Wydanie bieżące

1 kwietnia 5-6 (293-294) / 2016

Michał Kazimierczuk,

CZARNE KARTY REWOLUCJI FRANCUSKIEJ. SPRAWA WANDEI (REYNALD SECHER: 'LUDOBÓJSTWO FRANCUSKO-FRANCUSKIE')

A A A
Jak podkreśla francuski historyk Grégory Woimbée, gładkość i samozadowolenie z rocznicowych obchodów rewolucji we współczesnej Francji zakłóca coraz silniej niedająca się kurtuazyjnie przemilczeć sprawa terroru w Wandei. Wśród urzędowo-liberalnej linii uprawiania historii, której, jak twierdzi Woimbée, chlubą stało się ukrywanie otwartych ran i dyskretne omijanie niewygodnych faktów, publikacja „Le géncoide franco-francais: la Vendée-Vengé” Reynalda Sechera w 1986 roku (pierwsze polskie wydanie ukazało się w 2003 roku nakładem Wydawnictwa Iskry) odbiła się nad Sekwaną pomrukiem niezadowolenia. Wypełniona dokumentami historycznymi, drobiazgowymi statystykami, setkami odniesień wydawałaby się kolejną, wysoce specjalistyczną książką historyczną, którą interesować się będzie co najwyżej garstka badaczy akademickich. Dlaczego tak się jednak nie stało, a konsekwencjami publikacji były dla jej autora banicja ze środków masowego przekazu oraz zwolnienie z Sorbony? Głównym powodem zgiełku wokół publikacji Sechera stało się użycie przez historyka określenia „ludobójstwo” (le populicide), które stoi w rażącej sprzeczności z oficjalnie przyjętą formułą minimalizacji bądź wręcz „usprawiedliwień” fali wzmożonych okrucieństw lat 1793-1794, która dorobiła się już w XIX-wiecznej francuskiej historiografii skromnej, acz wpływowej tradycji.

Skądinąd miły nam z powodu uznawania niepodległościowych dążenia Polski znajdującej się pod zaborami, XIX-wieczny klasyk francuskiej historiografii Jules Michelet pozostaje także autorem białej legendy rewolucji, która odcisnęła piętno na dalszej recepcji tych wydarzeń. Pomimo niedającej się zbyć lekceważeniem tytanicznej pracy historiograficznej wielki Michelet nie zawahał się minimalizować i usprawiedliwiać republikańskich aktów topienia ludności, twierdząc, że zgotowana w ten sposób kaźń była dla ofiar środkiem oszczędzających im cierpień. Ten kuriozalny zabieg interpretatorski ujawnia zdaniem Sechera trend, w jakim krystalizował się dyskurs o roli i przebiegu rewolucji francuskiej, w łonie którego ugruntowało się popularne przekonanie o jej chwalebnej i słusznej krucjacie wobec Wandejczyków. Secher staje w opozycji wobec laurkowej recepcji rewolucji i – przeświadczony o tym, że okrucieństwa usprawiedliwić najzwyczajniej się nie da – porządkując niekompletną dokumentację źródłową z okresu krwawego terroru, którego szczyt nastąpił na przełomie lat 1793-1794, siłą rzeczy rykoszetem rozbija gładką powierzchnię fasadowego obrazka jednego z mitów założycielskich nowożytnej Francji. Wbrew słownikowym – by użyć tytułu dziełka Flauberta – komunałom pisanie o historii ze zdwojoną siłą staje się kwestią aktualną.

Departament buntu

To, co od pierwszych stron wyróżnia dzieło francuskiego historyka, to drobiazgowość analizy, która płynnie przechodzi od perspektywy gmin, tj. prób rekonstruowania warunków ekonomiczno-politycznych wśród małych lokalnych społeczności departamentów Wandei, do poziomu centralnego ośrodka władzy skupionego w Paryżu. Dzięki rozpoczęciu rekonstrukcji od opisu sytuacji polityczno-ekonomiczno-społecznej poprzedzającego rewolucję 1789 roku starego porządku wraz z ukazaniem jego struktur społecznych, czytelnik uzyskuje niezbędną płaszczyznę, pozwalającą mu zrozumieć późniejszej nieprzychylne reakcje ludu wobec porewolucyjnych reform. Poszerzając perspektywę badawczą i niedowierzając uproszczonym schematom redukcyjnym, mającym wyjaśniać złożone zmiany społecznych nastrojów w kluczu stereotypowych haseł kalibru „specyficznie wandejski religijny fanatyzm”, Secher wykazuje, iż radykalne reakcje wandejskiej ludności, które eksplodowały w 1793 zbrojnym wystąpieniem przeciwko Republice, były kumulacją czteroletniego procesu przygotowawczego i chcąc być zrozumiałe, nie mogą być odcięte od tła politycznego i traktowane jako wydarzenie punktowe, odsądzone od splotu ugruntowujących sprzeciw ludu administracyjnych poczynań władzy. Problemem zasadniczym, wobec którego staje francuski historyk, jest próba wyjaśnienia radykalnej zmiany w nastrojach ludu, który jeszcze w 1789 roku rad był z upadku starego porządku, by po dosłownie kilku latach przejść z orężem w ręku na drugą stronę barykady.

W ramach analizy zagnieżdżania się nowego ładu politycznego po 1789 roku Scherer w sposób klarowny przedstawia narastającą falę rozczarowania odczuwanego wśród ludności wandejskiej, którą podsyca zalew coraz bardziej restrykcyjnych dekretów i rozporządzeń napływających bezpośrednio z politycznego centrum – począwszy od dekretu z 21 października 1789 roku, w którym dopuszczano stosowanie prawa wojennego wobec zbiegowisk wystawiających publiczny spokój na szwank, poprzez proklamację Konstytucji cywilnej duchowieństwa z 12 lipca 1790, na mocy której Kościół Katolicki miał zostać expressis verbis znacjonalizowany i odcięty kanonicznymi więzami od Papiestwa. I nie jest to przesadne stwierdzenie publicystyczne, bowiem jeżeli wczytać się w ustępy proklamowanej konstytucji, to tylko artykuł XIX określa, że nowo wybrany biskup (biskup miał być wybierany odtąd większością głosów obywateli) nie może występować o inwestyturę kanoniczną do papieża. Pozycja kościoła w ramach nowych karkołomnych dekretów sprowadzona zostaje do roli przedłużenia legitymizacji państwa, co daje asumpt produkcji kuriozalnych rozporządzeń urzędniczych. Dla przykładu wystarczy chociażby przywołać to, w którym okadzanie kapłana, ministrantów, wiernych czy ciała zmarłego, silnie zakorzenione w liturgii rytu rzymskiego, zostaje zakazane (s. 76).

Co więcej, na nieprzychylne reakcje ludności wpływa także wzmożony pobór wojskowy spowodowany wojną zewnętrzną, propozycja nowego kalendarza rewolucyjnego wydłużającego zakorzeniony w rytmie gregoriańskim tydzień do dziesięciu dni oraz rozrost centralnej administracji, która przedkłada odgórne rządowe dyrektywy nad lokalne problemy gmin. Nie można oczywiście zapomnieć o czynnikach ekonomicznych, z którymi wiązane były głębokie nadzieje – lecz i tu występuje gwałtowna fala niezadowolenia, bowiem wzrost podatków w latach 1789-1792 w niektórych gminach względem poprzedniego okresu zwiększył się nawet dwukrotnie.

Vae Victis: Biada zwyciężonym

Usunięcie nazwy Wandea z mapy Francji na uroczystym posiedzeniu Konwentu 7 listopada 1793 roku i zamiana oficjalnej nomenklatury na departament Vengé (zemsty) to symboliczna zapowiedź gęstniejących mrocznych chmur nad zachodnimi departamentami. Pomimo iż gest ten był w obecnej sytuacji stricte teoretyczny, bowiem oddziały Republiki nie kontrolowały jeszcze całego obszaru pochłoniętego powstaniem ludowym, stanowił dorodne podglebie dla wykwitu spekulacji o możliwości przeprowadzenia, jak mówił w kwietniu minister Barèrer, planu totalnego wyniszczenia (destruction total) Wandei. Od debat Konwentu poprzez gabinety Komitetu Ocalenia Publicznego, na którego biurkach lądowały raporty wojskowe i polityczne zawierające gęste opisy kaźni ludności wandejskiej, poprzeplatane licznymi, jakże „cennymi” pomysłami wysokich rangą dowodzących dotyczącymi usprawnienia procesu eksterminacji, narasta przekonanie o konieczności uczynienia z Wandei „narodowego cmentarza”, jak lirycznie określał zadanie Republiki głównodowodzący Armią Zachodu generał Turreau. W oficjalnych państwowych dokumentach, uchwałach, dekretach prawnie zostaje usankcjonowana przemoc wobec całych grup społecznych, szczególnie dotykając na przykład duchowieństwa (niesławna ustawa z 26 sierpnia 1792), nakazując przymusową deportację, co w trakcie rozwoju terroru stanie się w praktyce bardzo często wyrokiem śmierci. Dość wspomnieć, że tylko w dniu 16 listopada zgilotynowano bądź utopiono w Nantes 84 księży na skutek odmowy złożenia deklaracji w sprawie lojalności Republice (s. 237).

W oficjalnych dokumentach, które obficie cytuje francuski historyk, ujawnia się mechanizm kwantyfikacji „wroga rewolucji”, znany nam doskonale z okresu totalitarnych reżimów XX wieku, w których frazeologia rewolucji od 1790 roku odnajduje dozę symetrii, określając przeciwników politycznych mianem „bandytów”. Wystarczy tylko przywołać uchwaloną 1 października 1793 roku ustawę, która zobowiązuje „do końca października przeprowadzić eksterminację bandytów z Wandei” (Secher 2015: 279). Kim jednakże był w praktyce ów „bandyta”? Na przestrzeni lat 1793-1794 mógł być nim praktycznie każdy mieszkaniec Wandei, począwszy od ciężarnych kobiet czy też, według słów z oficjalnych instrukcji, „rozrodczej gleby” (sillons reproducteurs) przyszłych buntowników, po starców, kler, a skończywszy na dzieciach, które jak przecież powszechnie wiadomo, mogą po uzyskaniu pełnoletniości stać się „powiernikami odwetu”. Z racji tego, że mowa o interwale dziejowej emanacji oświecenia, gdzie nauka porządkuje kręte ścieżki emancypacji i społecznego dobrobytu, nie sposób nie dostrzec prób wzmożonej racjonalizacji machiny eksterminacji, która na swój użytek sięgała po nauki szczegółowe.

Ta – jak ironicznie konkluduje Secher – „faza naukowa” to jedna z najwstydliwszych kart okresu rewolucji, w ramach której krążą prześcigające się pomysłowością projekty konstrukcji chemicznych środków masowej zagłady dla Wandei. W trosce o usprawnienie procederu przywracania „jedności Republiki” na pomoc despotycznym planom Konwentu i Komitetu Ocalenia Publicznego wezwani zostali chemicy, których zadaniem było opracowanie skutecznego środka eliminującego ludność Wandei. Propozycje, jakie padały, żeby wymienić tylko niektóre, lawirowały między trującymi gazami, poprzez obozy głodowe zwane później poczekalniami śmierci bądź umieralniami (istniały takie m.in. w Nantes, Bouffay), aż po zatruwanie obszarów ekosystemu (od zbiorników wodnych, poprzez wycinkę lasów i palenie pól uprawnych). Gdy militarna szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na stronę Republiki po wygranej bitwie pod Savenay, myśl mogła być wreszcie wprowadzona w czyn.

Jednakże przejście od theoria do praxis okazało się nie takie proste, jak zakładali generałowie i polityczni przywódcy. Chemiczne eksperymenty przeprowadzane na baranach w Ponts-de-Cé pod baczną uwagą deputowanych nie dawały zadowalających rezultatów, nie mówiąc już o niebotycznych kosztach, jakie pociągały za sobą. Co więcej, stare sprawdzone metody w postaci „narodowej brzytwy”, jak pieszczotliwie określano udoskonalony wynalazek pana Guillotina, okazały się nie tylko za drogie, lecz także zbyt czasochłonne. Warto zaznaczyć, a publikacja Sechera od podobnych informacji wręcz się ugina, iż przeciętny kat obsługujący gilotynę „za głowę” brał około 50 liwrów, co przyłożone do stale rosnącej liczby kandydatów na szafot stanowiło dla walczącego reżimu sumę zaporową. Nieporównywalnie więc korzystniej w perspektywie bestialskiej ekonomii terroru musiały prezentować się masowe topienia „opornych” na barkach, zwłaszcza że koszt jednej barki wynosił jedynie 200 liwrów. Gehenna dobijania powstania zaczęła coraz mocniej ujawniać szaleństwo powszechnego terroru wraz z przemarszami niesławnych piekielnych kolumn zwanych poetycko „ogonami Robespierre'a”, dla których najistotniejszą taktyczną doktryną była grabież bezbronnej ludności i niechęć trzymania jeńców.

Zgodnie z nieoficjalną doktryną generała Turreau, którą w jednym z listów określił hasłem: „Wolność, równość, braterstwo albo śmierć”, kalwaria Wandei jest wyjątkowo rozległa i pełna najwymyślniejszych okrucieństw. Relacje, które zdają zarówno ocaleni świadkowie przemarszu piekielnych kolumn, jak i sami żołnierze republiki, ociekają niewyobrażalną skalą barbarzyńskiej przemocy. Grabież, gwałty, tortury, ćwiartowanie zwłok, nadziewanie głów na piki, palenie żywcem, masowe topienie kobiet dzieci i starców, garbowanie ludzkiej skóry na odzież kawaleryjską, tworzenie ozdób z fragmentów ciał ofiar… Nie powinno dziwić wobec tego poruszenie, jakie miało miejsce po publikacji książki Sechera, skoro imię jednego z naczelnych generałów „wandejskich rzezi”, jak określił gehennę departamentu Napoleon Bonaparte, widnieje po dziś dzień na Paryskim Łuku Triumfalnym.

Demontaż mitu Rewolucji

Pomimo ugodowych prób Konwentu przygniecionego ogromem zniszczeń w Wandei, podejmowanych kilkukrotnie po śmierci Robespierre’a, ostateczne załagodzenie nastrojów przychodzi dopiero wraz z Napoleonem i słynną Proklamacją do konsulów Republiki z grudnia 1799, w której, co charakterystyczne, zdanie wydrukowane odznaczającą się czcionką oznajmia przywrócenie całkowitej wolności wyznania. Jak stwierdza Secher, dopiero dokument ów, rozpowszechniony natychmiastowo po wszystkich objętych powojenną pożogą terenach w liczbie 2000 sztuk, stanowi istotny zwrot w relacji pomiędzy Wandejczykami a rządem (s. 310-311).

Pozostaje seria otwartych pytań, których Secher, pozostający na pozycji historyka z pieczołowitością odtwarzającego fakty, wprost nie stawia, ale które nolens volens wyłaniają się po lekturze niemalże automatycznie. Po pierwsze, czy przelew krwi był „wypadkiem” na planie rewolucji, która u swych zaczątków miała przecież spisaną Deklarację praw człowieka i Obywatela zawierającą artykuł o legalności powstania w przypadku gwałtu zadawanego przez rząd, czy stanowi odcinek na osi wewnętrznej logiki przemian rewolucyjnych? Drugie, równie intrygujące pytanie odnosi się do roli, jaką w dziejach burz ustrojowych pełni rewolucja francuska. Coraz częściej przebijająca się konkretyzacja tego pytania w historiozoficznych publikacjach przybiera postać: czy można, co czynią nieżyczliwi względem laurkowej opowieści o wolności, tkać w miarę spójną narrację, doszukując się źródeł terroru rewolucji październikowej w XVIII-wiecznych wydarzeniach francuskich? Oliwy do ognia dolewa stale przywoływany w podobnych dyskusjach fakt, iż Lenin przejmujący władze po październikowym przewrocie miał, mówiąc o konieczności eksterminacji etnicznej grupy Kozaków, dorzucić: „to jest nasza Wandea”.

Secher, wbrew obiegowej opinii, nie czyni zadość podobnym dywagacjom, pozostawiając czytelnika w gąszczu precyzyjnych statystyk, raportów zniszczeń, wykresów obejmujących poszczególne departamenty i gminy oraz rekonstrukcyjnych szkiców obszarów szczególnie dotkniętych represjami reżimu. Dzieło francuskiego badacza to w pierwszej kolejności wyważona i rzemieślnicza praca historyczna, której przewodnią ideą jest niezgoda autora na zagładę pamięci co najmniej 117 tysięcy ofiar, która miałaby utonąć w milczącym samozadowolenia oficjalnej polityki historycznej Francji. Jeżeli miałbym skrótowo ująć pracę Sechera, to, parafrazując przywołanego we wstępie Woimbée, określiłbym książkę „Le géncoide franco-francais” jako historię w opozycji do kultu, krytykę w odróżnieniu od czci, stanowiąca wyśmienity przyczynek do dyskusji nad miejscem rewolucji francuskiej w historii nowożytnej (nowoczesnej) Europy.

LITERATURA:

Secher G.: „Wandea: wojna domowa, ludobójstwo, zagłada pamięci”. Przeł. J. Gruszka. W: „Czarna księga rewolucji francuskiej”. Red. R. Escande. Dębogóra 2015.

Woimbée G.: „Rewolucja jako proces nieciągły – niedyskretne fragmenty historiografii porewolucyjnej”. Przeł. K. Kubaszczyk, B. Biały. W: „Czarna księga rewolucji Francuskiej”. Red. R. Escande. Dębogóra 2015.
Reynald Secher: „Ludobójstwo francusko-francuskie. Wandea - Departament Zemsty”. Przeł. Marian Miszalski. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2015.