Wydanie bieżące

15 kwietnia 7-8 (295-296) / 2016

Przemysław Pieniążek,

KLUCZ DO APOKALIPSY (MIKOŁAJ MARCELA: 'NIEMARTWI. CIAŁA WASZE JAK CHLEB')

A A A
Gramatyka bestselleru
O tym, że zombie na dobre rozpanoszyły się w domenie popkultury, nie trzeba nikogo przekonywać. Motyw wędrującej śmierci ochoczo podchwytywany jest przez twórców filmowych (także tych małoekranowych), pisarzy, autorów komiksów czy scenarzystów gier komputerowych – choć pól polimedialnej aktywności reanimowanych zwłok jest rzecz jasna o wiele więcej. Związki ludożerczych nieboszczyków z literaturą niejednokrotnie przynosiły zaskakujące, ale bez wątpienia godne uwagi owoce: „World War Z. Światowa wojna zombie w relacjach uczestników” Maxa Brooksa, „Noc zombie”, „Miasto żywych trupów” czy „Dead Sea” Briana Keene’ego; „Dead of Night” Jonathana Mayberry’ego, „Resurrection” Tima Currana czy komiksowo-beletrystyczny dorobek Roberta Kirkmana gromadzony pod szyldem kultowej marki „The Walking Dead. Żywe trupy” są tego najlepszym, choć przecież nie jedynym przykładem.

Także na rodzimym poletku wydawniczym odnajdziemy mniej lub bardziej udane próby zmierzenia się z fenomenem zombizmu, rozpatrywanego między innymi z perspektywy prozatorskiego mash-up’u („Przedwiośnie żywych trupów” Stefana Żeromskiego i Kamila Śmiałkowskiego) lub graficznej serii („Postapo” Daniela Gizickiego i Krzysztofa Małeckiego). Teraz głos w mocno cuchnącej sprawie zabrał Mikołaj Marcela, który za sprawą powieści „Niemartwi. Ciała wasze jak chleb” rozpętuje piekło na Ziemi – ze szczególnym uwzględnieniem Polski – serwując czytelnikom lekkostrawne, lecz wyjątkowo smaczne danie z żywego trupa sowicie podlanego popkulturowym sosem. Ale po kolei.

Na początku 2016 roku świat ogarnęła nieznana dotąd epidemia, której zatrważających skutków nikt nie był w stanie przewidzieć ani tym bardziej powstrzymać. Hordy nadpsutych nieboszczyków, zaskakująco szybkich i o wiele silniejszych od ciepłokrwistych homo sapiens, stały się nieodłączną częścią postapokaliptycznego pejzażu, obejmującego swoim zasięgiem także Warszawę, Katowice czy Bieszczady. Jednak pewnego dnia zombie zaprzestały ataków, dzięki czemu między przedstawicielami dwóch różnych statusów ontologicznych zapanowało (względnie) pokojowe współistnienie. Niestety, do czasu.

Michał Sander to mistrz szkoły przetrwania, samotnie – pomijając oswojonego wilka – zamieszkującego leśne ostępy, nie mając pojęcia o tym, co dzieje się poza jego eremem. Przynajmniej do chwili, gdy ratuje z opresji Lenę Moryc, jedną z wyznawczyń Kultu Brata Ezechiela: sekty, której ostatecznym powołaniem jest osiągnięcie nowego wymiaru egzystencji poprzez zjednoczenie z zastępami Nieśmiertelnych (tak, chodzi o kłapiące szczękami truposze). Tropem dziewczyny podąża dowodzony przez bezwzględnego Aleksa oddział Panter; formacji militarnej zajmującej się eliminacją zombie.

Natomiast nadużywający alkoholu detektyw Wiktor Strachowski zostaje oddelegowany przez swojego szefa (przewodniczącego Fortu Wilno) do przeprowadzenia nietypowego śledztwa. Bohater musi bowiem wyjaśnić okoliczności zgonu tajemniczego mężczyzny, który zginął od strzału w głowę – nie będąc jednak wówczas reanimowanym zezwłokiem – oraz zbadać przypadek pewnego zombiaka, wyeliminowanego w iście zagadkowy sposób. Niegdysiejszy policjant bardzo szybko przekona się, że zabójstwo „zwykłego śmiertelnika” to zaledwie wierzchołek góry lodowej lub, mówiąc prościej, jeden z wielu incydentów zapowiadających nadejście nowego światowego ładu.

W „Niemartwych…” Mikołaj Marcela szkicowo, ale w przekonujący sposób kreśli wizję świata po spełnionej apokalipsie, konstruując przy tym całkiem oryginalną, wielowątkową perypetię, w ramach której sumiennie buduje dramaturgię przykuwającą uwagę czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Potoczysta akcja – inkrustowana tu i ówdzie rozlewem posoki, odpryskami kości oraz latającymi fragmentami gnijącego mięsa – gwarantuje czytelnikom przyzwoity poziom napięcia, co w tego typu opowieściach jest szczególnie pożądane. Autor zadbał o reprezentatywny dobór protagonistów i ich adwersarzy, w miarę możliwości nadając im psychologiczną wiarygodność oraz obdarzając wspomnieniami, dzięki którym na kartach recenzowanej książki wracają obrazy doskonale znanej nam, współczesnej rzeczywistości. Szwendające się wokół antropofagi są straszne, ale chwilami większą grozę budzą osoby realizujące swoje idée fixe bez względu na okoliczności, metody czy cenę.

Marcela doskonale czuje konwencję oraz na wylot zna gatunkowe prawidła, którym składa należny hołd. Przy okazji zaś ciekawie wplata do snutej przez siebie opowieści (pomimo kilku przewidywalnych rozwiązań zwieńczonej mocnym, zaskakującym finałem) wątki religijne i elementy czarnego kryminału, jak również mnoży aluzje do ulubionych filmów, seriali, książek, komiksów czy gier komputerowych. Co najważniejsze, autor świadomie nawiązuje do chlubnej tradycji zapoczątkowanej przez filmowy cykl George’a A. Romero, łącząc w „Niemartwych…” rasowy survival horror z elementami społecznego komentarza.

Jak przekonuje bowiem brat Ezechiel: „Już przed apokalipsą nasz świat zaludniały żywe trupy. Wiecznie zestresowani pracownicy wielkich korporacji, stale wygłodniali konsumenci rynku kapitalistycznego, nienasyceni klienci sieci fastfoodowych z jednej strony, a z drugiej głodujący mieszkańcy Trzeciego Świata, bezdomni i imigranci w centrach zachodnich miast, czy ci, którzy z różnych powodów zostali wykluczeni z życia społecznego. Nawet nasza kultura, literatura, kino i telewizja miały w sobie coś z żywych trupów. To żywienie się starymi pomysłami, ich trawienie wciąż na nowo, te wszystkie remake’i i pasożytowanie na tym, co już było…” (s. 302). Czy nasza apokalipsa dopiero nadejdzie? A może już należymy do nieprzebranych zastępów wędrującej śmierci? Niezależnie od odpowiedzi, książkę Mikołaja Marceli zdecydowanie warto wziąć na ząb.
Mikołaj Marcela: „Niemartwi. Ciała wasze jak chleb”. Wydawnictwo Pascal. Bielsko-Biała 2015.