Wydanie bieżące

1 maja 9 (297) / 2016

Natalia Gruenpeter,

SUROWE I KRWISTE (BONE TOMAHAWK)

A A A
Zanim na ekranie pojawi się pierwszy kadr filmu, słyszymy brzęczenie much. Trudno chyba o większy kontrast niż ten, jaki istnieje pomiędzy otwarciem „Bone Tomahawk” a początkiem zrealizowanego w tym samym roku poetyckiego westernu „Slow West” Johna Macleana. Co ciekawe – w debiucie brytyjskiego reżysera również dźwięk wyprzedza obraz, ale tam zapowiedź dalszych wydarzeń przyjmuje formę baśniowego Once upon a time…, które wprowadza widza w historię młodego Anglika poszukującego na amerykańskim Zachodzie ukochanej dziewczyny. W „Bone Tomahawk” nie ma narratora, który czystą angielszczyzną zakreśliłby krąg kulturowych odniesień i łagodnie wprowadził odbiorcę w klimat westernowej ballady. Tutaj są muchy, które zapowiadają brud, pot i krew.

S. Craig Zahler, reżyser i scenarzysta filmu, nie zawodzi budowanych od pierwszych dźwięków oczekiwań widza, zwłaszcza tego, który z nutą kinofilskiej satysfakcji wspomina jeszcze lepką od krwi „Propozycję” Johna Hillcoata. „Bone Tomahawk” rozpoczyna się od sceny dokonanego z zimną krwią morderstwa. Jako odbiorcy jesteśmy brutalnie wrzuceni w świat, którym rządzą przemoc i bezprawie. Dwaj przestępcy napadają na grupę mężczyzn, aby ukraść ich dobytek i – jak możemy się domyślać – po prostu ruszyć dalej. Bezceremonialną grabież i obcesowe rozmowy przerywa jednak tętent koni, który zmusza ich do zboczenia z obranej ścieżki. Mężczyźni postanawiają ukryć się w wąwozie, gdzie napotykają na tajemnicze cmentarzysko oznaczone kośćmi i ludzkimi czaszkami. „Jakieś pogańskie dzikusy nie są postrachem dla cywilizowanego człowieka” – mówi jeden z nich i przekracza granicę cmentarnego kręgu. To przekroczenie sprowadzi owych „dzikusów” do spokojnego miasteczka o pięknej nazwie Bright Hope i stanie się punktem zapalnym akcji.

W rolach morderców występują Sid Haig oraz David Arquette, aktorzy o wyrazistym dorobku filmowym. Sid Haig znany jest z filmów exploitation lat 70., w których grał razem z Pam Grier („Foxy Brown”, „Czarna mama, biała mama” czy „Wielki dom lalek”), natomiast jego współczesna kariera nabrała tempa dzięki Quentinowi Tarantino, który zaangażował go (wraz z Pam Grier) do filmu „Jackie Brown” oraz Robowi Zombie, który obsadził go w wiodących rolach w „Domu 1000 trupów” czy „Bękartach diabła”. Davida Arquette znamy z kolei przede wszystkim z filmów serii „Krzyk”, w których grał poczciwego zastępcę szeryfa. Podobny duet aktorski pojawia się w rolach tych, którzy stoją po stronie prawa. Szeryfa miasteczka gra Kurt Russell, ikona kina lat 80. i 90., aktor chętnie angażowany m.in. przez Johna Carpentera. Z kolei w roli męża porwanej przez troglodytów kobiety na ekranie pojawia się Patrick Wilson, kojarzony między innymi ze współczesnymi horrorami (dwa rozdziały „Naznaczonego” czy „Obecność”, która również doczekała się kontynuacji).

Mnogość odniesień wywołana pojawieniem się na ekranie czterech aktorów o tak znaczących filmowych wcieleniach dla widzów jest zwykle istną ucztą, dla twórcy zaś może być pewnym ryzykiem. Nostalgiczny, intertekstualny dobór aktorów odczytywać można jako zakreślenie szerokiego kręgu inspiracji, który obejmuje prawie półwiecze amerykańskiego kina gatunków: od exploitation lat 70., poprzez kino akcji i horrory lat 80. i 90., serię „Krzyk”, której pierwsza część świętuje w tym roku dwudziestolecie (!), aż po współczesne kino grozy. „Bone Tomahawk” nie ugina się jednak pod ciężarem postmodernistycznych cytatów. W lustrzanym podobieństwie aktorskich duetów dostrzec można wręcz chłodną elegancję, która – wbrew makabrycznej i krwawej opowieści – staje się dominantą tej filmowej wędrówki przez wyeksploatowany pejzaż amerykańskiego pogranicza.

„Bone Tomahawk” nieustannie balansuje pomiędzy ekscesem a powściągliwością, czego najlepszym wyrazem jest wspomniany już kontrast pomiędzy „gorącą”, krwistą historią a chłodnym, surowym sposobem, w jaki została opowiedziana. Zahler nie obawia się dłużyzn ani zastojów akcji, rozwija narrację powoli, chciałoby się rzec – z zimną krwią, którą nieczęsto spotyka się u debiutujących reżyserów. Długa ekspozycja prowadzi nas do właściwego motywu filmu – wędrówki czterech mieszkańców Bright Hope do siedziby troglodytów, którzy uprowadzili miejscową lekarkę. W tę niebezpieczną misję wyruszają stojący na straży prawa szeryf, jego wierny zastępca, kowboj, któremu porwano ukochaną żonę i macho z mroczną przeszłością. Oczywiście, jak można się spodziewać, ta charakterologiczna mieszanka okazuje się wybuchowa. Doskonałym chwytem dramaturgicznym są także powściągliwe, ale rozciągnięte w czasie dialogi. Humor wynika tutaj ze śmiertelnej powagi, która powoli buduje bliskość zarówno w grupie mężczyzn, jak i pomiędzy widzami a bohaterami.

Po ustanowieniu takiej relacji z ekranowym światem, wrzuceni jesteśmy w kolejny krąg piekła, który wymyka się racjonalnym uzasadnieniom. Choć akcja od początku zmierza do krwawego finału, przemoc – mimo wszystko – bierze nas z zaskoczenia. O ile bowiem występek pokazany na początku filmu mieści się orbicie psychologicznych motywacji, o tyle zbrodnie ludożerców należą do porządku mitycznego. Ich rzeczywistość jest nieprzenikniona, a scena ćwiartowania ludzkiego ciała, wpisana już do rozmaitych rankingów najbrutalniejszych scen kina współczesnego, pogłębia otchłań tego, co nieludzkie. Troglodyta z filmu Zahlera staje się opisanym przez Williama Arensa antropofagiem przywołującym ideę Innego, wobec którego jakaś grupa może zdefiniować własne człowieczeństwo. Tym bardziej niepokojący wydaje się fakt, że strategia przetrwania będzie wymagać od bohatera częściowego upodobnienia się do członków tego ludożerczego plemienia.
„Bone Tomahawk”.  Scenariusz i reżyseria: S. Craig Zahler. Obsada: Kurt Russell, Patrick Wilson, Richard Jenkins, Matthew Fox i in. Zdjęcia: Benji Bakshi. Gatunek: western / horror. Produkcja: USA 2015, 132 min.