Wydanie bieżące

1 marca 5 (77) / 2007

Ryszard Chłopek,

CZY ŚWIĘTY MOŻE NOSIĆ PARASOLKĘ?

A A A
Właściwie nie lubię takich powieści – rozwleczonych, smętnych, opartych na długich opisach oraz monologach. Chciałem przestać czytać już po czterdziestej stronie. Myślałem – „To nie dla ciebie, Chłopek, weź się lepiej za coś, co ma w sobie ikrę”. Ale jednocześnie trzymało mnie przy tej prozie coś więcej, niż własny upór i dobre imię serii wydawniczej. Jakaś tajemnica, którą Sándor Márai delikatnie zasiewa już od pierwszego zdania – „Z początkiem wiosny rozeszła się wieść, że na Posillipo w pawilonie ogrodowym mieszka pewien człowiek, który chce zbawić świat”.

Taka maleńka fabuła, wcale nie na powieść: ktoś obcy przyjechał, jest tu, a potem umiera. Niezwykły przez samo to, że pochodzi skądinąd – zza żelaznej granicy, ze zgnębionego kraju. Właściwie nic więcej, lecz opowiadanie ponosi Máraia. Zdania płyną leniwie, ale z wielką gracją, w czym po mistrzowsku asystuje mu tłumacz. I toczą się rozważania o zbawieniu oraz tym, co może je przynieść. Każde pytanie, które stawia „Krew świętego Januarego”, w jakiś sposób dotyka sfery sacrum, jak chociażby to – czy święty może nosić parasolkę?, bo też „nie jest pewne, czy człowiek, który regularnie płaci czynsz, potrafi zbawić świat”.

Pierwsze dwie z czterech części są przygotowaniem – scenografii, rekwizytów i tła. O bohaterze tylko się wspomina. Gdzieś przejdzie, ktoś epizodyczny podzieli się jakimś lakonicznym spostrzeżeniem na jego temat. Nawet nie ma imienia, nic też nie powie. Zresztą głosu oraz imienia narrator nie da mu aż do końca powieści.

Tak więc blisko pół książki zajmuje Posillipo – malowniczy półwysep opodal Neapolu. W czasach opisanych przez Máraia było to zagłębie nędzy, w którym dzieci umierały na tyfus, bo jedna wizyta lekarza gotowa była doprowadzić do ruiny i głodu całą wielopokoleniową rodzinę. Dziś Posillipo to dochodowa atrakcja turystyczna – już sama ta zmiana jest formą zbawienia.

W „Krwi świętego Januarego” mieszkańcy Posillipo zajmują się różnymi rzeczami – sprzedażą orzeszków, roznoszeniem mleka, kłótniami, umieraniem, wychowywaniem dzieci, chorowaniem, przeklinaniem rządu, świętowaniem, bardziej lub mniej rzeczowymi dyskusjami, wsłuchiwaniem się w wiatr i morze. Ale przede wszystkim czekają na cud – rozmawiają o nim, modlą się, składają ofiary świętym. Nie tylko dlatego, że w ich sytuacji jedynie cud stanowi alternatywę dla emigracji zarobkowej (która też nie każdemu może być dana). Wynika to raczej z bardzo pierwotnej formy religijności – wedle której niezwykłość ma przenikać codzienność do tego stopnia, że koszta cudu można negocjować ze świętymi bądź wręcz je zamawiać na kredyt. Choć w tym drugim wypadku istnieje pewne ryzyko, że święty nie przychyli się do prośby wiernego.

Na początku trzeciej części scena jest przygotowana, ale dramat już się dokonał. Główny bohater zginął w okolicznościach wskazujących na samobójstwo lub nieszczęśliwy wypadek. Nie zdążył zbawić świata albo właśnie to zrobił. Jego losy poznajemy z relacji trzech osób – agenta prowadzącego śledztwo w sprawie śmierci cudzoziemca zza żelaznej kurtyny, księdza znającego bohatera z działalności naukowej oraz towarzyszki życia, która do Włoch przyjechała wraz z nim. To tak, jakby Ewangelie spisali: Poncjusz Piłat (agent), Niewierny Tomasz (ksiądz), Maria Magdalena (przyjaciółka). W tych opowieściach jakaś tajemnica zostaje odkryta, a jakaś stworzona. I z tym niedosytem już się pozostaje. Im bliżej jesteśmy świętości, tym bardziej się ona oddala?

A przecież miałem tej książki nie czytać. Jest tyle innych książek, które mają ikrę. Tyle powieści napisanych w taki sposób, jaki lubię – żwawo, konkretnie, do przodu. Ale Márai przytrzymał mnie przy swojej nieomal przemocą – językiem, zaciekawieniem, snuciem refleksji. I zburzył mi schematy, którymi myślałem o sacrum. I zburzył mi schematy, którymi myślałem o prozie.
Sándor Márai: „Krew świętego Januarego”. Tłum. Feliks Netz. Czytelnik. Warszawa 2006 [seria: Nike].