarło śmiercią naturalną i nadeszła teraz pora na nowe, artystycznie ekstremalne kino slow takich twórców, jak Hou Hsiao-Hsien? Oto „Zabójczyni”: najmniej wciągający film sztuk walki, jaki nosiła ta ziemia! I najpiękniejszy chińskojęzyczny film tego roku, a może i dekady…

LITERATURA:

X. Brooks: „The Assassin director: why I gave plot the chop”, http://www.theguardian.com/film/2016/jan/11/hou-hsiao-hsien-the-assassin-martial-arts-movies.

J. Murczyńska: „Zabójczyni”, strona Festiwalu Filmowego Pięć Smaków, http://www.piecsmakow.pl/film.do?id=124.

N. Schager: „Hou Hsiao-Hsien Talks 'The Assassin,' Making Wuxia Films, And Defying Expectations”, http://blogs.indiewire.com/theplaylist/interview-hou-hsiao-hsien-talks-the-assassin-making-wuxia-films-and-defying-expectations-20151013.

L.O. Stokes: „Historical Dictionary of Hong Kong Cinema”. Lanham–Toronto–Plymouth 2007.

S. Teo: „Chinese Martial Arts Cinema: The Wuxia Tradition”. Edinburgh 2009.
„Zabójczyni” („Nie Yin Niang”). Reżyseria: Hsiao-hsien Hou. Scenariusz: Hsiao-hsien Hou i in. Obsada: Qi Shu, Chen Chang, Yun Zhou i in. Gatunek: dramat, film sztuk walki. Produkcja: Chiny, Francja, Hongkong, Tajwan 2015, 105 min.