Wydanie bieżące

1 maja 9 (297) / 2016

Magdalena Kempna-Pieniążek,

JEDZ, JEDZ, JEDZ! (CHEW. TOM 4. FLAMBIROWANIE)

A A A
Nic dodać, nic ująć – czwarty tom serii „Chew” posiada wszystkie cechy, które zapewniły trzem poprzednim częściom aplauz krytyków i miłość czytelników: inteligentny, choć miejscami dosadny dowcip, sympatycznych, choć momentami nieznośnych bohaterów, ironię godną braci Coen i soczystą estetykę w przewrotny sposób puentującą tematykę serii nieustannie orbitującą wokół kwestii jedzenia / pożerania najprzedziwniejszych rzeczy: chorych na ptasią grypę kurczaków, owocu galasowiny o unikatowym smaku drobiowego mięsa czy kawałków zwłok w stanie głębokiego rozkładu. W kontekście pozytywnej recepcji serii w istocie trudno byłoby znaleźć komplement, który jeszcze pod adresem Johna Laymana i Roba Guillory’ego nie padł. Dzieje cybopaty Tony’ego Chu, specjalnego agenta FDA (organizacji zwalczającej nielegalny handel kurczakami), nieustannie bawią i intrygują. Być może więc – zamiast powtarzać to, co skądinąd już wiadomo o powodach, dla których naprawdę warto po „Chew” sięgnąć – lepiej zastanowić się nad tym, czemu w istocie służą piętrzące się w tej serii kulinarne metafory. Refleksja ta wydaje się tym bardziej zasadna, że coraz liczniejsze fabularne absurdy wyraźnie wskazują na to, że coś, co początkowo można było odbierać jako (zaledwie?) element fabularnej zgrywy, ciekawego pomysłu na parodię opowieści o agentach FBI, może w istocie posiadać drugie dno.

Czwarty tom nosi tytuł „Flambirowanie”, odsyłający do kulinarnej praktyki polegającej na podpalaniu potraw (w trakcie ich przygotowania lub podawania), a równocześnie w niepokojący sposób korespondujący z sytuacją, w jakiej znalazła się planeta: oto bowiem na niebie pojawiły się nieznanego pochodzenia płomienie, które oplatają cały glob. Czy jest to komunikat obcych z kosmosu? Czy może zapowiedź rychłej apokalipsy? A może – zapytają niektórzy czytelnicy w kontekście tytułu tomu – ktoś rozpoczął proces flambirowania Ziemi w celu jej rychłego spożycia?

Biorąc pod uwagę dotychczasowy bieg wypadków, można dopatrzeć się w kulinarnym aspekcie „Chew” elementu krytyki współczesnej kultury konsumpcjonizmu. Raczej nie jest przypadkiem, że otwierający czwarty tom epizod ukazuje historię pewnego zakątka Stanów Zjednoczonych przez pryzmat funkcjonującego w nim baru szybkiej obsługi serwującego kurczaki. Jednakże ekstremalnym wyrazem panującego wszem i wobec pędu do spożywania (czego popadnie) jest „wjedzący” (tak właśnie należy to słowo zapisywać) Daniel Migdalo. Już zdolności Tony’ego Chu, który uzyskuje szczegółowe informacje na temat każdej rzeczy, jaką zjada, są dość ekscentrycznym (nawet w jego świecie) rysem osobowości, ale Migdalo wydaje się jeszcze dziwniejszy. Mówiąc krótko: im więcej „wjedzący” (czegokolwiek) zje, tym więcej wie (na jakikolwiek zadany temat). Zważywszy na los, jaki go spotyka, motyw ten wypada uznać za wyjątkowo złowieszczą metaforę popkultury, która – jak twierdzi część znawców tematu – staje się coraz bardziej wszystkożerna.

Przerażający przymus konsumpcji skutkuje najróżniejszymi aberracjami: w świecie „Chew” to za jego sprawą szerzy się terroryzm, to on jest odpowiedzialny za akty przemocy wśród młodych, to wreszcie on stoi za wszelkimi potencjalnie morderczymi w skutkach zaburzeniami: w przebłyskach z kilku akcji, w jakich biorą udział Tony i jego partner, oglądamy m.in. „garkuchnię kanibali”, sprzedające „złowrogie ciastka” harcerki będące członkiniami „zabójczej sekty apokalipsy” oraz „szalonych policjantów z kanadyjskiej konnej”, którzy pod wpływem zaprawionego syropu klonowego ścigają bohaterów z tasakami w rękach (niewątpliwie po to, aby ich zjeść). Co więcej, jedzenie – od początku serii prezentowane jako centrum świata ukazanego w „Chew” – stopniowo obrasta kultem, czego skrajnym świadectwem jest Kościół Boskiego Niepokalanego Jajka, do którego prowadzi jeden z tropów śledztwa w sprawie tajemniczych płomieni na niebie.

Clu zabiegu zastosowanego przez twórców – iście genialnego w swej prostocie – polega na tym, że konsumpcjonizm w ich dziele zostaje przebrany po prostu za obsesję na punkcie jedzenia. Innymi słowy: w „Chew” w sposób całkowicie otwarty i bezprecedensowy wydobyty zostaje żarłoczny aspekt współczesnej kultury, w której (prawie) nie ma już miejsca na autentyczną duchowość, a możliwość nabywania i konsumowania dóbr (nie)materialnych powoduje postępujące intelektualne otępienie. Równocześnie nie sposób nie zauważyć, że Layman i Guillory sami są przedstawicielami owej żarłocznej, do bólu konsumenckiej kultury – ich dzieło to przecież przykład rasowego postmodernizmu, wykorzystującego znane klisze i zabawnie ulokowane interteksty. Przed upadkiem w niewiele znaczący pastisz ich komiks ratuje, rzecz jasna, autotematyzm, przejawiający się zwłaszcza w umiejętności gry z narracją (kto nie wie, co mam na myśli, powinien zajrzeć do epizodu związanego z historią Poyo). Czyż zresztą o ironii i samoświadomości twórców nie świadczy już fakt, że w samym centrum serii opowiadającej o wielkich konsekwencjach pozornie niewiele znaczącej obsesji na punkcie jedzenia usytuowali ascetę z konieczności – Tony’ego Chu, który z powodu swoich niezwykłych umiejętności może spożywać jedynie buraki?

Nie jest jednak „Chew” komiksem nazbyt pesymistycznym. Wszak związek Tony’ego z Amelią wciąż kwitnie, a przecież i ten wątek zawiera metaforyczny potencjał: on jest skazany na spożywanie buraków, ona zaś jest genialną saboskryberką, która – opisując smak potraw – potrafi obudzić w czytelniku zmysłowe doznania towarzyszące ich spożywaniu. Mówiąc krótko, Tony doskonale wie, że nie trzeba ciągle konsumować, żeby doświadczyć całej palety smaków: na dobrą sprawę wystarczy do tego ciepło i zrozumienie bliskiej osoby. Nawet jeżeli płonące języki oplatają Ziemię, a gdzieś daleko wampiry (reprezentujące jeszcze inny wariant obsesji na punkcie konsumpcji) snują niejasne, choć zapewne groźne plany.
John Layman, Rob Guillory: „Chew. Tom 4. Flambirowanie” („Chew Volume 4. Flambé”). Tłumaczenie: Robert Lipski. Wydawnictwo Mucha Comics. Warszawa 2016.