Wydanie bieżące

1 maja 9 (297) / 2016

Magdalena Kempna-Pieniążek,

HERZOG VERSUS HERZOG (KRÓLOWA PUSTYNI)

A A A
Najnowszy fabularny film Wernera Herzoga, mówiąc najoględniej, nie ma dobrej prasy. Wydaje się wręcz, że od pewnego czasu rozważania krytyków oscylują już nawet nie wokół tego, dlaczego „Królowa pustyni” to film zły, lecz wokół spekulacji związanych z tym, jak to możliwe, że dzieło aż tak niedoskonałe mógł nakręcić ktoś taki jak twórca „Cobra Verde”. Odpowiedzi udzielane na te wątpliwości są rozmaite, rozciągając się od sugestii, że Herzog za wszelką cenę starał się zadowolić hollywoodzką gwiazdę, Nicole Kidman, niepotrafiącą pogodzić się z faktem, że nie jest już podlotkiem, po przekonanie, że autorski potencjał reżysera po prostu się wyczerpał. Sam twórca, we właściwy sobie sposób, tylko dolewa oliwy do ognia, obwieszczając na przykład w wywiadach, że kreacja Kidman to, jego zdaniem, najbardziej spektakularne aktorskie osiągnięcie w światowej kinematografii ostatnich lat.

Wypada przyznać od razu: „Królowa pustyni”, z czysto komercyjnych względów, jest filmem nietrafionym: zwolennikom kina autorskiego będzie brzmieć fałszywą nutą hollywoodzkich konwencji, z kolei fanom kina gatunków wyda się najpewniej za mało dynamiczna. I chyba tylko najbardziej zagorzali miłośnicy twórczości Wernera Herzoga znajdą w sobie dość cierpliwości i dobrej woli, aby szukać w niej dobrych stron. Ponieważ pisząca te słowa do grona owych miłośników się zalicza, niniejsza recenzja powinna zostać odebrana jako stronnicza, a może nawet zwodnicza, jej intencją jest bowiem wskazanie kilku głównych powodów, dla których – mimo wszystko – warto „Królową pustyni” zobaczyć.

Powód pierwszy: Kobieta

Zanim Gertrude Bell (Nicole Kidman) po raz pierwszy pojawia się na ekranie, mówią o niej mężczyźni – Europejczycy, którym w pierwszych dekadach XX wieku przypadło w udziale decydowanie o losach Bliskiego Wschodu. Jest wśród nich słynny T.E. Lawrence (lepiej znany jako Lawrence z Arabii), jest i Richard Wylie (Damian Lewis), darzący bohaterkę głębokim uczuciem. W toczącym się dialogu Bell jest określana jako „The Woman” – „Ta Kobieta”, co w ustach mówiących o niej mężczyzn brzmi na poły pogardliwie, na poły zaś trwożliwie. Na planie metafilmowym rzeczownik ten ma jeszcze jedno ukryte znaczenie: oto bowiem Gertrude Bell jest pierwszą protagonistką w fabularnych światach Herzoga. Wszystkie wcześniejsze dzieła reżysera (pomijam dokumenty) oscylowały wokół męskich postaci. Dlaczego to właśnie Bell stała się „The Woman” – „Tą Kobietą”, której twórca „Stroszka” zechciał poświęcić swój film?

Nazywająca siebie pisarką i badaczką protagonistka przemierza Bliski Wschód, poznając jego kultury i gromadząc cenne strategiczne informacje. Bardziej od działalności politycznej, a tym bardziej naukowej, Herzoga – przynajmniej formalnie – interesuje jednak wewnętrzna podróż bohaterki, ścigającej samą siebie, odnajdującej na bezkresnej pustyni swoją tożsamość. Dopisek „formalnie” jest tu istotny, owa wewnętrzna podróż niewiele bowiem ma wspólnego z głębią doświadczeń Aguirre czy Fitzcarraldo; Herzog w istocie rozgrywa ją w oparciu o melodramatyczne konwencje: oto kobieta wyprzedzająca swoją epokę, odmawiająca zamążpójścia, pragnąca poszerzać horyzonty własne i świata, wyrusza do Teheranu. Tam niby to poznaje obcą kulturę, ale de facto jej uwagę przykuwa co innego: miłość rodząca się między nią a jej towarzyszem i opiekunem, Henrym Cadoganem (James Franco). Kiedy ojciec Gertrude nie zgadza się na ślub, Henry topi się z rozpaczy, a bohaterka staje się „poślubioną pustyni” podróżniczką o nieukojonym sercu. Los jednak ma jeszcze dla niej w zanadrzu przynajmniej jedną niespodziankę – jaką, łatwo się domyśleć, jeśli już rozpoznało się fabularny schemat tej opowieści.

Można byłoby oczywiście uciąć całą rzecz stwierdzeniem, że oto Herzog utkał postać Bell z nieznośnych klisz. Miłośnik jego twórczości – pamiętający niezwykle ciekawe filmy dokumentalne z ostatnich lat, a także formalnie intrygującego „Złego porucznika”, o głęboko ironicznym „Synu, synu, cóżeś ty uczynił” nie wspominając – musi zapytać: dlaczego tak wiele tu tych klisz i czemu one w gruncie rzeczy służą? Po dwukrotnym obejrzeniu „Królowej…” byłabym skłonna stwierdzić, że fabularna miałkość tego filmu rzuca tym mocniejsze światło na jego właściwą bohaterkę. A tą bynajmniej nie jest Bell, lecz otaczająca ją przestrzeń.

Powód drugi: Pustynia

Co najmniej od czasów „Fatamorgany” pustynne pejzaże przykuwają uwagę Herzoga. Nie należy jednak upatrywać w nich szczególnie wielu metaforycznych znaczeń, mimo iż sam reżyser mówił w wywiadach, że w „Królowej…” pełnią one rolę krajobrazu duszy Gertrude Bell. Pustynia najwyraźniej fascynuje reżysera jako jedna z przestrzeni, w których człowiek może być oglądany w ekstremalnych warunkach. Co istotne, w tych nieprzyjaznych lokacjach, gdzie – wydawałoby się – rządzić może tylko natura, rozwijają się i kwitną całe kultury.

Wiele napisano o konwencjonalnych aż po granice kiczu rozwiązaniach zawartych w „Królowej pustyni”, nawet o nadmiernie eksponującej wschodnie akcenty muzyce Klausa Badelta. Z pewnością jednak trudno cokolwiek zarzucić wstrząsająco pięknym ujęciom pustyni zarejestrowanym przez Petera Zeitlingera, od lat będącego etatowym operatorem Herzoga. Kiedy oko kamery kieruje się ku bezkresowi, pokazując czy to piaski, czy sól pod nogami wielbłądów, w filmie Herzoga pojawiają się rzeczywiste momenty wytchnienia – wytchnienia od konwencjonalnej historii, od niepotrzebnie wyrazistej roli Kidman, od potrzeby snucia jakiejkolwiek narracji. Bo historia, którą bez słów opowiada sama pustynia, wydaje się w tym filmie ciekawsza niż ckliwie dzieje panny Bell.

Powód trzeci: ironia mimo wszystko

Spotkałam się z opinią, że „Królowa pustyni” jest filmem całkowicie wyzbytym ironii; że jest to dzieło nakręcone, niestety, całkowicie w tonacji „na serio”. Jeżeli przez ironię rozumieć jedynie zabawne aspekty rozsunięcia sensów eksplicytnych i implikowanych, to rzeczywiście trudno będzie jakąkolwiek ironię tutaj odnaleźć.

Wydaje mi się jednak, że ironia Herzoga zawsze była tą „inną ironią”, nie modną obecnie ironią postmodernistyczną, lecz ironią romantyczną, wszechogarniającą, absorbującą wszystkich i wszystko – nawet reżysera jako instancję twórczą, zakładającą pierwiastek „boskiej powagi”, gotowej wręcz zniszczyć sam utwór. Czyż najbardziej doniosłym gestem, na jaki mógłby się zdobyć romantyczny ironista, nie byłoby stworzenie dzieła, w którym zakwestionowana zostałaby jego autorska legenda? A przecież taki właśnie film Herzog nakręcił: znany z realizacji poświęconych niezwykłym i nietuzinkowo charakteryzowanym mężczyznom, stworzył hollywoodzki melodramat o może i niezwykłej kobiecie, za to ukazanej w zgodzie z wszelkimi możliwymi konwencjami, serwowanymi na dodatek w takiej ilości, że wręcz rozsadzają fabułę od środka. Co więcej: „Królowa pustyni” zdaje się kpić nawet z zamiłowania Herzoga do ukazywania egzotycznych kultur i ich przedstawicieli. Przecież panna Bell, wraz z którą przemierzamy Bliski Wschód, mimo iż darzy Beduinów szacunkiem i sympatią, nie traktuje otaczającej ją Inności w sposób podmiotowy. Owszem, chłonie ją na każdym kroku, być może nawet stara się ją zrozumieć, jednak nie po to, by pozwolić jej funkcjonować wedle własnych prawideł, lecz po to, by przekuć ją w jeden z elementów własnej autonarracji, rodzaj pejzażu, tła swojej wewnętrznej podróży.

Wyśmiany przez krytyków fakt, że w postać dwudziestoparoletniej Bell wciela się aktorka dojrzała, prawie pięćdziesięcioletnia, sam w sobie również posiada ironiczny potencjał, nawet jeżeli Nicole Kidman nie była go w momencie realizacji filmu świadoma. Ironię dostrzegam w zdystansowanej grze Jamesa Franco, nawet nie próbującego udawać, że kreuje postać nieszczęśliwego kochanka, a także w niezwykle swobodnej, za nic sobie mającej tradycję roli Roberta Pattinsona – być może najbarwniejszego punktu całej obsady.

Złośliwą wręcz ironią wydaje się podszyty pomysł opowiedzenia o jednej z najbardziej niezależnych kobiet swoich czasów, istnej emancypantce, jako o dziewczynie, której jedyną i główną ambicją jest znalezienie się w ramionach ukochanego mężczyzny. O czym wreszcie, jeśli nie o ironii, świadczyć może taka oto kompozycja kadru: Gertrude w domu swoich rodziców dowiaduje się o śmierci ukochanego. Kiedy kieruje zapłakane spojrzenie za okno, napotyka iście kiczowaty obraz – sztuczne jezioro, na nim sunące wolno łabędzie, przed nim zaś sarna dostojnie odwracająca wzrok. Herzog, który w swoich filmach cytował najwybitniejszych malarzy, na czele z Casparem Davidem Friedrichem, to twórca o estetycznej wrażliwości, która nie pozwala tego typu rozwiązań uznać za przypadkowe.

Wszystko to czyniłoby z „Królowej pustyni” film, który Herzog nakręcił w zasadzie wbrew sobie lub chociaż wbrew temu, co o nim powszechnie wiadomo. I chyba to intryguje mnie najbardziej. Nawet jeżeli jest to dzieło w gruncie rzeczy złamane, to ciągle absorbujące pozostają pytania: złamane przez kogo? I czy na pewno nieświadomie?
„Królowa pustyni” („Queen of the Desert”). Scenariusz i reżyseria: Werner Herzog. Obsada: Nicole Kidman, James Franco, Damian Lewis, Robert Pattinson. Zdjęcia: Peter Zeitlinger. Gatunek: dramat / film biograficzny. Produkcja: USA / Maroko 2015, 128 min.