Wydanie bieżące

15 kwietnia 7-8 (295-296) / 2016

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

ZAPOMNIANY KRAJ, ZAPOMNIANA WOJNA (ED VULLIAMY: 'WOJNA UMARŁA, NIECH ŻYJE WOJNA')

A A A
W ofercie Wydawnictwa Czarne pojawiła się kolejna propozycja Eda Vulliamy’ego, reportażysty i dziennikarza znanego polskim czytelnikom z wydanej w 2012 „Ameksyki. Wojny wzdłuż granicy”. „Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki” także dotyczy miejsca pogranicznego, które nasycone jest konfliktami i cierpieniem, od którego świat odwraca wzrok. Vulliamy w latach 90. był korespondentem wojennym i pracował na terenie objętej wojną Jugosławii. Wraz z Penny Marshall odkrył obóz koncentracyjny w Omarskiej i walnie przyczynił się do nagłaśniania zbrodni i czystek etnicznych na terenie Bośni. Jego aktywność nie zakończyła się wraz z ustaniem działań wojennych. Ze względu na swoją pracę, a także przełomowe odkrycia dotyczące ludobójstw zeznawał przed trybunałem haskim w najgłośniejszych procesach jugosłowiańskich zbrodniarzy. „Wojna umarła…” to nie tylko jego wspomnienia z czasów wojny, ale także opis późniejszego zaangażowania w sprawy Bośni, pracę trybunału oraz życia bośniackiej diaspory, trudnych i niemożliwych powrotów, żmudnych poszukiwań masowych grobów i identyfikacji zwłok, prób znalezienia ukojenia.

Nie jest łatwo pisać o książce poruszającej tak trudny temat, dodatkowo będącej reportażem. Szokująca jest skala opisywanych okrucieństw, jak i czas oraz miejsce, w którym się wydarzyły – lata 90., Europa Południowa, jak kilkakrotnie podkreśla autor, „trzy kroki od Wenecji”. Jednocześnie zbrodnie popełnione w trakcie tej wojny łatwo ulegają zapomnieniu i to z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, społeczność międzynarodowa długo zwlekała z reakcją na te wydarzenia, a po wojnie często negowano istnienie obozów koncentracyjnych w Omarskiej, Trnopolje i Keratermie. Po drugie, zbrodniarze wojenni osiągnęli mistrzostwo w maskowaniu swoich działań, dodatkowo wokół wydarzeń w Bośni panowała i panuje zmowa milczenia oraz nagła, zbiorowa amnezja. Dodatkowo skomplikowane relacje między narodowościami i grupami etnicznymi zamieszkującymi ten teren, niezrozumiałe często dla zachodniego obserwatora, a także głoszona powszechnie w trakcie i po wojnie opinia, że wszystkie strony konfliktu dopuszczały się równoważnych zbrodni, pomagały w umniejszaniu krzywd i dążeniu do „pojednania” zamiast przepracowania i upamiętnienia. Szokujące jest, że w Europie XX wieku, po doświadczeniu II wojny światowej i Holocaustu, w spokojnym i dostatnim regionie świata, doszło do okrucieństw i zbrodni na tak olbrzymią skalę.

Vulliamy rozpoczyna swój reportaż od zaprezentowania kilku map: Jugosławii w latach 1945-1991 oraz Bośni i Hercegowiny po 1992 roku, aby przybliżyć czytelnikowi obszar, którym głównie zajmuje się w „Wojna umarła…” – Federację Bośni i Hercegowiny oraz należącą do niej, odznaczającą się daleko posuniętą autonomią, Republikę Serbską. Załącza także mapy, na których zaznaczone zostały obozy koncentracyjne, największe masowe groby oraz wszystkie miejscowości wymienione w reportażu. Następnie wymienia „miejsca i osoby dramatu”, tłumacząc sytuację terytorialną Bośni i Hercegowiny po porozumieniu pokojowym z Dayton, objaśnia też strukturę narodową i etniczną na tym terenie, porządkuje stosowane pojęcia, np. Boszniak, czetnicy, obozy koncentracyjne. Vulliamy obstaje przy tej nazwie dla obozów w Omarskiej, Trnopolje i Keratermie, bo choć od nazistowski obozów śmierci różniła je skala i sposób organizacji, to autor powołuje się na pojęcia ukute podczas wojny burskiej: miejsca, gdzie umieszczano cywilów ze względu na ich przynależność etniczną, gdzie wielu z nich zostało zabitych, a wielu torturowano i gwałcono. Następnie przedstawia „osoby dramatu” – od polityków i generałów, którzy pojawili się na ławie oskarżonych w procesach haskich (m.in. Slobodan Milošević, Ratko Mladić, Radovan Karadžić itd.), przez więźniów obozów, z którymi rozmawia, po dzieci uchodźców, urodzone już po wojnie w krajach, gdzie ich rodzice otrzymali azyl. Taki wstęp, prezentujący miejsca i ludzi, pojęcia i wydarzenia na samym początku reportażu jest przydatny i porządkujący, ułatwia zorientowanie się w skomplikowanych zależnościach i na nieznanym terenie. Autor zakłada, w moim mniemaniu słusznie, że zwraca się do czytelnika, który nie ma pojęcia ani o geografii, ani o historii tego regionu. A słuszności jego założeń dowodzą wszystkie przedstawione w książce wydarzenia.

Reportażysta w „Wojna umarła…” postanowił nie epatować czytelnika szczegółowymi czy „barwnymi” opisami okrucieństw, zbrodni, gwałtów i tortur. Jeśli chciałby zachować w tym zakresie ścisłość i drobiazgowość, lektura 520 stron tego reportażu byłaby niemożliwa albo, co gorsza, nużąca i zobojętniająca. Autor wybrał doskonałą artystycznie i perswazyjnie technikę – przedstawił zaledwie kilka szczegółowo opisanych tortur i gwałtów, nie pozostawiając ich ofiar anonimowymi. Rozmawia z ocalonymi lub z rodzinami zmarłych, poznajemy imiona, nazwiska, zawody i wcześniejsze miejsce zamieszkania torturowanych więźniów, dzięki czemu tych kilka wybranych spośród niewyobrażalnej liczby scen okrucieństwa zapada w pamięć i robi na czytelniku piorunujące wrażenie. Dodatkowo rozmowy z ocalonymi, przedstawianie ich indywidualnych sylwetek i historii nie pozwala na obojętność i silniej działa na wyobraźnię i emocje niż same liczby zabitych, przesiedlonych i torturowanych. Doskonałe są także opisy procesów haskich, zachowania oskarżonych i ofiar. Vulliamy sięga jednak głębiej, niż sugerowałaby to formuła reportażu o wojnie i osądzeniu zbrodniarzy. Próbuje zrozumieć, jak to się stało, że żyjący ze sobą w zgodzie i po sąsiedzku ludzie zwrócili się przeciwko sobie i zaczęli się mordować z niespotykanym okrucieństwem. W „Wojna umarła…” nie brakuje wspomnień, jak to sąsiad, który z okazji świąt wpadał na kawę i ciasto, staje się oprawcą, a stały klient restauracji i bliski znajomy jej właścicielki – gwałcicielem. Reportażysta szuka źródeł tej szokującej przemiany w serbskim nacjonalizmie, który sączył się do uszu i umysłów Serbów przez setki lat, a do intelektualnej ofensywy przeszedł w latach 80. XX wieku, kiedy po śmierci Josipa Broz Tity odżyły w różnych częściach Jugosławii dążenia do utworzenia odrębnych państw narodowych.

Vulliamy nie rozmawia jedynie z Boszniakami (muzułmanami), którzy byli deportowani albo więzieni w obozach koncentracyjnych. Udaje mu się także dotrzeć do byłych strażników obozowych, rozmawia z Karadžiciem i jego córką Sonją, a także trafia do nacjonalistycznej księgarni-wydawnictwa w Belgradzie oraz na stypę, na której spotykają się najbardziej zagorzali zwolennicy Wielkiej Serbii. Jego analizy serbskiego nacjonalizmu, podparte naoczną obserwacją oraz lekturą książek i wystąpień serbskich przywódców, na czele z kilkudniowym, niedokończonym przemówieniem Slobodana Miloševicia w Hadze, pozwalają zrozumieć źródła popełnianych zbrodni. Zaczadzeni nacjonalistyczną ideologią, przekonani o dziejowej niesprawiedliwości oraz niezliczonych historycznych krzywdach, jakich doznał naród serbski, zarazem nienawidzący Zachodu, dumni z wielkich dokonań i zawstydzeni swoją peryferyjnością bośniaccy Serbowie ruszyli do krwawego odwetu na najbliższych Innych – Boszniakach, odmiennych etnicznie i religijnie. Część z nich nie mogła żyć po wojnie ze świadomością tego, co zrobili. Większość jednak idzie w zaparte, udaje, że do niczego nie doszło, a wszystkie oskarżenia to boszniacki spisek. Inni z kolei do niczego głośno się nie przyznają, ale nie mają oporów przed przeganianiem powracających do swoich miast i wiosek Boszniaków, zacieraniem śladów po masowych grobach czy wieloletnim ukrywaniem zbrodniarzy wojennych. Panuje także zmowa milczenia co do miejsc pochówku ofiar – ewentualni „zdrajcy” współpracujący z federacyjnymi zespołami poszukującymi ciał muszą się liczyć z krwawą zemstą z ręki serbskich współbraci.

W „Wojna umarła…” nie brakuje także szerszego kontekstu. Używając pojęcia „obóz koncentracyjny”, Vulliamy nie unika porównań tego, co wydarzyło się w Bośni, z Holocaustem. Odwiedza Auschwitz, spotyka się z ocalonymi z nazistowskich obozów, bierze udział w konferencjach organizowanych w Muzeum Zagłady w Waszyngtonie, rozmawia z autorami książek poświęconych tej tematyce. Zauważa przy tym podobieństwa między obozami nazistowskimi i bośniackimi, ale też podkreśla istotne różnice. Pierwszą, zaznaczoną już na wstępie książki, jest masowość i przemysłowy wymiar obozów nazistowskich oraz inna organizacja Zagłady. Drugą jest pamięć i przyznanie się do winy. Niemcy po wojnie wzięli pełną odpowiedzialność za obozy śmierci, osądzili sprawców, zrobili wiele, aby nie zapomnieć i nie dopuścić do podobnej sytuacji w przyszłości. Powstało wiele muzeów, pomników, miejsc pamięci, olbrzymia ilość książek, wykładów, prelekcji. Położono olbrzymi nacisk na edukację młodych pokoleń. W Federacji Serbskiej, na terytorium której doszło do czystek etnicznych i gdzie działały obozy koncentracyjne, pamięć o wydarzeniach z lat 90. jest systematycznie zacierana. Na terenie jednego z obozów, w Omarskiej, działa dzisiaj kopalnia prowadzona przez międzynarodowy koncern ArcelorMittal. Pomieszczenia, które pełniły funkcje baraków i katowni, odremontowano, znów działają w nich biura i stołówki, jak przed wojną. Firma nie zgadza się na postawienie pomnika pamięci ofiar, doroczne obchody upamiętniające ofiary są blokowane zarówno przez firmę, jak i przez lokalne władze, złożone z bośniackich Serbów. Wiele ofiar dalej ma status zaginionych, a mieszkańcy miejscowości, w okolicach których znajdują się masowe groby, milczą i utrudniają prace ekipom patologów. Bośniaccy Serbowie próbują na wszelkie sposoby zatrzeć pamięć o obozach i czystkach etnicznych, a także nie dopuścić do powrotu wysiedlonych Boszniaków na teren Republiki Serbskiej. Największym problemem współczesnej Bośni, w ocenie zarówno autora, jak i jego rozmówców, jest brak rozliczenia i zamknięcia tego okresu. Kraj jest głęboko podzielony, a widmo kolejnych konfliktów zbrojnych wisi nad Bośnią, zwłaszcza odkąd w jej sprawy wmieszali się islamscy ekstremiści. Stąd też tytuł – „Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki”. Wojna w Bośni jeszcze się nie zakończyła, a już wisi nad nią widmo kolejnej.

Reportaż Eda Vulliamy’ego to lektura trudna i wymagająca. „Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie porachunki” każe się skonfrontować z naszymi wyobrażeniami o ostatnim dziesięcioleciu XX wieku, a także pamiętać, że rozwój, dobrobyt i deklarowane braterstwo nie są gwarancją pokoju. Przed odradzającymi się nacjonalizmami mogą obronić nas tylko pamięć i uczciwość – a tego dostarcza reportaż Eda Vulliamy’ego. Jest to także doskonale napisana opowieść, rzetelnie obudowana lekturami i badaniami autora, łącząca w sobie wiele perspektyw. Reportażowi nie można odmówić literackich walorów, pogłębionej refleksji oraz doskonałego warsztatu dziennikarskiego. Vulliamy’emu zarzucano niekiedy brak obiektywizmu i stronniczość – nie ukrywa on swojego zaangażowania po stronie ofiar i stanowczo nie godzi się na zrównywanie nierównych krzywd. „Wojna umarła, niech żyje wojna…” warto też przeczytać jako dokument wierności i uczciwości w dziennikarskim fachu – bez porzucania rzetelności i obiektywności.
Ed Vulliamy: „Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki”. Wołowiec 2016. Wydawnictwo Czarne [seria: Reportaż].