Wydanie bieżące

15 maja 10 (298) / 2016

Radosław Pisula,

KONIEC ŚWIATA (KRYZYS NA NIESKOŃCZONYCH ZIEMIACH)

A A A
Uniwersum DC od chwili narodzin w latach 30. rozszerzyło swoje uniwersum do niebotycznych  rozmiarów. Na początku wszystko miało sens: Superman i Batman tłukli gangsterów, Flash biegał za szalonymi naukowcami, a Spectre potępiał nieczyste dusze. Potem było już tylko gorzej. Wraz z nadejściem Srebrnej Ery w drugiej połowie lat 50. spójne uniwersum ewoluowało w multiwersum – prezentowano nowe wersje starych bohaterów, a ci sędziwi zamieszkali na alternatywnych Ziemiach. Ich historie przecinały się na różne sposoby, postaci podróżowały między wymiarami, pojawiły się zastępy kosmitów oraz nowe generacje herosów. W dodatku promowano opowieści osadzone w czasach prehistorycznych, na Dzikim Zachodzie czy w postapokaliptycznych wersjach przyszłości. Po pięciu dekadach DC pękało w szwach od przepychu, choć wciąż brakowało śmiałka, który zapanowałby nad wciąż rozrastającym się komiksowym wszechświatem. I wtedy pojawił się Marv Wolfman, który w kooperacji z George’em Pérezem postanowił zrestartować ten wesoły bałagan.

„Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” to mitologia DC w pigułce i podsumowanie pięćdziesięciu lat historii wydawnictwa. Fabularny punkt wyjścia jest prosty: nad multiwersum zawisło widmo zagłady, której prowodyrem jest niejaki Anty-Monitor – istota napędzana antymaterią, wymazująca z istnienia kolejne emanujące życiem planety, które nakładają się na siebie, powodując apokaliptyczne zmiany. Tajemnicza istota powiązana z Anty-Monitorem rekrutuje grupę bohaterów, mającą za zadanie przeciwdziałać zagładzie, jednak eskalacja konfliktu następuje z szybkością błyskawicy, przez co do morderczej gry z siłami wszechświata zostają zapędzeni WSZYSCY herosi ze stajni DC – bez względu na czas i miejsce akcji ich przygód.

Projekt Wolfmana jest kamieniem milowym w historii komiksu (nie tylko) superbohaterskiego. To pełna miłości do trykociarzy opowieść, która z szacunkiem zamyka pół wieku bogatej historii, ale robi to w niezwykle efektowny (oraz efektywny) sposób. W dodatku nie jest to zwyczajny restart, ponieważ fabuły poprzedzające „Kryzys…” nadal są integralną częścią nowego, jednolitego uniwersum (które polscy czytelnicy znają chociażby z komiksów wydawanych przez TM-Semic), tyle że funkcjonują w zmieniony, oczyszczony ze zbędnego balastu, sposób. Scenarzysta wrzuca do kotła zatrważającą liczbę postaci, ale każda z nich ma tutaj swoje miejsce – najważniejsze odgrywają oczywiście większe role, ale nawet te poboczne występują w mniej lub bardziej znaczących scenach.

Talent Wolfmana w pełni objawia się w sposobie, w jaki autor łączy kilka różnych wątków fabularnych i żongluje grupami bohaterów, czego przykładem jest wątek Aquamana i Atlantydy, powracający co kilkanaście stron na pojedynczych panelach, tworzących jednak spójną mikronarrację. Szczególne wrażenie robi styl, w jakim rozprawiono się z mitologią Supermana – bohater (a raczej bohaterowie, bo postaci z „S” na piersi mamy tutaj kilka) podejmuje dramatyczne decyzje i prowadzi walki, od których drży całe istnienie. Po raz pierwszy też tak znaczące są (nadal łapiące za serce) zgony herosów.

Nie jest to, oczywiście, opowieść idealna. Niedzisiejsza narracja trzyma stery projektu, choć dialogi często brzmią sztucznie, szczególnie, gdy kolejne zastępy bohaterów dokonują nieustannej autoprezentacji. Szczęśliwie zabieg ten nie wpływa na emocjonalny wydźwięk całości oraz na fakt, że mamy do czynienia z esencją superbohaterskiego komiksu – fabułą, jakiej może już nigdy nie doświadczymy.

Elementem, który ostatecznie powinien was przekonać do zakupu tego albumu, są rysunki George’a Péreza – mistrza szczegółu i projektowania szerokich planów, potrafiącego zmieścić na jednym panelu kilkadziesiąt postaci, bez uszczerbku w kwestii jakości prac. Jeśli jakieś wydawnictwo chce zaprezentować czytelnikom iście epickie historie, z miejsca kontaktuje się z Pérezem. Nic dziwnego, że to właśnie on powrócił w kontynuacji „Kryzysu…” („Infinity Crisis”), zrestartowanej serii „Avengers” pod koniec 90. oraz odpowiadał za stronę graficzną monumentalnego spotkania największych herosów świata w „JLA/Avengers”.

Egmont przedstawia polskim czytelnikom wiekowe już wydarzenie, nadal jednak mające siłę przebicia. Może jest to dzieło przegadane, ale nadal niezwykle dynamiczne, z zagrożeniem wychodzącym poza wszelkie skale, gdzie superbohaterowie są naprawdę super – nawet jeśli nie rozpoznajemy dziewięćdziesięciu procent z nich. To wspaniale wydany album (w wersji deluxe, w twardej oprawie i z całą masą dodatków), który powinien znać każdy fan trykociarzy. Niedzielny czytelnik może poczuć się zagubiony, ale jeśli chociaż w minimalnych stopniu trafiają do was przygody ludzi w rajtuzach, którzy gołymi rękami przesuwają planety, to podczas lektury „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach” powinniście się nieźle bawić. A przy okazji poznacie kawał historii, do której przyrównywane są kolejne wielkie crossovery i restarty uniwersów.
Marv Wolfman, George Pérez: „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” („Crisis on Infinite Earths”). Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2016.