Wydanie bieżące

1 kwietnia 5-6 (293-294) / 2016

Urszula Honek,

WIERSZE

A A A
nasze

pewnie myślisz o czymś innym, mówi ojciec. rano już nas nie będzie.

pies śpi na balkonie. noc przetoczy się jak pochód obcych mężczyzn

albo zmarzniętych kolędników, których nikt nie chce wpuścić.

rano nie zostanie po nich ślad. nieważne, na czyim pogrzebie śpiewali.

będzie cicho jak teraz, gdy wkładasz ręce w moje włosy, by poczuć,

że już jej nie ma. była? myślę o tych, którzy jutro nie wypowiedzą

żadnego słowa, żadnej modlitwy. szczekanie usłyszy młoda,

brzydka dziewczyna. długo rozmawiała przez telefon. usłyszy?

umierać to jednak zbyt ładne słowo.



namaszczenie

przez wiele dni przewracałam się w tym samym miejscu, ubierałam się jak do trumny. obserwowałam mężczyzn z dziećmi, odwracałam się za nimi udając, że zawiązuję buta lub zaciskam obrożę psu. mówiły: kiedy mężczyzna całuje kobietę, trzeba zasłonić oczy. kiedy mężczyzna dotyka kobiety, trzeba schować się za szafę, pod podłogę, do pokoju, w którym biegają szczury, pójść do paryji, znaleźć wydrążony kamień. wrócić w nocy, gdy ciała już parują. śpią. nie kąpać się, nie ściągać majtek, nie sprawdzać zapasów ziemniaków i wody. tutaj jeszcze nikt nie zdechł z głodu ani chłodu.



głodówka

budzę się w nocy, żeby myśleć o ojcu, który nie będzie

ojcem mojego dziecka. budzę się, żeby palić papierosy i gasić

żar pod kranem. mam pusty brzuch, bo nie jadłam i nie piłam.



dla edie sedgwick

przytulam się do ciebie w styczniowe południe. moje kobiety

wołają: odejdź, zostaw, wypluj, połknij. moje kobiety

podchodzą do łóżka, gdy w nocy trzeba wstać i zapalić światła,

by ci, którzy wrócili, znaleźli drogę. zbieram po nich rozrzucone szmaty,

pęknięte naczynia, pokruszone mydło. zasiej w niej dziecko. niech wie,

że nie jest sama. zasiej w niej dom i parne wieczory, w które nikomu

nie chce się płakać. mężczyźni przychodzą, gdy śpimy objęte na podłodze.

wszyscy wiedzą, gdzie stoi miednica z gorącą wodą. obmyj twarz,

obmyj ręce. mięśnie zaciśnij jak do porodu. przetrzymać miłość.



szwedzka droga I

w tym lesie mogłam być naga, gdybyś powiedział córko,

rozbierz się. mogłam w zimie ściągnąć ubrania, wykopać

dół i pozwolić ci patrzeć z góry.



knuty

krzyczała. szłyśmy z matką za stodołę

szukać śladów. po krwi znajdziesz ciało.

wtedy nauczyłam się kochać kobiety, śledzić ich

powolne ruchy, gdy schodzą z siana rozebrane

i ślepe. dotykać ich miękkich ud, w nich jest

królestwo niebieskie, bierz i pij. innego nie będzie.

jesteś mokra, moja siostro, jak zwierzę wydarte z łona,

zakopane pod gruszą, z której owoce smakują najbardziej.

rozgniatam je w zębach, karmię cię miąższem,

żebyś mogła rodzić nowe i miękkie. ciało masz

w piórach, gdy w nocy słychać pukanie do drzwi.

stroszysz się.



***

dla izy



leżałyśmy na rozgrzanym piasku. karmiłam ją malinami,

w gardło sączyłam wodę i ślinę. pachniała jak kobieta,

która właśnie poczęła dziecko: rutą i ziemią.

nasłuchiwałam. całowałam jej brzuch.



Fot. Urszula Tes