Wydanie bieżące

15 maja 10 (298) / 2016

Natalia Gruenpeter,

KTO ZAPROSIŁ ZŁO? (CZAROWNICA)

A A A
Choć pokazywana ostatniego dnia krakowskiego festiwalu Netia Off Camera „Czarownica” wciąż czeka na szeroką krajową dystrybucję, komentarze internautów sugerują, że zdołała już zaintrygować polskich widzów. Szkoda, że dystrybutorzy nie zareagowali w porę na to zainteresowanie albo go nie przewidzieli. Jeden z najgłośniejszych filmów ubiegłorocznego festiwalu Sundance toruje sobie drogę na ekrany zbyt wolno, nadwyrężając cierpliwość publiczności skłonnej zrezygnować z kinowego seansu, aby zobaczyć film wcześniej. Tymczasem zaciemniona sala i wielki ekran mogłyby być sprzymierzeńcami widza, który – kierowany entuzjastycznymi recenzjami – chciałby zobaczyć „jeden z najstraszniejszych horrorów minionego roku” albo, jak podpowiadają nagłówki internetowych portali, „film tak straszny, że popierają go sami sataniści”.

Takie sformułowania z pewnością rozbudzają filmowy apetyt, ale czy rzeczywiście dobrze opisują „Czarownicę”? Nie oszukujmy się: czarownice nie należą do współczesnych władczyń wyobraźni i chyba nikogo już nie potrafią na serio wystraszyć. Dawno opisane zostały jako ofiary, nie zaś sprawczynie zła, jako konstrukt społeczny, który na dobre zaistniał w naszej świadomości, jako metafora języka potocznego. O „polowaniu na czarownice” usłyszeć możemy w kontekście antykomunistycznych procesów w powojennej Ameryce czy problemów z lustracją w krajach postkomunistycznych. Sformułowanie to stało się wręcz językowym wytrychem pozwalającym z jednej strony demaskować społeczne mechanizmy wykluczenia i przemocy, z drugiej zaś retorycznie odpierać nawet najsłuszniejsze zarzuty, jeżeli sformułowane są w ostrym, bezkompromisowym tonie.

Film Roberta Eggersa wymaga od nas zawieszenia tej świadomości, odrzucenia całego bagażu skojarzeń, jaki niesie tytułowe słowo. Wsiadamy w filmowy wehikuł, aby znaleźć się w Nowej Anglii 1630 roku. Minęła dekada od momentu przybicia angielskich purytanów do wybrzeży Massachusetts. Lokalna społeczność skazuje na wygnanie rodzinę, która najwyraźniej nie chce podporządkować się regułom wspólnoty. Nie znamy szczegółów tego konfliktu. Wiemy jedynie, że ma on charakter religijny, a ojciec rodziny, unosząc się zarówno własnym rozumieniem wiary, jak i dumą, nie przyznaje się do żadnych błędów. Pobożne małżeństwo wraz z piątką dzieci zakłada dom z dala od osady i od tego momentu zdane jest tylko na siebie: siłę swoich rąk, przytomność umysłów i czystość sumień. Kiedy w dziwnych okolicznościach ginie najmłodsze dziecko, niemowlę, którym opiekowała się najstarsza córka, rusza spirala niepokojących zdarzeń.

Od surowego świata purytańskich osadników dzielą nas cztery wieki. W tym sensie „Czarownica” narzuca widzowi dystans, którego nie sposób pokonać. Nie znajdziemy tutaj zwierciadeł, zdjęć, filmów, elektronicznych niań czy innych znajomych elementów świata przedstawionego, na których nasza wyobraźnia mogłaby rozwiesić sidła lęku. Znajoma pozostaje jedynie struktura rodziny i to w niej poszukiwać będziemy źródeł rozgrywającego się dramatu. Eggers opowiada historię osamotnionej rodziny przez pryzmat dorastającej córki, która znajduje się w niebezpiecznym momencie życia – na skraju seksualnej dojrzałości. Twórca sprawnie podsuwa nam zatem tropy, które mogłyby jakoś wyjaśnić nadchodzącą katastrofę: ukradkowe spojrzenia brata w stronę dekoltu siostry, słabość figury ojca, zazdrość matki o piękną i młodą córkę czy – w końcu – zawieszone nad całą narracją pytanie o demograficzną przyszłość rodziny. Odpryski psychoanalitycznych scenariuszy sprawiają, że każdy staje się podejrzanym, a niepokojące wydarzenia można interpretować jako erupcję tego wszystkiego, co zostało zrepresjonowane przez surową religię.

Co ciekawe, skłonni jesteśmy trzymać się tej wersji nawet wbrew samemu filmowi, który przecież w otwarty sposób pokazuje los zaginionego dziecka. Wprawdzie spowija to, co dzieje się z niemowlęciem ciemnością, ale wyraźnie wskazuje źródło zła. Znajduje się ono za ścianą lasu, który – pamiętajmy – jest dla bohaterów granicą znanego świata. To tam żyją czarownice. Stamtąd przychodzą, aby zniszczyć pobożną rodzinę. Fundamentalnym tematem filmu jest pytanie, czy przychodzą nieproszone, czy może wręcz przeciwnie.

Najpopularniejsze horrory ostatnich lat – na przykład seria „Naznaczony” – podpowiadają, że zło najczęściej czai się gdzieś blisko. Oczywiście, należy do innego wymiaru, ma swoją własną formę istnienia i przychodzi „z zewnątrz”. Ale to „zewnątrz” najczęściej jest już „tutaj”, gotowe podstępnie wykorzystać każdy przedmiot i każdą osobę, aby wywrócić świat na drugą stronę. Bohaterowie wyzwalają je przypadkowo, na przykład poprzez zamieszkanie w nawiedzonym domu czy wyprawę do tajemniczego domku w lesie. Otwierają granice światów, ale robią to nieświadomie. Pozostają niewinni.

Inaczej jest w „Czarownicy”. Bohaterowie filmu żyją w świecie, którego fundamentem jest głęboko przeżywana religijność narzucająca surowe zasady. Regułom tym nie sposób sprostać, dlatego nikt nie jest niewinny. A jeżeli ktoś uważa, że jest niewinny, to czy nie grzeszy pychą? Czy uniesienie, z jakim ojciec rodziny wybrał życie poza społecznością, nie jest równe wywyższeniu się ponad ludzi i przyznaniu sobie praw stwórcy? Być może prawdziwy horror nie zaczyna się od porwania niemowlęcia, ale wcześniej – w niepokojącej scenie pocałunku nowej ziemi, którą wieńczy pochwalne zwrócenie się w stronę lasu.

William Friedkin uparcie twierdzi, że jego „Egzorcysta” nie jest horrorem, ale filmem o tajemnicy wiary. Być może podobnie należałoby spojrzeć na „Czarownicę”. Jej demoniczny finał skłania do tego, żeby spośród dwóch określeń przywołanych na początku – „jednego z najstraszniejszych horrorów minionego roku” i „filmu tak strasznego, że popierają go sami sataniści” – uznać to drugie za bardziej adekwatne.
„Czarownica” („The Witch. A New-England Folktale”). Scenariusz i reżyseria: Robert Eggers. Obsada: Anya Taylor-Joy, Ralph Ineson, Kate Dickie i in. Zdjęcia: Jarin Blaschke. Gatunek: horror. Produkcja: USA / Kanada 2015, 102 min.