Wydanie bieżące

1 kwietnia 5-6 (293-294) / 2016

Oskar Kalarus,

'ŚWIT JAK KAŁUŻA PŁONĄCEJ BENZYNY' (NIC PIZZOLATTO: 'W DRODZE NAD MORZE ŻÓŁTE')

A A A
Gramatyka bestselleru
Nic Pizzolatto zasłynął przede wszystkim jako autor scenariusza serialu „True Detective” (pol. „Detektyw”), za co został wyróżniony nagrodą Amerykańskiej Gildii Scenarzystów. Ze sławy tej nie omieszkało skorzystać wydawnictwo Marginesy, zamieszczając na przedniej okładce „W drodze nad morze żółte”, poza nazwiskiem autora, tytułem i równie uniwersalnym, co niewiele mówiącym na temat zbioru cytatem Katarzyny Bondy, informację „Twórca serialu »True Detective«”. To samo określenie, zyskujące już niemal charakter epitetu stałego, pojawia się naturalnie także w opisie na ostatniej stronie okładki. Autorstwo scenariusza (choć z przytoczonego opisu można by wnosić, że Pizzolatto stworzył serial właściwie w pojedynkę) do filmu z 2014 roku bardzo wyraźnie stanowi główny punkt marketingu omawianej książki.

Dla porządku należy jednak zwrócić uwagę, że nie mamy tutaj do czynienia ze scenarzystą, który szuka nowego środka wyrazu, wprost przeciwnie – opowiadania zostały wydane po raz pierwszy w 2006 roku, czyli na długo przed powstaniem serialu. Choć sukces „True Detective” nie mógł mieć na nie żadnego wpływu, możemy z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że właśnie jemu zawdzięczamy wydanie Pizzolatta w Polsce (późniejsza, pod względem kolejności pisania, książka „Galveston” ukazała się w roku emisji pierwszego sezonu serialu).

Umieszczenie na okładce „W drodze...” informacji o „stworzeniu” serialu jest bez wątpienia skuteczną, choć mało subtelną, przynętą dla fanów „Detektywa”, którzy będą chcieli za pośrednictwem literatury jeszcze raz zasmakować wykreowanego przez Pizzolatta świata. Przynęta ta stanowi jednocześnie niebezpieczną pułapkę, bo istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że widz nie odnajdzie w umieszczonych w zbiorze utworach tego, czego szukał. W przeciwieństwie do serialu opowiadania niewiele mają wspólnego z kryminałem czy sensacją, a przecież nawet polski wydawca właśnie takie skojarzenia starał się podsycić w potencjalnym nabywcy książki, cytując na okładce Katarzynę Bondę, która jest rozpoznawana przede wszystkim jako autorka powieści kryminalnych.

Pewnym paradoksem w owym marketingowym galimatiasie jest fakt, że ja, uważając warstwę kryminalną (zwłaszcza w zakończeniu pierwszego sezonu) za jedną ze słabszych stron „Detektywa”, odnalazłem w zbiorze opowiadań pewne elementy przypominające to, co od pierwszych odcinków przykuło mnie do ekranu. Nie będzie nadużyciem nieco uproszczające stwierdzenie, że „W drodze nad Morze Żółte” jest czymś, co mogłoby powstać, gdyby wyciąć z serialu strzelaniny, śledztwa i zabójstwa. To, co zostaje, to charakterystyczna pustka, wyniszczeni życiem, straconymi marzeniami i bagażem doświadczeń bohaterowie, zawieszeni w beznadziei małomiasteczkowej rzeczywistości. Rzeczywistości, chciałoby się doprecyzować, południa Stanów Zjednoczonych, ale, mimo że realne umiejscowienie w przestrzeni geograficznej niewątpliwie ma znaczenie (warto dopowiedzieć, że autor spędził swoje – jak sam je opisuje – nieszczęśliwe dzieciństwo w Nowym Orleanie i Lake Charles w Luizjanie), opowiadania mają bardziej uniwersalną wymowę.

Tytułową „Drogę nad Morze Żółte” można próbować zrozumieć dosłownie, bo – na przykład w opowiadaniu, od którego zbiorek wziął nazwę – bohaterowie wyruszają z pogranicza Teksasu i Luizjany do Kalifornii, więc w pewnym sensie rzeczywiście kierują się w stronę Morza Żółtego. Znacznie sensowniejsza jest jednak wymowa metaforyczna, według której „tutaj” (oryg. tytuł „Between Here and the Yellow Sea”) to miejsce lub stan, w którym znajdują się bohaterowie. W tym kontekście zawarte w tytule morze stanowi horyzont ich aspiracji, cel dążeń, inspirację do zmiany i wyrwania się z męczącego marazmu. Jak mówi jeden z bohaterów, najważniejsze to wyjechać, nawet jeżeli trzeba wymyślić sobie nieistniejące miejsce, pozwalające na ucieczkę od życia w samotności i iluzji, najtrudniejsze okazuje się jednak wyjechanie, zanim człowiek zdąży się rozmyślić. Niestety, zgodnie z oryginalnym tytułem, bohaterowie mało kiedy naprawdę przebywają jakąś znaczącą drogę, częściej znajdują się w zawieszeniu, między tytułowymi morzem, a „tutaj”. To właśnie ich uświadamianie sobie bezsilności i niemożności zmiany czegokolwiek jest głównym tematem opowiadań.

Mocną stroną twórczości Pizzolatta jest barwne kreślenie charakterów. Autor potrafi w paru zdaniach z całą wyrazistością przedstawić zarówno głównych bohaterów, jak i postacie drugoplanowe. W jednym opowiadaniu czytamy o chłopcu, którego w dużym stopniu ukształtowała traumatyczna przemiana ojca na skutek przeżyć wojny w Wietnamie, w innym o strażniku nocnym, który próbuje zagłuszyć bolesne wspomnienia, nielegalnie skacząc ze spadochronem z mostu. Niezależnie jednak od tego, jak banalna, czy – przeciwnie – niebanalna jest postać i sytuacja, w której się znalazła, autorowi zawsze udaje się tak przedstawić bohaterów, że wydają się jednocześnie tak samo bliscy i zwyczajni, co barwni i interesujący. Pizzolatto nie trudzi się zanadto kreowaniem niesamowitych, pełnych napięcia sytuacji, zamiast tego przedstawia rozdarcia wewnętrzne bohaterów i dość spokojne fabuły uzupełnia migawkami ich wspomnień. Niewątpliwą zasługą autora jest takie przedstawianie najprostszych wydarzeń, że są ciekawe dla czytelnika, a najdziwniejszych nawet charakterów w sposób, dzięki któremu nie sprawiają wrażenia groteskowych i nierealnych.

Poza wszechogarniającą nostalgią niewiele jest w opowiadaniach emocji (przynajmniej tych opisywanych wprost, bo znacznie więcej autor pozostawia w sferze domysłu czytelnika), nie znajdziemy również wyrazistych point i prostackiego moralizatorstwa, co – zwłaszcza biorąc pod uwagę dość powszechne dziś upodobanie do banalnych, pseudointelektualnych „mądrości” à la Coelho – jest niewątpliwym atutem zbioru. Narratorzy często niemal mimochodem zwracają uwagę na pozornie nieznaczące elementy otaczającego świata, wydobywając z nich ukryte znaczenia, zmuszając odbiorcę do szukania powiązań, implicytnie przekazując informacje na temat stanu emocjonalnego bohaterów. Głęboki, refleksyjny smutek, którym przesiąknięte są opowiadania, wynika z ciągłego zawieszenia bohaterów gdzieś „pomiędzy” – między realnością a folklorystycznym mitem, współczesnością a powracającą jak zjawa przeszłością, między współczesną Ameryką (czy też „Zachodem” w ogóle), a duchowością Dalekiego Wschodu (od Indii po Japonię, zależnie od opowiadania), czy wreszcie między prawdziwym życiem, a próbą tworzenia z życia brzemiennej w interpretacje, ale nie przynoszącej żadnych sensownych odpowiedzi opowieści.

Opowiadania liczą od kilkunastu do kilkudziesięciu stron, ale to właśnie te krótsze pokazują jeszcze jeden, dość wyjątkowy talent autora. Na przestrzeni dosłownie kilku stron Pizzolatto przedstawia zupełnie nowych dla nas bohaterów, jednocześnie daje wgląd w ich przeszłość i psychikę, skrótowo zarysowując sytuację, w jakiej się znaleźli, a przy tym potrafi sprawić, że niemal od razu interesujemy się ich losami. Bez zbytniego przytłaczania faktami, ale i bez nadmiernego upraszczania – zachowuje balans, o który dość trudno w tej wbrew pozorom niełatwej formie literackiej.

Gdy wydawnictwa prześcigają się w wymyślaniu „atrakcyjnych” haseł na okładki i plakaty reklamowe, a rynek wymaga nieustannego wykorzystywania chwilowej popularności jakiejś osoby, filmu, czy wydarzenia do promowania literackiego towaru, bez względu na jego jakość, nie może dziwić, że z coraz większym dystansem traktujemy krzykliwe hasła reklamowe. Na informacje, że jakiś znany pisarz nie mógł przez daną lekturę spać przez całą noc, czy że autor samodzielnie stworzył cały serial detektywistyczny, już prawie nie zwraca się uwagi. Tym bardziej cieszy, gdy uda się natrafić na książkę, która mimo niefortunnej reklamy trzyma poziom. „W drodze nad Morze Żółte” nie jest – wbrew temu, czego możemy spodziewać się w pierwszej chwili – literackim odpowiednikiem filmowego „Detektywa”, a reklama ostatecznie, choć niewątpliwie napędzając sprzedaż książki, samemu odbiorowi opowiadań czyni raczej niedźwiedzią przysługę. Trochę smuci taki stan rzeczy, bo Nic Pizzolatto, mimo że prawdopodobnie nie trafi nigdy do ścisłego kanonu pisarzy literatury amerykańskiej, a znany będzie przede wszystkim jako autor scenariuszy, zdecydowanie zasługuje na czytelniczą uwagę – niekoniecznie jedynie fanów serialu „True Detective”.
Nic Pizzolatto: „W drodze nad Morze Żółte”. Przeł. Marcin Wróbel. Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2016.