Wydanie bieżące

15 kwietnia 7-8 (295-296) / 2016

Natalia Kaniak,

COŚ ZA NIMI CHODZI (BLACK HOLE)

A A A
Po latach oczekiwań Kultura Gniewu ponownie wydała jeden z najważniejszych amerykańskich komiksów niezależnych. „Black Hole”, które samo w sobie odwołuje się do stosunkowo niewielu elementów popkultury, jest od lat cytowane, adaptowane i – co najważniejsze – rozpoznawalne, zaś Charles Burns to szanowany artysta, wymieniany w czołówce amerykańskich autorów, razem z Danielem Clowesem, Artem Spiegelmanem, Alison Bechdel czy Scottem McCloudem. Jego kolejne dzieła pojawiają się w zestawieniach najlepszych komiksów, a ukończona dwa lata temu trylogia „X’ed Out”[1] to (w warstwie narracyjnej i estetycznej) swoisty odpowiednik „Nagiego lunchu”, który za kilka lat trafi do kanonu graficznego. Wszystko to sprawia, że recenzowanie „Black Hole” przychodzi z trudem komuś, dla kogo komiks ten stanowił i wciąż stanowi jedną z ważniejszych lektur.

„Black Hole” to historia nastolatków z przedmieść Seattle lat 70. Burns przybliża sylwetki tylko kilku bohaterów: już zarażonych tajemniczą chorobą, tych, których niedługo spotka plaga, oraz nielicznych, którym uda się uniknąć mutacji. Autor nie boi się korzystać ze schematów – sceną otwierającą powieść jest sekcja zwłok żaby na lekcji biologii, a role protagonistów przypadają w udziale odważnej dziewczynie, która lubi eksperymentować, zakochanemu w niej nieśmiałemu koledze z klasy, wycofanemu kujonowi oraz jego całkowitemu przeciwieństwu – szkolnemu zdobywcy. Głównym motywem fabularnym jest „franca”, czyli panująca wśród nastolatków zaraza, do której rozprzestrzenienia wystarczy odrobina śliny – nieważne, czy ktoś napluje komuś w twarz, poczęstuje piwem, pocałuje czy prześpi się z kimś na imprezie.

„Franca” rozprzestrzenia się szybko i nigdy nie wiadomo, jak zareaguje na nią ciało. Może skończyć się na kilku krostach lub drobnej narośli, ale choroba może też zmienić zarażonego w potwora, dlatego jej ofiary są niczym zombie i ludzie przed nimi uciekający. Poruszają się jedynie po opustoszałych ulicach i wzdłuż szeregowych domków, ukrywają w pobliskim lesie i od czasu do czasu odwiedzają przydrożne sklepy. Nie mają żadnego planu, starają się więc żyć samodzielnie, prawie tak jak dawniej i (na miarę swoich możliwości) dalej dobrze się bawić. Pozostają im najlepsze narkotyki w mieście, alkohol i nocne ogniska nad jeziorem, gdzie, niczym na terapii grupowej, wszyscy zarażeni mogą porozmawiać o swoich problemach. W ich świecie nie ma dorosłych, a samo wspomnienie rodziców generuje strach przed odrzuceniem, niezrozumieniem i nieuchronną karą.

Autor „The Hive” w bezkompromisowy i jednocześnie całkowicie transparentny sposób buduje swoją opowieść w oparciu o seksualne metafory oraz inicjacyjne lęki. Te proste freudowskie nawiązania, które podczas pierwszej lektury nie były tak ewidentne, z biegiem lat wcale nie tracą na efektowności. Ich dobitność, teraz zupełnie jawna, jest zabiegiem perwersyjnym na wielu poziomach, a czytanie „Black Hole” to czynność na wskroś masochistyczna. Ostra kreska, czerń i biel, sceny rodzajowe gładko przechodzące w wizyjne, zlewające się w jedną uniwersalną postać twarze bohaterów: wszystko składa się na zawrót głowy, który towarzyszy czytaniu. To komiks o ciele jako największym wrogu nastolatków i album, który sam w sobie, jako przedmiot, nastręcza problemów odbiorczych. Ale męcząca i zarazem satysfakcjonująca lektura jest wyzwaniem, któremu powinien sprostać nie tylko młody i zaciekły czytelnik. „Black Hole” niezmiennie pozostaje studium coming of age i przefiltrowaną przez LSD matrycą gatunku, którą warto poznać, nim sięgnie się po nowsze publikacje.
 


[1] X’ed out – w potocznym języku: 1. sytuacja, gdy coś, co było kiedyś ważne, przepadło i nie ma już znaczenia; 2. przedawkowanie ecstasy.


Charles Burns: „Black Hole”. Tłumaczenie: Wojciech Góralczyk. Wydawnictwo Kultura Gniewu. Warszawa 2016.