Wydanie bieżące

1 kwietnia 5-6 (293-294) / 2016

Ewa Szkudlarek,

JESTEM JUŻ W DRODZE TYLE LAT... (REISEFIEBER, CZYLI PODRÓŻ W NIEZNANE)

A A A
Spektakl „Reisefieber, czyli podróż w nieznane” w reżyserii Piotra Ratajczaka w Teatrze Polskim w Poznaniu to spektakl ukazujący próbę odtworzenia obrazów młodości w wieku dojrzałym. Oto bilans zysków i strat, spotkań i rozstań, sukcesów i niepowodzeń. Wszystko po latach wygląda inaczej, niby te same miejsca i ludzie znajomi, ale rzeczywistość zupełnie odmienna, a w niej człowiek także inny. Na pozór jest to zabawna historia dwóch dojrzałych mężczyzn, którzy w poszukiwaniu przygód, jak za młodzieńczych lat, wyruszają autostopem nad Bałtyk. Spontaniczna i przypadkowa podróż pozwala bohaterom zastanowić się nad swoim życiem i snuć refleksje na temat miłości, sztuki, rodziny i śmierci. Upływający czas nie pozwala tak łatwo o sobie zapomnieć. Częste powroty do wczesnej młodości są podyktowane nie tylko rozliczeniem z przeszłością. Kryje się za nimi sentyment dobrze znany wszystkim, którzy z wiekiem odkrywają uroki choćby najbardziej szarej i nijakiej młodości.

W teatrze czeka na widzów podróż naznaczona piętnem przypadkowości, prowadząca jednak do finału, który od samego początku wydaje się nie do uniknięcia; wędrówka emanująca przedziwną aurą odmiennego stanu świadomości bohaterów oraz surrealnym poczuciem humoru, chwilami niezbyt dokładnie maskującym powagę czynionych przez Piotra Rowickiego, autora sztuki, przemyśleń, rozważań i konstatacji. Podróż to trasa pieczołowicie oznakowana odniesieniami do stereotypów okresu PRL: wczasy zakładowe, rzeczy z Pewexu, biały fiat 125p. Chociaż w spektaklu nie ma narratora, to same obrazy tworzą opowieść opartą na bacznej obserwacji i zabawnym komentowaniu zjawisk pojawiających się w przestrzeni codzienności, ze szczególnym uwzględnieniem sfery obyczajowej, politycznej i kulturalnej. W „Reisefieber” reżyser umiejętnie zespolił dążenie do karykatury z „realną” historią, w której pamięć o peerelowskiej przeszłości spotyka się z obrazem Polski po wielkiej transformacji ustrojowej. Spektakl współtworzą dwa plany czasowe nachodzące na siebie i przenikające się wzajemnie. Wspomnienia w rytmie różnorodnych popularnych piosenek odsłaniają rozrachunek z socrealizmem, fascynacje ruchem hipisowskim, mitami romantycznymi, zapomnianymi poetami. Widz stopniowo obserwuje, jak młodzieńcze życie podporządkowane wartościom oraz ideałom podlega poznawczemu sceptycyzmowi, stopniowemu zwątpieniu i zamienia się w żarłoczny konsumpcjonizm.

Motyw drogi pełni rolę czasoprzestrzennego pomostu, za pomocą którego reżyser łączy refleksje nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością z analizą kształtujących się na przestrzeni lat pogmatwanych relacji interpersonalnych. Pojawiają się kłopotliwe pytania o specyfikę rodzimego „piekiełka”, a na ich tle wyłania się literacki portret zbiorowy rodaków, w którym – być może – także widz dostrzeże swoją mniej lub bardziej zniekształconą podobiznę.

Spektakl jest oczywiście nawiązaniem do powieści Adama Bahdaja z 1964 roku, na której podstawie powstał serial telewizyjny „Podróż za jeden uśmiech”. Podobnie jak w filmowej opowieści, obserwujemy tu wyraźny kontrast charakterów i sytuacji życiowej głównych postaci. Poldek i Duduś dobiegają czterdziestki. Jest to szczególny moment, w którym z psychologicznego punktu widzenia jednostka zaczyna dokonywać podsumowania własnych osiągnięć czy niepowodzeń. Ma świadomość, że oto zbliża się do połowy własnego życia i zaczyna odczuwać wejście w drugą fazę – nadchodzącą „smugę cienia”. Joseph Conrad w swojej powieści pisał: „Przywilejem wczesnej młodości jest wyprzedzanie własnych dni w całej pięknej ciągłości nadziei, która nie zna ani przerw, ani samowiedzy. Zamyka się za sobą furtkę chłopięctwa – i wkracza się do zaczarowanego ogrodu. Nawet jego cienie lśnią obietnicami. Każdy zakręt ścieżki ma swoje powaby. I to nie dlatego, aby kraina była nieodkryta. Wie się dostatecznie dobrze, że cała ludzkość przepłynęła tędy. To urok powszechnego doświadczenia, od którego oczekuje się niezwykłych lub osobistych doznań – czegoś własnego” (Conrad 1979).

Poldka i Dudusia dzieli bardzo wiele, ale łączy beztroska przeszłość, czas wakacyjnych podróży i przygód nad morzem. Duduś jest singlem, ma dobrą posadę w firmie i elegancki apartament na strzeżonym osiedlu, natomiast Poldek ma niewielką pensję, z której musi utrzymać siebie i rodzinę. Trudno jednoznacznie określić, kto w tej sytuacji jest wygrany, a kto przegrany. Czy Duduś rzeczywiście jest człowiekiem sukcesu w każdej dziedzinie życia, czy może jednak tęskni za wolnością spoza znaku korporacji? A Poldek? Wprawdzie zmaga się z comiesięcznymi opłatami, ale jednak może spacerować do woli, łowić ryby, spokojnie zasypiać i marzyć.

W każdym chłopcu tkwi dążący do swoich celów mężczyzna, a w każdym z mężczyzn kryje się chłopiec żądny rozmaitych przygód. Na scenie obserwujemy odgrywanie ról chłopięcych i męskich przez trzy pary bohaterów. Odtwórcami Dudusiów stali się Michał Kaleta, Piotr Kaźmierczak i Andrzej Szubski, natomiast role Poldków przejęli Jakub Papuga, Przemysław Chojęta i Wiesław Zanowicz. Dudusie są bardziej usztywnieni w swoich rolach i okazują znacznie mniej emocji, natomiast Poldki cechują spontaniczne zachowania i duża otwartość w okazywaniu uczuć. Trudno nie wspomnieć o roli Jakuba Papugi, który przemierza scenę z marketową reklamówką w dłoni i ma w sobie zarówno coś z wesołka, jak i życiowego fatalisty. Poldek w jego wykonaniu akceptuje swoje zalety i wady, a poza tym jest otwarty na to, co przyniesie mu los. Oczywiście, jak każdy człowiek przeżywa wiele trudnych chwil, jednak godzi się na świat, w jakim przyszło mu żyć. Nikogo nie osądza i nie oskarża, nie potępia rzeczywistości, ale też jej nie naprawia, po prostu żyje z dnia na dzień.

Warto dodać, że dzięki wprowadzeniu trzech par Poldek/Duduś akcja spektaklu zyskała na dynamice, a dialogi przenikają i uzupełniają się wzajemnie, ukazując złożony portret niejednego Poldka czy Dudusia. W ten sposób zostaje uaktywniona żywa pamięć o zdarzeniach, które złożyły się na nieistniejący już świat młodzieńczych lat. Rzeczywistość na scenie, wprawdzie niezwykle barwna i radosna, a na dodatek przesycona różnorodnymi przebojami, jest jak ulotne odbicie w lustrze, które można odtwarzać z pamięci, ale nie sposób go wskrzesić. Fakt ten szczególnie podkreśla rola Barbary Prokopowicz, jedynej kobiety występującej w spektaklu, która w zależności od sytuacji scenicznej jest Dziewczyną ze szkolnej ławy, Barmanką, Tirówką, Królową Autostopu albo po prostu Dziewczyną-Wspomnieniem.

Czy ten spektakl to podróż za jeden uśmiech, czy może raczej za jeden okruch pamięci? „Reisefieber” to niemiecki idiom, który zadomowił się w gwarach poznańskiej i śląskiej. W fonetycznej wersji „mieć rajzefiber” oznacza ekscytację podróżą, niepokój przed wyjazdem. Stan podróżnej gorączki jest też czasem, w którym pojawiają się metafizyczne refleksje, zwłaszcza te, które dotyczą nieubłaganego przemijania i nieuchronnej śmierci. Z upływem lat właśnie ta egzystencjalna zaduma – choćbyśmy mocno się przed nią bronili nawet w wydaniu komediowym – zaskakująco często zaprząta nasz umysł. Zwyczajnie, a może niezwyczajnie, podobnie jak w piosence grupy Perfekt: „Płyną pejzaże wokół mnie / Życie ucieka Bóg wie gdzie”. Czy będąc na spektaklu, jak w „drodze tyle lat”, uda się widzom „odnowić dusze”?

LITERATURA:

J. Conrad: „Smuga cienia”. Tłum. J. J. Szczepański. Warszawa 1979.
Piotr Rowicki: „Reisefieber, czyli podróż w nieznane”. Reżyseria i opracowanie muzyczne: Piotr Ratajczak. Dramaturgia: Maria Marcinkiewicz-Górna. Scenografia: Matylda Kotlińska. Kostiumy: grupa Mixer. Ruch sceniczny: Arkadiusz Buszko. Projekcje: Piotr Bujnowski. Asystent reżysera: Maria Marcinkiewicz-Górna. Inspicjent: Magdalena Matusewicz. Obsada: Jakub Papuga, Michał Kaleta, Przemysław Chojęta, Piotr Kaźmierczak, Barbara Prokopowicz, Wiesław Zanowicz, Andrzej Szubski, Mariusz Adamski. Prapremiera: 13 lutego 2015 r. Teatr Polski w Poznaniu.