Wydanie bieżące

1 maja 9 (297) / 2016

Magdalena Kempna-Pieniążek,

DOBRY INDIANIN TO ZŁY INDIANIN (SKALP. TOM 1)

A A A
Kryminał z akcją osadzoną w indiańskim rezerwacie ma już swoją tradycję – jeśli nie komiksową, to przynajmniej literacką, a zwłaszcza filmową – wystarczy wspomnieć thriller „Na rozkaz serca” (1992) Michaela Apteda czy literacką serię Tony’ego Hillermana o policjantach z plemienia Navajo, przeniesioną na ekran m.in. przez Chrisa Eyre’a, obsadzającego w głównych rolach niekwestionowane ikony filmowej kultury rdzennych Amerykanów: Wesa Studiego i Adama Beacha. W postaci glin z rezu (tak o rezerwacie mawiają jego mieszkańcy) wcielali się też Eric Schweig („Skóry” Chrisa Eyre’a, 2002), niegdysiejszy Uncas z „Ostatniego Mohikanina” (1992) Michaela Manna, oraz reprezentant młodszej generacji indiańskich aktorów Michael Spears („Piętno przodków” Michaela Linna, 2007). Chociaż we wszystkich tych realizacjach rezerwat prezentowany jest jako miejsce-rana, wciąż świadczące o ogromie zła i niesprawiedliwości społecznej drążących rzekomo demokratyczne Stany Zjednoczone, to żadna z nich nie posunęła się tak daleko w demistyfikacji amerykańskiego snu, jak komiksowy „Skalp” Jasona Aarona i R.M. Guéry. I naprawdę nie wiem, kto – w przypadku ewentualnej filmowej adaptacji – mógłby się wcielić w postać tak dla indiańskich narracji niestandardową, jak protagonista tego albumu, Dashiell Zły Koń.

A warto byłoby, aby taka adaptacja powstała. „Skalp” jest bowiem fenomenalnym połączeniem dramatu osadzonego w indiańskim rezerwacie z rasowym neo-noirem, w którym trup ścieli się gęsto, zło pleni się w każdym zaułku i w każdej sypialni, a korupcja i bezprecedensowa walka o władzę stanowią centrum świata zdominowanego przez – nie tak znowu jednoznaczne – czarne charaktery. Plątaniny zależności, niejasnych układów i (nie zawsze stuprocentowo zbrodniczych) intencji nie jest w stanie ogarnąć chyba nikt: ani formalny przywódca plemienia Oglala Lakota, Lincoln Czerwony Kruk, ani ścigający go zaciekle od ponad dwudziestu lat agent federalny Nitz, ani walcząca o prawa swego ludu aktywistka Gina Zły Koń, ani jej syn, Dashiell, wracający po latach do rezu z (wbrew pozorom) bardzo konkretną misją do wykonania. Chociaż bowiem Dash, dzierżący w zaciśniętej pięści nieodłączne nunczako, ma wygląd i maniery wściekłego zabijaki (czy nie informuje o tym zacięty wyraz jego twarzy spoglądającej z okładki?), to w gruncie rzeczy nie jest do końca tym, za kogo się podaje – wciągający go w orbitę swoich wpływów wuj Czerwony Kruk nie wie, że po latach tułaczki i żołnierki Zły Koń został agentem FBI, a jego celem jest znalezienie dowodów zbrodniczej działalności wodza.

Jason Aaron, znany jako twórca wykorzystujący komiksowe medium do ujawniania ciemnych stron Ameryki, bez najmniejszych skrupułów i taryfy ulgowej wyzyskuje w „Skalpie” wszelkie możliwe popkulturowe konwencje i narracje oscylujące wokół indiańskiej tematyki: w rezerwacie Prairie Rose wyrasta więc mające stanowić remedium na gospodarczy kryzys kasyno o nazwie (jakżeby inaczej) „Szalony Koń”, podczas gdy wszędzie wokół panoszą się bieda, alkoholizm i bezrobocie. Są tu i narkotyki, i prostytutki, i wszelkie możliwe patologie, na czele z ciężarnymi dziewczętami zażywającymi crack. Są niemożliwe do spełnienia marzenia o lepszym życiu, manifestujące się tu i ówdzie – na ogół trudne do interpretacji – wizje zsyłane przez duchy przodków, są niezapomniane krzywdy, jest wreszcie wciąż niezrealizowane pragnienie odwetu i mnóstwo wściekłości podszytej rozpaczą.

Nie bez znaczenia wydaje się fakt, że bohaterowie „Skalpu” to głównie Siuksowie – przedstawiciele plemienia najczęściej, obok Apaczów, Czejenów i Navajo, przywoływanego w popkulturze, ze względu na swą długą, morderczą, ostatecznie przegraną walkę z białymi kolonizatorami, naznaczeni traumą masakry pod Wounded Knee, ale także opromienieni chwałą bitwy pod Little Bighorn. W „Skalpie” pojawiają się reminiscencje z lat 70. XX wieku, czyli czasów narodzin American Indian Movement (AIM), kiedy przebudzona etniczna świadomość Indian doprowadziła do serii protestów kierujących uwagę świata na wciąż nierozwiązane konflikty i problemy. Protestów, warto dodać, których jedynym zyskiem (niebagatelnym przecież, ale jednak nie wystarczającym) było ożywienie kultury rdzennych Amerykanów, skutkujące m.in. pojawieniem się wśród do tej pory dominujących narracji o westernowej (czyli zideologizowanej) proweniencji pierwszych indiańskich autoreprezentacji. Niektóre z refleksów przeszłości odsyłają jeszcze dalej – do czasów młodości Czerwonego Kruka, wspominającego chrześcijańskich duchownych próbujących siłą nawracać go na „jedyną słuszną” ścieżkę wiary i cywilizacji. Mówiąc krótko: „Skalp” oferuje przegląd kilku ciemnych rozdziałów z historii Stanów Zjednoczonych, wpisując się w neo-noirowy nurt dekonstrukcji amerykańskich mitów założycielskich.

Wszystko to w zasadzie już znamy – są to wątki, które przewijały się w niezależnych filmach Chrisa Eyre’a, w mainstreamowym „Na rozkaz serca”, a ostatnio także w drugim sezonie serialowego „Fargo” (2015). Co jednak istotne, podobnie jak w ostatniej z przywoływanych realizacji, twórcy „Skalpu” nie przyjmują strategii wiktymizacji, nie rozczulają się nad losem ofiar pchniętych przez nieprzychylne okoliczności ku przemocy. Skłaniają się raczej ku przekonaniu, że w rezie – tak jak wszędzie indziej – można znaleźć tych złych i tych jeszcze gorszych; czasem uda się natknąć na „ostatniego sprawiedliwego”, takiego choćby jak Upadający Na Ziemię – (jedyny?) nieskażony korupcją funkcjonariusz policji – lub Lawrence Belcourt odsiadujący długoletni wyrok za podwójne morderstwo, którego nie popełnił. Ba, na terytorium rezu pojawi się nawet Indianin z wyboru – blondwłosy Diesel, bohater o posturze Thora, któremu jedna szesnasta krwi Kikapów płynąca w jego żyłach wystarczy do zbudowania „rdzennej” tożsamości. „Kim chcesz zostać, jak dorośniesz?” – pyta nauczycielka ze szkoły plemiennej. „Będę twardym walecznym Indianinem” – odpowiada pucułowaty cherubinek, który po latach swoją fascynację Tecumsehem czy Szalonym Koniem przekuje w nieco inną już deklarację: „Chociażbym szedł ciemną doliną śmierci, zła się nie ulęknę, bo jestem największym skurwysynem, jakiego ta zasrana dolina kiedykolwiek widziała”.

Być może najbarwniejszym, najciekawszym elementem „Skalpu” są właśnie postaci takie jak Diesel lub Catcher – „absolwent Oksfordu, stypendysta Rhodesa, kapitan drużyny jeździeckiej, miłośnik Wordswortha, Byrona i innych brytyjskich romantyków” – mieszkańcom rezu znany jak pijak nieustannie gadający ze swoim koniem. Trzeba jednak przyznać, że i bardziej konwencjonalni bohaterowie (Czerwony Kruk – wódz, który stracił wiarę w niegdysiejsze ideały, babka Biedny Niedźwiedź – mądra staruszka czy Carol – seksualnie żarłoczna kobieta najprawdopodobniej fatalna) mają swoje charakterystyczne rysy. Sformułowanie to należy rozumieć dosłownie: na wizualnym poziomie „Skalp” dystansuje się bowiem względem zarówno klasycznych, jak i postklasycznych (przede wszystkim ekranowych) wizerunków Indian. Rdzenni Amerykanie nie są tu prezentowani ani jako zatrważająca półzwierzęca masa znana z dawnych westernów, ani jako szlachetne postaci o pięknych sylwetkach i twarzach w stylu bohaterów „Tańczącego z wilkami” (1990), „Białej squaw” (1997) czy miniserialu „Na Zachód” (2005).

Jak większość neo-noirowych lokacji, Kraj Indian przedstawiony w „Skalpie” stanowi ciemne zwierciadło kultury, w której jest zanurzony. W ekstremalnej wersji, wśród wszechobecnej przemocy i „brudnej” erotyki, Aaron i Guéra mówią o zaprzepaszczonych, a czasem po prostu sprzedanych ideałach, przy czym ostrze ich krytyki jest wymierzone we wszystkich i wszystko: w bezosobowy rząd traktujący rezerwat jak czarną dziurę na mapie, w jego skorumpowanych przedstawicieli, w strażników (tak zwanego) prawa służących partykularnym interesom polityków lub (nie wiadomo co gorsze) własnym destrukcyjnym popędom, w plemiennych przywódców, którzy w imię rzekomego dobra swoich podopiecznych dopuszczają się okrutnych zbrodni, wreszcie w tych, którzy już nawet nie próbują wyjść z impasu i pogrążają się w uzależnieniach od narkotyków, alkoholu, seksu. Czy w tym wszystkim znajdzie się choć odrobina nadziei?

Rysunki Guéry, wykonane mocną kreską, specyficznie strzępiącą się w licznych światłocieniach i zmarszczkach na twarzach postaci, Lee Loughridge i Giulia Brusco pokolorowali iście wojennymi barwami. Czerń, czerwień i najróżniejsze odcienie brązu dominują na większości plansz, przypominając, że – chociaż formalnie przegrani – mieszkańcy rezu ciągle mają pod swoimi stopami wojenną ścieżkę. Ich świat może i wykrwawia się w (często bratobójczej) walce, ale wciąż jeszcze jest żywy. „Indiańskie wojny się skończyły i wy, kurwa, przegraliście” – mówi Zły Koń swojemu wujowi, Czerwonemu Krukowi. „Witamy w świecie rozczarowanych” – odpowiada ze śmiechem wódz. – „Witamy w domu”. Mimo takich deklaracji obaj bohaterowie ciągle o coś zabiegają: Zły Koń, mimo iż tak bardzo chce się zdystansować do swojej indiańskiej tożsamości, nieświadomie powtarza los wielu swoich przodków: jest kolejnym rdzennym Amerykaninem, który, uciekając z rezu, dał się wykorzystać, wplątać w wojnę białych ludzi – tym razem nie na Pacyfiku czy w Wietnamie, lecz w Kosowie – i który niespokojnie szukając swojego miejsca na świecie, trafił z powrotem tam, skąd najbardziej pragnął się wydostać. Z kolei Czerwony Kruk po trupach dąży do wybudowania w rezie kasyna, jednakże za jego działaniami stoi idea znacznie potężniejsza niż pragnienie zysku, nawet jeżeli jest to idea odwetu: „Po setkach lat koniec z okradaniem, hańbieniem i szlachtowaniem nas jak bydło (…) Zaczniemy więc teraz odbierać nasze reparacje, biała Ameryko, po jednej cholernej pięciocentówce, jeśli to będzie konieczne. A gdy już odbierzemy to, co nam się należy, wówczas okaże się, że wszyscy ludzie, których zastrzeliłem, zadźgałem, oskalpowałem, powiesiłem i pochowałem… Że wszyscy ci biedni dranie nie umarli na próżno” – mówi w przejmującym monologu wewnętrznym.

Inaczej niż w większości dotychczasowych filmowych czy literackich realizacji, rez w wydaniu Aarona nie jest na poły senną przestrzenią, gdzie po zakurzonych drogach snują się zdezelowane samochody, niepracujący mężczyźni w sile wieku zapijają się na śmierć, a starsi mamroczą o duchach przodków. Prairie Rose to istny kocioł, tykająca bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć, wulkan źle skanalizowanej energii co jakiś czas wyrzucający z siebie, wśród groźnych pomruków, strumienie gorącej lawy. „Dziś wieczorem koniec z tym” – mówi wódz Czerwony Kruk. „Koniec z życiem w rezie” – wtóruje mu z samego dna rezerwatowej hierarchii małoletni ojciec i sfrustrowany sprzątacz Dino Biedny Niedźwiedź, kolejny z indiańskich młodzieńców reperujących stary wóz po to, by kiedyś – czyli najpewniej nigdy – wcisnąć „gaz na maksa, jak Kowalski w »Znikającym punkcie«” i uciec z rodzinnych stron. Świt następujący po dramatycznej nocy otwarcia kasyna zastaje ich obu w tym samym co zawsze miejscu; w obu bohaterach jednak coś się zmieniło, być może jakieś prawdy przebiły się na powierzchnię ich świadomości – chyba jednak z siłą nie wystarczającą do tego, by przerwać tragiczny bieg wydarzeń, które są już w toku i które z pewnością ujawnią swą skalę w kolejnych tomach „Skalpu”.
Jason Aaron, R.M. Guéra: „Skalp. Tom Pierwszy” („Scalped. The Deluxe Editon Book One”). Tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2016.