ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 7-8 (295-296) / 2016

Paweł Wiktor Ryś,

PAN ARTYSTA (PASOLINI)

A A A
Wprowadzenie do kin z dwuletnim prawie opóźnieniem filmu tak przeciętnego (by nie powiedzieć słabego), jak „Pasolini” Abla Ferrary, wydaje się działaniem nieco ekscentrycznym. Fakt, że jest to obraz o ostatnich dniach twórcy „Włóczykija”, niczego w tym wypadku nie zmienia. „Pasolini” nie przyciągnie do twórczości Pasoliniego świeżego narybku (obawiam się, że raczej spowoduje efekt odwrotny), nie sprowokuje też nowych odczytań. Co najwyżej (a i to niepewne) „przekona przekonanych”.

Nawet jednak ślepi wyznawcy Pasoliniego mogą być nieco znużeni zarysowaną na ekranie, bardzo już oklepaną analogią (która w dodatku stanowi jedyny koncept filmu) między twórcą „Teorematu” a Jezusem Chrystusem… Sam Pasolini, „kozioł ofiarny” włoskiego społeczeństwa, wielokrotnie w swojej twórczości czynił paralele między sobą samym i Nazarejczykiem. „Zasadność” tego zestawienia podkreślił nad jego grobem Bernardo Bertolucci, a i dzisiaj nie brak artystów i badaczy, którzy na serio mówią o Pasolinim jako „współczesnym” Chrystusie.

Bezkrytyczne pójście Ferrary tą mocno wydeptaną ścieżką sprawia, że jego film układa się w swoistą drogę krzyżową. Grający główną rolę Willem Dafoe (skądinąd odtwórca tytułowej postaci w „Ostatnim kuszeniu Chrystusa”) z miną Jezusa frasobliwego podąża od stacji (Pasolini bierze „krzyż” na swoje ramiona) do stacji (Pasolini „spotyka” swoją matkę) aż po „męczeńską” śmierć. Kolejnym kadrom filmu towarzyszą zaś m.in. wyimki ze słynnej „kongijskiej mszy” – „Missa Luba” – czy (żeby już nie było żadnych wątpliwości) fragmenty „Pasji według świętego Mateusza” Jana Sebastiana Bacha.  

Jako że obie wspomniane kompozycje zostały wykorzystane przez samego Pasoliniego w ekranizacji „Ewangelii według świętego Mateusza”, to nie tylko wzmacniają one „chrystusowy trop”, lecz także naprowadzają na intertekstualny wymiar filmu Ferrary. W omawianym obrazie (co trzeba uczciwie przyznać) roi się od różnego rodzaju gier, parafraz, nawiązań. I tak na przykład wśród filmowych klatek miga ważna zarówno w „Teoremacie”, jak i w „Chlewie” (choć oczywiście Antonioni też się tu kłania), „czerwona pustynia”, a dzieło wieńczy „Una voce poco fa” Rossiniego śpiewane przez Marię Callas (która zagrała główną rolę w „Medei”). Zasadniczy problem z tymi nawiązaniami polega jednak na tym, że zazwyczaj niewiele z nich wynika. To erudycyjne, ale puste gesty. 

Powyższy zarzut postaram się wyjaśnić na konkretnym przykładzie. Ferrara pokusił się o zwizualizowanie – i wplecenie do swego filmu – fragmentów niedokończonych prac Pasoliniego. Na warsztat wziął m.in. (co w kontekście „chrystusowej analogii” nie dziwi) projekt „Porno-Teo-Kolossal”, będący osadzoną we współczesności parafrazą legendy o czwartym królu idącym oddać pokłon nowonarodzonemu Mesjaszowi. Postać mędrca u Pasoliniego została rozbita na dwóch bohaterów: młodego i starego. „Erudycyjna” gra Ferrary polega zaś na tym, że o ile u Pasoliniego w postać młodzieńca miał wcielić się Ninetto Davoli, o tyle w omawianym dziele Davoli – niejako siłą rzeczy – zagrał starego wędrowca. Czy to błyskotliwe rozwiązanie? Niespecjalnie. Co z niego wynika dla filmu? Nic.

Oczywiście, nie twierdzę, że wszystkie gry Ferrary są równie jałowe, ale nawet jeśli niektóre metafilmowe „triki” mają określony cel i ciężar, to zazwyczaj ich efekt nie przekonuje. I chociaż (przykładowo) przeplatania obrazów martwego ciała Pasoliniego fragmentami finału „Porno-Teo-Kolossal” (bohaterowie dochodzą do wniosku, że „koniec nie istnieje”) nie można nazwać czczym działaniem, to trudno uznać je (choćby ze względu na bijącą po oczach łopatologiczność) za zabieg udany.

Omawiane chwyty sprawiają, że „Pasolini” okazuje się (o czym już wspomniałem) filmem dla nikogo. „Wtajemniczonym” nic nowego nie powie (nie sprowokuje, nie zainspiruje), dla „niewtajemniczonych” pozostanie nudny i niedostępny. Niedostępny jak – nie przymierzając – sam bohater… Ferrara niby sięgnął do esejów i wywiadów, niby pieczołowicie odtworzono realia, niby Dafoe zagrał przekonująco, ale protagonista filmu odznacza się jakimś „niepokonywalnym” dystansem, marmurowym wręcz chłodem.

I nie chodzi już nawet o to, że Pasolini (czego dowodzą choćby materiały archiwalne) zdawał się bardzo otwartym, ciepłym, pełnym pasji i zaangażowania człowiekiem, ale przede wszystkim o to, że był artystą i teoretykiem, który w swoich dziełach obnażał „faszystowską” (bo opartą na kategoriach wyższości i niższości) esencję kultury i który tym samym punktował dwuznaczny status każdego (nie wyłączając oczywiście siebie) artysty.

Tymczasem tytułowy bohater „Pasoliniego” nie tylko nie ma nikłej nawet świadomości wspomnianego mechanizmu, ale – wręcz przeciwnie – jawi się jako wyjątkowo zblazowany, artystowski buc. Ferrara rekonstruuje bowiem sceny codzienne z życia twórcy „Teorematu” z trudnym do zniesienia (i uzasadnienia) namaszczeniem. Och, wielki pan artysta pije kawę, ach, wielki pan artysta pisze na maszynie, ech, wielki pan artysta duma (niczym Mickiewicz na Judahu skale), podpierając głowę… Trudno jednoznacznie wskazać, czy to efekt „uchrystusowienia” postaci, pompatycznej muzyki, posępnych na ogół min Dafoe (mających być najprawdopodobniej wyrazem przeczucia zbliżającej się śmierci), czy po trochu wszystkiego naraz, ale filmowy Pasolini to nie żywy człowiek, to raczej żywy pomnik…

Brązownicze (bo tak trzeba je nazwać) zacięcie Ferrary sprawia, że w filmie nie ma wzmianki ani o mroczniejszych stronach życia Pasoliniego (np. o masochistycznej skłonności do prowokowania agresji wobec siebie, która to skłonność mogła stać się przyczyną śmierci), ani choćby przyczynku do krytycznego namysłu nad (nie tak znowu oczywistą) doniosłością jego twórczości.

Od wykreślenia ze scenariusza jakichkolwiek pytań, wątpliwości i zawahań gorsza była tylko decyzja o naśladowaniu tej ostatniej. Rezultat jest zaś (jak nie trudno się domyślić) taki, że twórca „Złego porucznika” przywołuje w swym filmie najbardziej wątpliwe elementy dzieł Pasoliniego (manieryzm, teatralność, skłonność do chwytów trącących – przynajmniej z dzisiejszej perspektywy – myszką), ani przez moment nie zbliżając się do ich mocnych stron (konceptualnego rozmachu, eksperymentu formalnego, wizyjności). Wszystko to razem sprawia, że dostajemy zarówno banalny obraz o niebanalnym twórcy, jak i któryś już z rzędu kiepski film Ferrary. „Pasoliniemu” daleko bowiem nie tylko do Pasoliniego, ale i do dobrego biograficznego kina.
„Pasolini”. Reżyseria: Abel Ferrara. Scenariusz: Maurizio Braucci. Zdjęcia: Stefano Falivene. Obsada: Willem Dafoe, Ninetto Davoli, Adriana Asti i in. Gatunek: dramat, film biograficzny. Produkcja: Francja, Włochy, Belgia 2014, 84 min.