Wydanie bieżące

1 maja 9 (297) / 2016

Anna Zagórska,

NIGDY, ZAWSZE, PILCH (JERZY PILCH, EWELINA PIETROWIAK: 'ZAWSZE NIE MA NIGDY')

A A A
Jerzy Pilch – uznany twórca o charakterystycznej prozatorskiej dykcji i wyrobionym nazwisku, otwiera się teraz przed czytelnikiem w sposób niezwykły: intymny, szczery, wprost i w pełni autobiograficzny. Wierni czytelnicy Pilcha odpryski takiej wiedzy o pisarzu posiadają: nie jest tajemnicą, że światom przedstawionym swoich powieści autor „Spisu cudzołożnic” dodaje lokalnego kolorytu, który cieniuje własnymi wspomnieniami, a bohaterów rysuje kreską wyraźnie osadzoną w rzeczywistości pozaliterackiej. Z drugiej strony – pod przykrywką szczerości i biograficznej obfitości – kryje się człowiek, który wie, w jaki sposób strzec własnej prywatności. Jerzy Pilch do mistrzostwa opanował przecież umiejętność mówienia o sobie tak, by powiedzieć wiele, a jednocześnie nie powiedzieć nic.

Najważniejszy jest porządek w układzie z samym sobą” (s. 82)

Wywiad-rzeka „Zawsze nie ma nigdy” odsłania Jerzego Pilcha dotąd nieodsłonionego. Choć autor „Pod Mocnym Aniołem” zwykł przemycać do swojej twórczości postaci i miejsca bliskie nie tylko bohaterom jego powieści, ale także jemu samemu, to prezentowana książka odkrywa Pilcha zdecydowanie mocniej, wyraźniej, a przy tym w atmosferze spokoju, wyważenia, przez pryzmat niemalże wyciszonego (wiekiem, chorobą, życiowym doświadczeniem?) dialogu. Wydaje się, że książka rozwija i pogłębia te tematy, których przedsmak dały czytelnikom bestsellerowe „Dzienniki”.

Rozmowy płyną tu niezwykle naturalnie, w atmosferze bliskości. Nie może to dziwić – Ewelina Pietrowiak, rozmówczyni Pilcha, na czwartej stronie okładki określona została jako „wieloletnia przyjaciółka pisarza” – znajomość tę nietrudno wyczuć. Co ważne jednak: rozmówczyni, pozwalając Pilchowi mówić swobodnie i wiele, nie zapomina o uważnym słuchaniu, co zdecydowanie wyróżnia „Zawsze nie ma nigdy” spośród wielu innych publikacji podobnego typu (ale z drugiej strony: czyż może być coś podobnego, jakieś porównywalne wrażenie, do słuchania opowiadającego Jerzego Pilcha?).

Nikt z mojej rodziny nie wybrał świadomie artystycznej drogi” (s. 107)

Każda z części tej wyjątkowej książki opatrzona jest podtytułem i łączy się nadrzędnym tematem – w jakiś sposób są to więc swoiste „rozmowy kontrolowane”, choć ich tok wydaje się tak naturalny, płynny, niemalże spontaniczny, że czytelnik nie ma wrażenia żadnych ograniczeń, reporterskiego „trzymania się tematu”, sztucznego nakierowywania rozmowy. Szczególną uwagę zwracają te części „Zawsze nie ma nigdy”, które poświęcono dzieciństwu i młodości pisarza, w których Pilch wspomina Wisłę lat 50. i 60. ubiegłego wieku, czasy młodości w Krakowie: szkołę średnią i studia, relacje rodzinne, pierwsze fascynacje, młodzieńcze zachowania.

Kiedy rządziła śmierć, świat wyglądał godniej” (s. 151)

Nie ulega wątpliwości, że wywiad, który czytamy, nie byłby tą samą rozmową, gdyby zabrakło w nim jednego, ze wszech miar wyjątkowego, rozdziału. Mowa oczywiście o rozdziale najbardziej intymnym, osobistym, szczerym: rozmowie o chorobie Jerzego Pilcha.

Nawet mniej uważni obserwatorzy rodzimego życia literackiego zauważali postępujące zmiany w wyglądzie pisarza, w jego aktywności (nie tylko pisarskiej). W pewnym momencie sam Pilch rozwiał (i rozwiązał) krążące tu i ówdzie (nieraz mocno niewybredne) plotki o stanie swojego zdrowia. Powiedział wprost i otwarcie o chorobie, jej skutkach, leczeniu, ograniczeniach, które ze sobą niesie. „Zawsze nie ma nigdy” jest wyważonym dopełnieniem wcześniejszych rozmów (choćby wywiadu przeprowadzonego przez Katarzynę Kubisiowką, opublikowanego na łamach „Tygodnika Powszechnego” pod tytułem „Uporu, życzę uporu”) na temat choroby, z jaką zmaga się pisarz od pewnego czasu. Jest także słowem silniejszym, wyrysowanym mocną, wyrazistą kreską. Nie ma tu miejsca na cieniowanie i niuansowanie. Jerzy Pilch – jak zwykł czynić to w swoich książkach – oczywiście nadal bawi się językiem, wyciąga z niego coraz to bardziej smakowite kąski i konstrukcje, snuje opowieść niczym zawodowy bajarz i urodzony anegdociarz, ale przy tym mówi aż za bardzo serio. Aż zbyt przykro, zbytnio wprost i czytelnie. Pokazuje siebie samego widzianego tym razem od drugiej strony lustra. To już nie pisarz – bon vivant i birbant rozbrajająco szczerze komentujący otaczający go świat i płeć przeciwną (kolejność zapewne mogłaby być także odwrotna). To człowiek stojący za progiem sześćdziesiątych urodzin. Urodzin postrzeganych jednak rytmem raczej przeszłym, dawnym – tym kreślonym wiślackim, dziecięcym wspomnieniem o starcach młodości, którzy (na czym łapiemy się przecież wszyscy) jednak nie byli aż tak starzy, gdy spojrzeć na nich z perspektywy dzisiejszego wieku.

Pilch przemawiający do odbiorcy z kart „Zawsze nie ma nigdy” nieraz jakby sam wchodził w model tej starości widzianej z perspektywy młodości. Sześćdziesięcioletni mężczyzna we współczesnej rzeczywistości nie jawi się wszak jako starzec, a Pilch przemawia, przybierając ten właśnie kostium: nestora doświadczonego trudami życia, patrzącego z perspektywy bogatej w życiowe lekcje koniecznej pokory.

Nie zaczniesz pisać, dopóki nie nauczysz się czytać” (s. 101)

Jerzy Pilch czytelnik – oto kolejne z wcieleń autora „Spisu cudzołożnic”, jakie poznajemy za pośrednictwem uważnej lektury „Zawsze nie ma nigdy”. Kolejne nie-nowe, ale odkrywane na nowo – bo pełniej, dosadniej, szerzej – wcielenie. Bohaterowie czytający (mowa oczywiście o bohaterach poruszających się w optyce autorskiego alter ego) wyróżniają książki Pilcha, moszczą się w jego historiach niemalże na stałe, czują się wśród przywoływanych tytułów jak u siebie w domu. Tym razem opada jednak kurtyna zapośredniczenia, zasłona autorów i czytelników wirtualnych. Mówi się wprost i trafia do celu, także wspominając lektury: ważne, omyłkowe, ulubione. Pilch wspomina: „Ja mnóstwo książek czytałem w dzieciństwie, szczerze mówiąc, miałem takie momenty, kiedy czytałem wszystko, co mi tylko w ręce wpadło, w straszliwym tempie, gwałtownie i nie zwracając uwagi – jak to lektura dziecka – na autora […]; trafiłem na dzieło bez okładki, bez tytułu i bez autora – jak się później okazało, byli to »Chłopi« Władysława Reymonta”. (s. 101)

Lektura tego nieoznaczonego, dla młodego Jurka w pełni anonimowego dzieła, zachwyciła późniejszego autora „Pod Mocnym Aniołem” „zmysłowymi napięciami w licznych wariantach” (s. 102), co pokazuje, że Jerzy Pilch, nawet opowiadając o książkach dzieciństwa, nie opuszcza Jerzego Pilcha znakomitego znawcy i mistrza słowa, wrażliwego na wszelkie niuanse i napięcia polszczyzny, potrafiącego zgrabnie i – zawsze, zawsze! – dowcipnie spointować każde, nawet najbardziej trywialne pytanie. Pilch wspomina także o lekturach bliskich osób, książkach wybieranych przez ojca czy babkę Czyżową (tu pisarz raczy nas anegdotyczną historią o specyficznym doborze lektur starszej kobiety: całe życie miała czytać wyłącznie Biblię oraz… atlas samochodowy). Warto wsłuchać się w te historie, przywoływane ze zwadą i sprawnością wyróżniającą Pilcha-opowiadacza.

zostałem kibicem i już nie dało się tego usunąć” (s. 202)

Cóż dopełni w sposób doskonalszy obraz Jerzego Pilcha niż piłka nożna? O tę oraz inne fascynacje Ewelina Pietrowiak zapytuje w rozdziale o tytule tożsamym z tytułem całej książki. Pilch jak zwykle celnie punktuje pewną ułudę młodości, która – oparta o kruche, może fałszywe fundamenty – popycha nas do aktywności wpływających na całe nasze dalsze życie:„Zostałem kibicem głównie z powodu pasiastych koszulek, wydawało się to czymś zupełnie niespotykanym. Teraz, po fakcie, wiem, że podobne koszulki mieli Włosi […], argentyńskie drużyny piłkarskie. […] Oczywiście dziś pasy mają też inne polskie kluby, prawie identyczne koszulki złoto-czerwone. Są to dwa kluby »królewskie«: Jagiellonia Białystok – jak wiadomo, w Białymstoku istnieje silna tradycja tronu polskiego, i drugi – Korona Kielce – odwieczna stolica polski, siedziba głów koronowanych” (s. 202).

Po raz kolejny nie sposób odmówić Pilchowi celnego (i ciętego) języka. Część poświęcona fascynacji futbolem poszerzona została także o pytania o podróżowanie – tu nieco przewrotne, bo Pietrowiak pyta pisarza o niechęć do wyjazdów. Tę część – jej treści nie warto zdradzać przedwcześnie – trzeba czytać z uwagą, wsłuchując się pilnie w to, co Pilch ma nam – jego czytelnikom – do powiedzenia.

właściwie można by powiedzieć: to nie jest świat dla starych ludzi” (s. 151)

Mimo wesołkowatej, skłonnej do krotochwili i facecji, maniery Pilcha-opowiadacza, przytaczającego liczne anegdoty, przywołującego humorystyczne wspomnienia z mniej i bardziej odległej przeszłości, nie brakuje w tym wywiadzie miejsc ciemnych, jakby zacienionych jakimś metaforycznym szpalerem cyprysów. Mroczniejsza tematyka wciąż spinana i spajana jest czujnym uchem autora, który mówiąc o śmierci, przemijaniu, ulotności, wyłapuje z bezmiaru prostackiej podniosłości słowa cichsze, ale godniejsze uwagi, zapamiętania, utrwalania.

Trzeba w tym miejscu pamiętać, że Pilch, niczym Bronisław Maj, pozorną błahość, ulotność słów przekuwa w spiż. To wszak mistrzowie stwierdzeń, porównań, które – choć nieraz nie dosłownie, lecz jedynie na poziomie ogólniejszego sensu – pamięta się latami, wciąż z tym samym lekkim uśmiechem rysującym się w kąciku ust (ale tylko w jednym kąciku, bo drugi już drga poruszony gorzko-przykrą prawdą, jaka często kryje się za zabawną anegdotą). Tak dzieje się z pomieszczonymi w „Zawsze nie ma nigdy” zabawnymi historiami, wesołymi anegdotami podszytymi ironią i lekką drwiną. Nie inaczej jest jednak także ze słowami, które Pilch wypowiada, gdy zastanawia się nad tematyką eschatologiczną. Za powagą pobrzmiewa tu pewien przyrodzony autorowi „Spisu cudzołożnic” ironiczny dystans do świata. Taki sztubacki uśmieszek przyobleczony dodatkowo w życiowe doświadczenie i iście erudycyjne oczytanie:„Święty Augustyn […] analizował różnoraką problematykę ciał zmartwychwstania. Rozpatrywał na przykład ciekawe zagadnienie, mianowicie, czy kiedyś ktoś z odciętą nogą zmartwychwstanie, to też bez nogi, czy mu odrośnie? Albo blizny – jeśli tak, to jakie? […] Defekować… To jest problem: czy defekacja występuje w raju. Kundera na ten temat w różnych powieściach napomykał” (s. 156).

Trzeba zauważyć, że pod powłoką humoru i ironii głos tego rozdziału zdaje się przede wszystkim wyważony, sumiennie rejestrujący własne odczucia i doświadczenia (zauważamy tu pewną ciągłość z „Dziennikiem”), nieraz cichy, szeptany – ale ciągle warty wysłuchania. Inaczej: tym bardziej godny wysłuchania.
Jerzy Pilch, Ewelina Pietrowiak: „Zawsze nie ma nigdy”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2016.