Wydanie bieżące

1 kwietnia 5-6 (293-294) / 2016

Natalia Malek,

WIERSZE

A A A
Turgor

Żeby sobie usuwali nadmiar myśli, znaleźli do tego narzędzia jak szympansy,

i nie częściej niż raz na tydzień – zachęcam ośmioro ludzi.



Ósemka do Zbiorowego.

Nacisku?



Ja jestem na to za miękka, ale liczba –

liczba przechowuje delikatniej



niż dębowa szafa. Jeśli wytrzymają kleszcze

mojego treningu, już niedługo



wejdą na dłuższą listę. Ci, co wolą pozostać niesforni jak heliski,

niech tylko napiją się herbaty.



Darmowa przynęta

M.



Próbujemy na odległość. Ktoś ze znajomych

miał to samo? Pytam o dżdżownice.



Ktoś myślał o nich na poważnie.

Wcześniej. Pewnie Eliot. Łzy ziemi, to brzmi jak Eliot?



Może jakiś Kanadyjczyk. (W zależności

od pogody, najłatwiej skusić właśnie ich – jak dżdżownice



zostali przywleczeni z innego kontynentu)

Czy Eros mojej wyobraźni to ten sam facet, co reperuje kamerki



po domach? Może lepiej, jak mu ją zapakuję w papier śniadaniowy

i gdzieś wyślę.



Cho Dżasmina

W dniu wycinki drzew, Tadeusz Kępka (którego bawiło fizyczne podobieństwo

do Bernharda) pouczał syna,



jak zapoznawać dziewczyny: Wiedzieć, co to estetyka.

                                           Wiedzieć, co – ideologia. Nie trzymać wykałaczki w ustach.



                                           Unikać dosiadywanek, jeśli Słońce przeszło

                                           przez punkt Barana. (Zaraz będą chciały na wieś jechać,



                                           lub ty będziesz tego chciał)

                                           Zwalczać objawy stresu i zabobonu



                                           takimi ruchami, jak skrobiesz pięty. Nie liczyć,

                                           że zbawią cię od zarobkowania. Spierdalać, gdy zacznie się zbawianie.



Ulung

Życie wewnętrzne emigrantów: pożyczyć samochód

na piątek wieczór. Rozejrzeć się za szczoteczką do paznokci.



Jak jest koloid po angielsku? Życie, na które mogę się zaszczepić

– czy tylko fasolka i ryż?



Wystrzelić znikąd i obrócić się na płask! Tak, jak zaczyna się miasto!

Jeden z tutejszych ludzi umie przyjść dwanaście razy



w dwunastu skórach,

i przedstawić się jako Rilke i jako Hendrix. Nigdzie go nie zabierają: ani do szpitala, ani do szkoły,



ani do dziury z koniaczkami,

o jakiej wiem przypadkiem od ciebie.



Inny, z tutejszych ludzi, potrafi przetrząsnąć

całą kuchnię, żeby nam pokazać coś wyjątkowego: herbatę.



(Najśmielsze rośliny nie znają rozkładu łąki – i się z niej nie ruszają)



Jak ustawiają się rozmowy

Do obiadu – koliście.

(Co jeszcze jest okrągłe jak stół? Rynek w Zamościu?)



Po obiedzie – czwórkami.

(W niczym nie przypominać ojców to trochę głupio)



Potem – przerzedzają się.

Część odchodzi do ciekawszych zajęć. Niektórzy mają dość siebie



i wyjeżdżają na wolontariat. W prywatne góry, nordyckie

schroniska. Zostaje romantyczna para.



Tak, ci państwo zapoczątkują

reformę charlestona.



Fot. Kuba Kowalski