Wydanie bieżące

15 kwietnia 7-8 (295-296) / 2016

Przemysław Pieniążek,

U BRAM KOSMICZNEJ KARTAGINY (SALAMBO)

A A A
Kiedy Philippe Druillet poszukiwał nietuzinkowego scenariusza dla swojego kolejnego projektu, redaktor muzycznego miesięcznika „Rock & Folk” Philippe Koechlin polecił mu lekturę „Salambo” Gustave’a Flauberta – datowanej na 1862 rok quasi-historycznej beletrystyki, nie bez powodu uznawanej przez niektórych badaczy za prototyp heroicznej powieści fantastycznej. Przenosząc czytelnika w scenerię antycznej Kartaginy pogrążonej w wojnie ze zbuntowanymi najemnikami, czołowy przedstawiciel literackiego naturalizmu uciekał de facto od przykrych doświadczeń związanych z powszechną krytyką „Pani Bovary”, analizując na bardziej „neutralnym” gruncie przykłady ludzkiej amoralności, której przejawy pisarz dostrzegał w czasach (nie tylko) sobie współczesnych.

Będąc pod wielkim urokiem opowieści o dramatycznych perypetiach tytułowej punickiej kapłanki, Druillet postanowił przełożyć literacki oryginał na język graficznego medium, proponując czytelnikom pełną barkowego przepychu komiksową parafrazę, wykorzystującą konwencję SF spójnie połączoną z epicką, brutalną fantasy. W roli romantycznego barbarzyńcy Mathona – pałającego do Salambo gorącym, choć destrukcyjnym uczuciem oraz kierującego się w życiu prostą zasadą „wszystko albo nic” – autor „Le Nuit” obsadził Sloane’a: charyzmatycznego wędrowca, niepokonanego zdobywcę galaktycznych imperiów oraz protagonistę sagi „Lone Sloane” w jednej osobie.

Czerwonookiego przybysza poznajemy w chwili, gdy wraz z załogą statku „Srebrny Szpon” trafia do nieznanego, choć kuszącego zagadkowym pięknem gwiazdozbioru, w finale lądując na tajemniczej planecie. Po tym obowiązkowym wprowadzeniu (zazębiającym fabularny koncept komiksu z treścią powieściowego pierwowzoru) przenosimy się do Kartaginy zmagającej się z palącym problemem w postaci hord zbuntowanych najemników, domagających się od włodarzy starożytno-futurystycznej republiki sowitej zapłaty za wyświadczone jej militarne usługi. Jakby tego było mało, dwaj przywódcy barbarzyńców, Matho i numidyjski książę Narr’havas, zakochują się w Salambo – córce jednego z punickich możnych, strażniczce świętego welonu bogini Tanit. Szansą na ocalenie miasta wydaje się powrót Hamilkara Barkasa – bohaterskiego wodza i ojca tytułowej kapłanki, której serce na dobre skradł jeden z liderów bezwzględnych buntowników.

Publikowana oryginalnie w latach 1980-1986 trzyczęściowa saga autorstwa współzałożyciela wydawnictwa Les Humanoïdes Associés (oraz drukowanego nakładem tejże oficyny kultowego magazynu „Métal Hurlant”) do dziś całkiem nieźle sprawdza się jako krwawa parabola o świecie pogrążonym w głębokim kryzysie oraz nieuniknionym upadku wielkich kultur, ale także konsekwentnie wybrzmiewające operowym patosem studium zazdrości, pożądania oraz chorobliwych ambicji. Demaskując iluzoryczność narodowych „snów o potędze”, Druillet zwraca uwagę na w zasadzie niezmienne od wieków mechanizmy politycznych manipulacji, w których musi się znaleźć miejsce na spiski, zdrady i doraźne sojusze.

Nieśpieszny tryb narracji połączony z wyestetyzowanym językiem – w komiksowej wersji „Salambo” słowo, także pisane (atakujące oczy widza silnie zróżnicowanymi rozmiarami czcionki), jest równie ważne jak obraz – może zniechęcić czytelników szukających w tym dziele wyłącznie waloru rozrywkowego. Jednak nawet ta grupa odbiorców nie przejdzie do porządku dziennego nad plastyczną oprawą tomu, która, pomimo formalnego rozbuchania, jest mistrzostwem komiksowej stylizacji. Autor „Nosferatu” mnoży nawiązania do malarstwa akademickiego, sztuki plemiennej, surrealizmu  i secesji (vide: kompozycje przywołujące na myśl prace Alfonsa Muchy), nie wzdragając się także przed wykorzystaniem kolażu (fotograficzny wizerunek Salambo) – zresztą Druillet był jednym z pierwszych artystów stosujących w komiksie ilustracje generowane komputerowo, czego skromne przykłady można odnaleźć również w tym nastrojowo pokolorowanym woluminie.

Przebogata ornamentyka, oszałamiający poziom detalu, rewelacyjnie skomponowane sceny kameralne i zbiorowe (mistrzowsko oddany teatr wojennych zmagań), a do tego godna pozazdroszczenia wyobraźnia w kreowaniu koncepcji architektonicznych (Brama Beznogich Bogów, świątynia Baala-Hamona czy święte miasto Sikka), projektów strojów, uniformów i zbroi, statków kosmicznych, machin i bestii bojowych, nie mówiąc już o „afrykańskich” autochtonach – „Salambo” w dużej mierze jest dziełem przeznaczonym do wizualnej kontemplacji. Dlatego też miłośnicy komiksowego medium nie powinni mieć oporów przed sięgnięciem po zbiorcze wydanie słynnej trylogii, oferujące jedyny w swoim rodzaju powrót do przeszłości. A może raczej – przyszłości?
Gustave Flaubert, Philippe Druillet: „Salambo” („Salammbô – L’Intégrale”). Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2016.