Wydanie bieżące

1 kwietnia 5-6 (293-294) / 2016

Gaweł Janik,

KOSZULA BLIŻSZA CIAŁU (MAREK RABIJ: 'ŻYCIE NA MIARĘ. ODZIEŻOWE NIEWOLNICTWO')

A A A
Na okładce głośnego reportażu Marka Rabija „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo” widzimy kilkunastoletniego chłopca, który z utęsknieniem spogląda na swoich rówieśników. Dziecko – tytułowy niewolnik – zamiast bawić się z kolegami, uwięzione jest za kratami i zmuszane do szycia koszulek i jeansów – takich, które każdy z nas ma w swojej szafie lub, co gorsza, w które ubrany siada do lektury książki. Obraz świata bangladeskich fabryk odzieżowych, który wyłania się z reportażu, paradoksalnie nie jest jednak aż tak jednoznaczny, jak sugerowałaby to okładka.

„Życie na miarę...” – książkowy debiut autora – powstał wskutek rozwinięcia reportażu „Krew, pot i szwy” zrealizowanego dla tygodnika „Newsweek Polska” zaraz po tragedii w Rana Plaza w kwietniu 2013 roku. Marek Rabij udał się do Bangladeszu po raz drugi, w rok po katastrofie, by sprawdzić, czy i jak zmienił się od tamtego czasu przemysł odzieżowy, na który w tym kraju składa się 5000 fabryk zatrudniających 4 miliony osób. Kraju, który rocznie produkuje 400 milionów T-shirtów, każdy za cenę około półtora dolara, a mimo to przeciętnego mieszkańca tej wielkiej tekstylnej republiki nie stać nawet na jedno nowe ubranie w ciągu roku.

Nazwa reportaż wywodzi się od łacińskiego słowa oznaczającego zawiadamiać. O czym więc informuje czytelnika książka Marka Rabija? O tragicznej w skutkach katastrofie Rana Plaza, w której tylko według oficjalnych danych zginęło blisko 1200 osób? A może o przerażających warunkach pracy azjatyckich szwaczek, wśród których znaleźć można 12 letnie dzieci? Czy wreszcie o tym, że bijące na alarm międzynarodowe organizacje pozarządowe tak naprawdę nie znają bangladeskiej rzeczywistości, a ich wysłannicy tworzą swoje wstrząsające raporty zamknięci w pięciogwiazdkowych hotelach, by rozpętać jedynie „propagandowe piekło”? Wiele z tych pytań pozostanie bez odpowiedzi, lecz bezsprzecznie wskaże na złożoność problemu, ale także brak dobrych, jasnych i kompleksowych rozwiązań.

Choć ubrania z Bangladeszu towarzyszą nam na co dzień – eleganckie koszule pomagają nam zdobyć pracę, sportowe T-shirty gubią razem z nami kilogramy na siłowni, dresowe spodnie pozwalają nam wygodnie rozsiąść się przed telewizorem, a miękka piżama otula nas do snu – to wciąż „koszula pozostaje bliższa ciału”. Lektura książki Marka Rabija prawdopodobnie nie zmieni naszych przyzwyczajeń. Wciąż jednym z najistotniejszych aspektów pozostanie dla nas cena, jaką przyjdzie nam zapłacić za nowy ciuch oraz jego jakość wykonania. Wciąż z oburzeniem reagować będziemy na źle wszyty rękaw w T-shircie, zapominając, że w czasie, w którym my prawdopodobnie nie zdążylibyśmy nawet nawlec nić na igłę, bangladeska szwaczka musiała zdążyć wszyć kilkadziesiąt takich rękawów, by wyrobić swój dzienny target – w przeciwnym razie jej supervisor kazałby jej zostać po godzinach. Niestety, wprowadzeniu do słownika pracowników fabryk w Dhace kilku angielskich określeń nie towarzyszyło wdrożenie zachodnich standardów pracy.

Świat bangladeskiej nędzy, w którym głód dotyka co trzeciego mieszkańca kraju, staje się tłem dla opowiedzenia historii indywidualnych. Reportaż Rabija pozwala czytelnikowi poznać bliżej biografie kilkunastu mieszkańców Dhaki, których życiem pokierował tamtejszy przemysł odzieżowy. Jest to niewątpliwie głos ważny, lecz jak się wydaje, niepełny i wybiórczy. Pozwalający przemówić jedynie wybranym. Bo choć „Życie na miarę” jest bezsprzecznie narracją o biedzie, cierpieniu i traumie, to paradoksalnie, gdzieś obok kreślona jest również swoista historia afirmacyjna. Nieprzypadkowo wszakże jeden z rozdziałów książki zatytułowany został „Biedni szczęśliwi ludzie”. Dane będzie nam poznać opowieści, z których biją niezrozumiała nadzieja i pogodzenie z losem, a na twarzach osób pozbawionych dostępu do elektryczności i bieżącej wody, mieszkających w lepiankach lub drewnianych szałasach, których pensje nie wystarczają nawet na zakup najpodlejszego gatunku ryżu, rysować się będzie uśmiech.

Nie poznamy biografii tych, którzy zginęli pod gruzami Rana Plaza – ich rodziny będą tylko anonimowym tłumem zbierającym się po dziś dzień w miejscu katastrofy i czekającym na jakiekolwiek wieści o swoich bliskich. W zamian za to usłyszymy relację Rahiny, która miejsce największej katastrofy budowlanej naszych czasów opuściła o własnych siłach, jedynie ze zwichniętą nogą i pękniętym żebrem. Nie poznamy bliżej losów nadzorcy Muhammada Mirajula Islama, który zostaje przygnieciony przez skaczącego z dachu płonącej fabryki kolegę. Autor „Życia na miarę...” przedstawi jednak historię jego imiennika, który wraz z żoną cudem przeżył upadek z piątego piętra. Dziesiątki, jeśli nie setki ciał pracowników, którym nie udało się przeżyć skoku, staną się jedynie przerażającym tłem dla wzruszającej sceny odnalezienia żywego małżeństwa. Opowieść Abdula, który organizuje ślub swej siostry, nie uwzględni miesięcy wyrzeczeń, które spotkały rodzinę, by ta mogła wyprawić skromne przyjęcie weselne – czytelnik będzie miał jedynie okazję podglądać tradycyjne bangladeskie zaślubiny. Nawet w przypadku postaci, które wydają się jednoznacznie przegrane, tych, z których los zadrwił najbardziej, autor wydobywa pozytywne aspekty ich egzystencji – i tak stara Khadiya, która straciła pracę przed trzema laty, pozostaje dla wszystkich wokół swoistą mentorką, powierniczką sekretów, osobą, z której zdaniem liczą się wszyscy.

Marek Rabij zdaje się kreślić obraz świata, w którym dobro zostaje ostatecznie wynagrodzone, a zło zawsze musi spodziewać się nieuniknionej kary. Sprawiedliwość dosięga zarówno Rojinę, nieczułą nadzorczynię, która ostatecznie traci pracę i zostaje skazana na społeczny ostracyzm, jak i chorą Asmę, której sąsiedzi odmawiają pomocy, ponieważ dziewczyna nie przekazała wcześniej pieniędzy na zbiórkę dla potrzebujących. „Życie na miarę...” to narracja utkana z precedensów, historii jednostkowych, niewspółmiernych w stosunku do bangladeskiej rzeczywistości. Biografie anonimowych osób, które ukrywają się na kartach książki za liczbami danych statystycznych, nigdy nie wywrą na odbiorcy tak silnego wrażenia, jak opowieści osób, które mamy szansę poznać z imienia i nazwiska, wejść do ich domów, poznać ich rodziny.

Kto jest zatem największą ofiarą wielkiej machiny przemysłu odzieżowego? A może ofiar tak naprawdę nie ma? Bo „etat to nie wyrok” (s. 206), jak powie Kushi Hassan – była pracownica jednej z fabryk w Dhace. To właśnie jej opowieść zamyka książkę Marka Rabija. I nie jest to wybór przypadkowy. Jest to bowiem historia kobiety, która po stracie etatu szwaczki nie załamała się, postanowiła wziąć los w swoje ręce i otworzyła własną kawiarnię. Biznes ten przynosi jej aktualnie większe zyski niż praca przy maszynie, a jednocześnie pozostawia dużo więcej czasu dla rodziny. Czy jednak przekaz, iż każdy jest kowalem własnego losu i, jak mówi Kushi, nie należy współczuć szwaczkom, ponieważ równie dobrze mogły zostać zmuszone do pracy w lokalnym burdelu, nie kłóci się z zapowiedziami widniejącymi na okładce, jakoby książka miała być „przenikliwym i przejmującym obrazem piekła na ziemi”? Może faktycznie jest tak, jak pisze Rabij, iż „los szwaczki prawdziwie nieznośny zaczyna się wydawać dopiero wtedy, gdy przejrzy się w nim któryś z klientów zachodnich firm odzieżowych” (s. 211)?

„Nie współczuj i nie płacz” (s. 9) – mówi do autora starzec spotkany na ulicach Bangladeszu – „po prostu opisz wiernie, co widzisz i słyszysz” (s. 9). Jednak czy bangladeski horror został przedstawiony w sposób rzetelny i kompletny? A może rzeczywistość Dhaki nabiera zupełnie innego kształtu, gdy wyzbędziemy się zachodniej perspektywy i spojrzymy na nią oczami miejscowej ludności? W co i komu wierzyć? No i najważniejsze – czy mamy jakiś wpływ na sytuację Bangladeszu i innych krajów Trzeciego Świata? A może to tylko gra autora z czytelnikiem. Może Rabij puszcza do nas oko i sprawdza, czy daliśmy się nabrać. Czy poczujemy się winni, by za kilka dni znów się zapomnieć i dać porwać szałowi zakupów w klimatyzowanym centrum handlowym? Zapomnieć, że choć na białych markowych bluzkach nie widać potu i łez azjatyckich szwaczek, to kupując je i nakładając na siebie, ich krew mamy już nie tylko na swoich rękach. W tym ujęciu „Życie na miarę...” byłoby książką o naszej bezrefleksyjności, o tym, jak mało obrazów jest w stanie zrobić na nas jeszcze wrażenie, bo wszystko już widzieliśmy i słyszeliśmy, a cały nasz świat składa się z powtarzalnych klisz. Zdążyliśmy już przywyknąć do ludzkiego cierpienia, zneutralizowaliśmy je. Wszystko to sprawia, że ostatecznie reportaż Marka Rabija czytamy jak powieść, a nie literaturę faktu.
Marek Rabij: „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2016.