Wydanie bieżące

15 kwietnia 7-8 (295-296) / 2016

Kamila Czaja,

MYŚLI NIEUCZESANE - WSZYSTKO (LIDIA KOŚKA: 'LEC. AUTOBIOGRAFIA SŁOWA')

A A A
Wszędzie (tylko nie w Polsce)

Lidia Kośka w wydanej przez Żydowski Instytut Historyczny książce „Lec. Autobiografia słowa” cytuje lub przynajmniej sygnalizuje właściwie wszystko, co kiedykolwiek napisano o Lecu w kraju (i wiele z tego, co napisano poza krajem), trudno więc powołać się na niewykorzystane przez autorkę źródło. Można jednak przywołać słowa Michała Pawła Markowskiego (którego Kośka nie cytuje, ale zapewne tylko dlatego, że tekst ukazał się już po jej książce): „Lec? Chyba najgorzej opisany polski pisarz. A bodaj najciekawszy. Dopiero 40 lat po śmierci autora ukazało się pełne wydanie »Myśli nieuczesanych«, a 10 lat później pierwsza monografia” (Markowski, 7.09.2015). Badacz dodaje ponuro: „Mieć takiego pisarza i o nim intensywnie milczeć – fatalnie to świadczy o polskiej kulturze” (tamże).

Biorąc książkę Kośki do ręki (albo raczej do dwóch rąk, bo tom do niewielkich nie należy), chciałoby się zapytać: „Czemu tak późno?”. Późno na co najmniej dwóch poziomach. Raz, że Lec, autor znany na całym świecie, podziwiany przez Umberto Eco czy Thomasa Bernharda, wciąż tak bardzo jest w Polsce niedoczytany (przy czym Kośka sama ten przykry fakt wielowątkowo objaśnia). Dwa, że praca „Lec. Autobiografia słowa”, chociaż mogłaby być rozprawą habilitacyjną, okazuje się – gdy sięgnąć do bazy danych serwisu Nauka Polska – doktoratem obronionym w roku… 2008.

Cóż, trzeba powiedzieć sobie, że lepiej późno niż wcale, pocieszyć się, że pewnie w tym kształcie publikacja jest dojrzalsza i pełniejsza, niż byłaby, gdyby wydano ją parę lat temu. A potem należy się ucieszyć, że trudnego zadania napisania takiej monografii podjęła się właśnie Kośka. To ona w 2006 roku zredagowała „Myśli nieuczesane wszystkie” (parę razy do tego czasu wznawiane, ostatnio w marcu 2015 roku), za co należy jej się dozgonna wdzięczność narodu. Napisała też posłowie do tego zbioru i można w tamtym jej tekście znaleźć myśli, które teraz pojawiają się w książce. Ale siłą rzeczy powtarza się niewielki materiał – posłowie miało dziesięć stron, a „Lec. Autobiografia słowa” – prawie osiemset.

Wszystko

Tytuł książki brzmi trochę jak, coraz rzadziej spotykana w dobie nowoczesnych metodologii, formuła „życie i twórczość”. Autorka tłumaczy we wstępie: „Tytuł niniejszej książki ma podkreślić związek kluczowych dla moich rozważań kategorii podmiotu i języka, które w tekstowej analizie są dziś właściwie banalnymi liczmanami – przesuwam jednak akcent na szczególne tych kategorii aspekty, mianowicie na osobę i słowo” (s. 19). Szerzej ujawnia swoje podejście dużo dalej, na dodatek w przypisie: „Bliska mi optyka kulturowa w badaniach literackich rezygnuje z wykluczenia, harmonijnie godzi ekskluzywne czy elitarne podejście do dzieła z zainteresowaniem dla najszerszych kontekstów i odniesień, w jakie się ono wpisuje, uznaje za nieredukowalny stan nieweryfikowalności »informacji« niesionych przez tekst, a pojęcie »obiektywności« nie należy do rozpatrywanych przez nią. Elementem kulturowego uniwersum, w którym dokonuje się lektura tekstu, są również jego autor (i znajomi autora) oraz czytelnik” (s. 631). Czyli – jest tu wszystko.

Słowo „wszystko” to oczywiście hiperbola (którą Kośka sama, jak przyznaje, zastosowała w tytule „Myśli nieuczesanych wszystkich”). Monografia „Lec. Autobiografia słowa” nie zamyka dróg, lecz je otwiera. Właściwie dopiero mając taką solidną podstawę, będzie można „ruszyć na Leca” z nowoczesnymi narzędziami literaturoznawczymi, rozwinąć pojedyncze wątki albo nawet wdać się z monumentalną publikacją Kośki w polemikę. Ale równocześnie w pewnym sensie faktycznie jest tu wszystko. I biografia, i życie literackie (warto docenić jego zniuansowany portret oraz ciekawe wątki szczegółowe, na przykład te dotyczące relacji aforysta – cenzor). Są analizy genologiczne (poświęcone nie tylko satyrze, fraszce czy aforyzmowi, ale i centonowi oraz gatunkom specyficznym dla kultury żydowskiej). Do tego liczne konteksty i przede wszystkim omówienie twórczości Leca od debiutu po ostatnie teksty. Chociaż pisarz ten pozostaje w pamięci – także po lekturze książki Kośki – głównie jako twórca „Myśli nieuczesanych”, to jego obraz w umyśle czytelnika po tej publikacji zdecydowanie się poszerzy. Autorka poświęca aforyzmom dopiero ostatnią (zdecydowanie najdłuższą) część książki, prowadząc do niej poprzez wcześniejsze dzieła i losy Leca.

Część pierwsza, „Od wierszy do słów”, chwilami może nużyć, jednak nie do końca z winy badaczki. Po prostu przedwojenne dokonania Leca nie są tak imponujące, by ich szczegółowe interpretacje pobudzały wyobraźnię. Kośka wydaje się tego świadoma, często podkreślając, że zależy jej przede wszystkim na pokazaniu ciągłości tematów, fraz i idei w całej twórczości pisarza. Zauważa na przykład: „Rozpatrując dzieje tej poezji i jej historyczne uwarunkowania, łatwiej będzie zrozumieć, jak i dlaczego w ogóle doszło do MN” (s. 65), by w innym miejscu zastrzec się: „To oczywiście tak efektowanie i klarownie wygląda z dystansu, lecz w rzeczywistości nie kształtuje się jednym rzutem myśli czy machnięciem pióra. Ale kształtuje się, coś się wówczas kształtuje” (s. 130). Analizom Kośki niewiele można zarzucić, a trudno krytykować książkę za to, że jej bohater nie od razu pisał arcydzieła. A towarzyszący powstaniu tej części zamysł faktycznie się sprawdza, przy czym łatwiej docenić to, czytając dalsze partie monografii, bo faktycznie teksty przedwojenne oświetlają późniejsze. Zresztą i w początkowych rozdziałach zdarzają się zaskakujące perełki – jak fragment o felietonach Leca, które nie tylko, jak dowodzi Kośka, „zapełniają pewną lukę w obrazie świata budowanym w jego twórczości” (s. 100), ale też przenoszą odbiorcę w fascynujący świat międzywojnia.

Kolejna część, „Wędrówki Ahaswera”, jest nieco mniej wciągająca od poprzedniej, ale niewątpliwie konieczna. Pokazanie wpływu Zagłady, emigracji i trudnego powrotu do Polski, a także późniejszych skomplikowanych relacji z systemem PRL-u wzbogaca wiedzę czytelnika o Lecu, a partie te są tym cenniejsze, że wyjazd do Jerozolimy i lata milczenia często wymazywano z życiorysu autora „Myśli nieuczesanych”. Ponownie też Kośka pokazuje, jak ważne są te wcześniejsze etapy dla ukształtowania się słynnych aforyzmów. Pisząc o „Rękopisie jerozolimskim”, badaczka tłumaczy: „(…) dla MN tomik ten jest bardzo ważny, ponieważ, nie kształtując środków wyrazu, które w znacznym stopniu były już gotowe dzięki satyrze, skrystalizował postawę poety. Kilka następnych lat przymusowego milczenia ukształtowało trzeci komponent MN – surowość i lapidarność” (s. 311-312). Część tę warto docenić także za zauważenie działalności przekładowej Leca i za odkrywcze syntezy (zwłaszcza porównanie kolejnych etapów poetyckiej drogi pisarza do chronologii dzieł Salomona – Księgi Przysłów, Pieśni nad Pieśniami i Księgi Koheleta).

Trudno jednak nie czekać niecierpliwie na część trzecią, „Od słów do myśli”. I chyba sama autorka najlepiej się czuje, pisząc właśnie o „Myślach nieuczesanych”, które dzięki doświadczeniu redakcyjnemu zna wyśmienicie. Ta partia książki wciąga już od pierwszego zdania, idealnie pasującego do absurdalnych nieraz losów i literackich propozycji bohatera książki: „Pierwsze zdania dzieła, które miało unieśmiertelnić Stanisława Jerzego Leca, wydrukowane zostały na ostatniej stronie tygodnika »Nowa Kultura« 1 maja 1955 roku, podczas gdy na jego stronie tytułowej umieszczono hasła KC PZPR z okazji Święta Pracy” (s. 417). I chociaż rozkładanie każdej myśli nieuczesanej na czynniki pierwsze kusi, to Kośka chyba zdaje sobie sprawę z tego, że często taka analiza z góry skazana jest na porażkę – niczym objaśnianie żartu. Cytuje więc aforyzmy często, ale głównie po to, by (na nowo) zachwycić odbiorcę Lecem, a przy tym uzupełnić, potwierdzić szerokie konteksty, po które sama sięga w pisaniu o tych aforyzmach. Idzie w stronę omówienia wielkich mechanizmów i tematów, wykorzystując jako argument to, co niewielkie, czyli aforyzm. To zamysł znów nastawiony na wszystko – genezę, język, recepcję, tradycje, idee. Równocześnie na to, co doraźne, i to, co uniwersalne: „Jednak z dnia na dzień aluzje stają się coraz bardziej przezroczyste, nie przesłaniając już tego, co uniwersalne. Aforyzm zawsze obliczony jest na ten podwójny dystans” (s. 521).

Kośka pisze: „W rozdziale poprzednim staraliśmy się zrekonstruować »świat przedstawiony«, w tym spróbujemy »kraj przedstawiony« – jeśli to możliwe” (s. 521). Zdradza tu świadomość, jak „niewdzięcznego” zadania się podjęła. Wielokrotnie zresztą nie ukrywa trudności wynikających z przewrotnego charakteru zbioru Leca. Z jednej strony chodzi o badawczą uczciwość, o którą w tym wypadku nawet trudniej, skoro „MN są książką bardziej niż inne bezradną wobec czytelnika – możesz z niej wziąć, co popadnie, i wykorzystać jak ci najwygodniej, ignorując jej rzeczywisty sens” (s. 566). Z drugiej strony aforyzmy Leca bronią się przed systematyzacją, stawiając badacza wobec nierozwiązywalnych sprzeczności: „W MN nic nie jest jednak pojedyncze, jednoznaczne, na każdy aforyzm jest inny aforyzm, na łzy śmiech, na wzniosłość poniżenie (…)” (s. 729). A jednak jakimś cudem autorka „Leca. Autobiografii słowa” swoje karkołomne zadanie wykonuje bardzo dobrze.

Wszędzie, wszyscy

Badaczka zauważa: „Pierwsi polscy czytelnicy MN w połowie XX wieku odnajdywali w nich przede wszystkim aluzje do dotkliwej współczesności. Jednak natychmiastowe niemal przekładanie aforyzmów Leca na wiele obcych języków świadczyło o tym, że dominuje w nich wymiar uniwersalny. Ale – uwaga – wszelka uniwersalność posługuje się mową tradycji, uniwersalne nie ma osobnego języka” (s. 708). Kośce udaje się zrekonstruować tradycję, jaka stoi za dziełem Leca. A raczej – tradycje. Autorka stwierdza wprawdzie: „Gdy jest się Żydem, to bez względu na powody wyjazdu do Izraela, jedzie się tam po odpowiedź. I gdy Lec stamtąd wraca, to znaczy, że tam tę bardzo stanowczą odpowiedź uzyskał. Lec spotkał tam siebie jako polskiego poetę, i zawrócił” (s. 303). Równocześnie jednak ta monografia wypełnia ważne luki w recepcji Leca – fakt, że był poetą także polskim, nie powinien wymazywać szerokich horyzontów, również geograficznych, które w jego dziele widać, jeśli tylko chce się je dostrzec.

Kośka tropi więc w twórczości pisarza ślady „galicyjskości zapatrzonej w Wiedeń” (s. 699) i żydowskiej tradycji (tu choćby interesujące zestawienia z responsami rabinicznymi i kabałą oraz różnice między humorem żydowskim a angielskim i francuskim). Podsumowanie tej złożoności stanowić mogą rozważania o nazwisku Leca (właściwie barona Stanisława Jerzego de Tusch-Letza), zwieńczone ciekawą diagnozą: „Czytał je jako nomen omen w każdym z trzech języków, które go ukonstytuowały: po hebrajsku (lec), gdzie odczytał swoje powołanie; po niemiecku (Letz, letzte), gdzie rozpoznawał swój los, kres; po polsku (cel), w którym doświadczał, że człowiek sam dla siebie jest najtrudniejszą zagadką i zadaniem” (s. 739). Lec, tak mocno utożsamiony z własnym dziełem, jest od niego nieoddzielny – podkreśla wielokrotnie Kośka. Ale równie ciekawe okazuje się śledzenie, kogo poza Lecem można w tej twórczości zobaczyć. W trzech wymienionych kręgach – żydowskim, niemieckim, polskim – autorka znajduje fascynujące powinowactwa z „Myślami nieuczesanymi”. Wystarczy wspomnieć Ludwiga Wittgensteina, Paula, Heinricha Heinego (z przekształcenia jego frazy powstał tytuł „Myśli nieuczesane”), Thomasa Bernharda, Karla Krausa, Kurta Tucholsky’ego, Alojzego Gonzagę Żółkowskiego, Fryderyka Nietschego, Sokratesa, Heraklita, Solona…

Wszystkie te konteksty Kośka ciekawie uzasadnia, wykazując się nie tylko erudycją, ale i niewątpliwą wytrwałością (sama praca archiwalna i bibliograficzna zasługuje na ogromny podziw). Dobrze sprawdzają się przywoływane koncepcje teoretyczne, autorka stosuje je jednak dość oszczędnie (chociaż wykazuje się zapleczem filozoficznym i genologicznym). Czytelnicy przyzwyczajeni do popisów teoretycznych w duchu modnych dziś nowych nurtów humanistyki podejście to mogą uznać za staroświeckie, ale – przynajmniej na aktualnym etapie „lecologii” – właśnie takie potraktowanie przedmiotu badań wydaje się konieczne i pozwala oddać sprawiedliwość zaniedbanemu przez literaturoznawstwo pisarzowi.

Dla wszystkich?

Mimo pokaźnej objętości książkę czyta się lekko. Kośka dobrze panuje nad obszernym materiałem – jak na tak gruby tom powtórzeń jest niewiele, a nieścisłość zauważyłam jedną: jako data ukończenia przez Leca studiów prawniczych raz pojawia się rok 1934 (s. 28), a potem już 1933 (s. 29 i 41). Nieprzeładowanie żargonem teoretycznym i pasja autorki sprawiają, że łatwo się Lecem „zarazić” (o ile ktoś nie był jego fanem już wcześniej). Chwilami Kośka wpada w przewrotny styl, inspirowany chyba bohaterem książki, co dodatkowo zwiększa przyjemność lektury. Stwierdza na przykład: „Wiersz nazywał się tak, jak każdy wiersz debiutanta: »Wiosna«” (s. 28), „Wraz z powolnym odmrażaniem kultury stopniowo odmrażano również Leca” (s. 322), „(…) hazardzista słowa nigdy się nie wyzwoli z nałogu gry” (s. 681). Trzeba też docenić fakt, że książka została starannie wydana. Zróżnicowanie czcionek i wyrazisty podział tekstu na mniejsze całostki ułatwia odbiorcy orientację w obszernym tomie. Fotografie i ilustracje są nieliczne, ale za to wszystkie zapadają w pamięć. A indeks nie tylko nazwisk, ale i zagadnień zachęca, żeby sięgnąć do książki ponownie i tym razem czytać publikację nie w porządku chronologicznym, lecz tematycznym.

Czasami Kośka może zbyt łatwo zestawia ze sobą pewne (podobne tylko do pewnego stopnia) teksty albo nieco na siłę cytuje aforyzmy, wpisujące się w tok wywodu raczej samą frazą niż sensem – ale znam to uczucie, bo Leca chciałoby się cytować i cytować, i cytować… Takich fragmentów nie ma zresztą na tyle dużo, by obniżały wartość książki. Oczywiście można by dyskutować, czy za każdym razem tak obszerne analizy, zwłaszcza w przypadku wcześniejszej twórczości pisarza, były niezbędne, bo może w kilku miejscach przydałaby się selekcja. Jednak prawie zawsze nawet te partie, które wydają się mniej interesujące, okazują się ważne dla zrozumienia całości dzieła Leca i jego największego osiągnięcia, jakim są „Myśli nieuczesane”.

Kośka przypomina, że już w 1957 roku Henryk Bereza pisał o „Myślach…”: „Nie potrafimy jeszcze docenić tej książki” (s. 508). Autorka monografii komentuje: „(…) ważne twierdzenie, (…) które uważam za wciąż aktualne” (tamże). Wciąż za mało doceniamy Leca, który „grami, aluzjami, cytatami – karzącymi i ratującymi – (…) opowiada się za literackością jako wartością antytotalitarną” (s. 696). Wciąż za rzadko czytamy jego aforyzmy, które „są drogowskazami na tej »drodze wewnętrznej«, która wyprowadza jednostkę z tłumu w przestrzeń wolności” (s. 542). A nawet jeśli już czytamy samego Leca, to z reguły nie wiemy, jak wiele sensów, których nie potrafimy dziś sami rozszyfrować, kryje się za tym dziełem. A Kośka rozszyfrowuje za nas, nie zamykając nam jednak drogi do samodzielnych refleksji. „Lec. Autobiografia słowa” przez ten „totalny” zamysł ogarnięcia możliwie szerokiego spektrum tematów jest zapewne książką przede wszystkim dla fanów Leca. Ale przecież fanami Leca powinniśmy być wszyscy.

LITERATURA:

Markowski M.P., „Pic, wic, nic (sic!)”. „Tygodnik Powszechny (Dodatek: Conrad)”. 7.09.2015. https://www.tygodnikpowszechny.pl/pic-wic-nic-sic-30019.
Lidia Kośka: „Lec. Autobiografia słowa”. Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma. Warszawa 2015.