Wydanie bieżące

15 maja 10 (298) / 2016

Józef Jaskulski,

ŚMIERĆ Z WODY. O POŻYTKACH CZYTANIA WOLGANGA BAUERA Z SUSAN SONTAG

A A A
Trwa szósta seria „Gry o tron”. Polityki w niej jakby mniej, magii i nagości za to w nadmiarze, choć nie zawsze tak powabnej, jak w poprzednich sezonach – ot, tits and dragons, jak powiedziałby Ian McShane, gdyby nie Mur, pod którym wszystko się zaczyna, lecz rozkręcić się nie umie, choć próbuje już od trzech odcinków. Siedemset stóp wysokości, sto lig długości, a więc dwieście metrów na trzysta kilometrów, jeśli wierzyć przelicznikom w słowniku kościuszkowskim, bo Merriam-Webster wskazuje na byt bardziej labilny, rozciągający się na dwukrotnie dłuższym odcinku.

W zestawieniu ze skalą architektonicznych ambicji Donalda Trumpa to i tak niewiele. I nadal nie tak niewyobrażalne jak smoki. Choćby dlatego, że podobnie do utopii Trumpa, Mur jest budowlą felerną. Wzniesiony z litego lodu, pozostaje strukturą płynną, która nie spełnia swoich podstawowych założeń. W sytuacji kryzysu humanitarnego Dzicy, których Mur odgradza od Siedmiu Królestw, próbują go desperacko sforsować, wreszcie gonieni przez nadciągającą z północy armię Nieumarłych wsiadają do łodzi i najzwyczajniej w świecie Mur opływają. Udaje się to nielicznym, bo przeprawa odbywa się w szaleńczym tempie. Większość ginie podczas przeprawy: część z rąk Nieumarłych, inni w  morzu.

Mur – fizyczny (z wody) i mentalny (z uprzedzeń). Stygmatyzacja jako wyrok – śmierci w ojczyźnie, wegetacji na uchodźstwie. Wzajemny lęk i nieufność, wreszcie wypieranie konfliktu ze świadomości i eksternalizacja odpowiedzialności wobec ofiar. Trudno to wszystko oglądać inaczej niż przez pryzmat kryzysu uchodźczego, czemu dodatkowo sprzyja zbieżność kwietniowych premier kolejnych sezonów serialu z wiosennym wzmożeniem na szlakach migracyjnych do Europy. I codzienne relacje ze statystykami i korespondencją na żywo z coraz bliższych odcinków Muru, bo tak właśnie metaforyzuje Morze Śródziemne Wolfgang Bauer w reportażu „Przez morze. Z Syryjczykami do Europy”, który wydało, chyba nieprzypadkowo właśnie na przedwiośniu, Wydawnictwo Czarne.

„Przez morze…” to kolejna pozycja w sztandarowej serii beskidzkiej oficyny (po „Afrykańskiej odysei” Klausa Brinkbaumera, „Na południe od Lampedusy” Stefano Libertiego, „Ziarnie i krwi” Dariusza Rosiaka czy „Iraku. Piekle w raju” Pawła Smoleńskiego) poświęcona masowym migracjom z Południa na Północ. I choć trudno zgodzić się ze Smoleńskim, który w blurbie do książki Bauera wyraża nadzieję, że przeorientuje ona dominującą w Polsce i zafiksowaną na sobie narrację o uchodźcach, „Przez morze…” warto przeczytać przede wszystkim ze względu na wyróżniającą ten tekst metodologię pracy.

„Przez morze…” jest rzadko dziś spotykanym przykładem reportażu uczestniczącego. To gatunek na wymarciu, bo naraża piszącego na wiele niebezpieczeństw, a do tego niesie ryzyko posądzenia autora o efekciarstwo. Bauer sięga po tę formę z rozmysłem desperata, który kolejny rok przygląda się, jak Europa, mając alibi w postaci amerykańskiej interwencji w Iraku, powstrzymuje się od wkroczenia do Syrii, przykładając tym samym rękę do eskalacji kryzysu na Bliskim Wschodzie. Bauerowski reportaż jest ściśle podporządkowany ekonomii apelu o przyjęcie odpowiedzialności za Innego – bezinteresownej, niewdzięcznej, w duchu mocno levinasowskim. O unijnej polityce imigracyjnej, mechanizmach kontroli granic, outsourcingu obsługi migrantów do państw graniczących ze wspólnotą i zasadach działania rynku przemytniczego czytelnik Bauera dowiaduje się od ludzi bezpośrednio nimi dotkniętych. To, co Liberti w „Na południe od Lampedusy” podpiera masą danych, opracowań i rozmów z unijnymi oficjelami, Bauer opisuje z perspektywy mrówki – wraz z towarzyszącym mu czeskim fotografem Stanislavem Kruparem dołącza do grupy syryjskich uchodźców czekających na przeprawę przez Morze Śródziemne.

Książkę otwiera bieg uchodźców z minibusów do łodzi, które mają ich zabrać do Włoch. Ściśnięci w amorficzną bryłę (jest ciemno, przerzut odbywa się nocą), biegną po omacku, potykając się o własne ciała. To zapewne klisza, ale kiedy Niemiec opisuje gromadę ludzi popędzanych do biegu uderzeniami kija i stekiem przekleństw, opis ten traci neutralność. Rodzi jednoznaczne skojarzenia z historią i mimowolnie wpisuje się w paradygmat biegu-na-śmierć. Niemiecki reportaż uczestniczący jako wynik pracy pamięci zbiorowej, która wyrasta z tradycji nie wieder? Pytanie takie ociera się o nadinterpretację, faktem jest jednak, że to właśnie za Odrą dwadzieścia lat temu znalazły schronienie setki tysięcy uchodźców bałkańskich (o czym Bauer wspomina w epilogu), a w roku ubiegłym – milion Syryjczyków (co w podzielonej Europie niejednokrotnie już Niemcom wypomniano).

Skojarzenia z drugowojennym imaginarium budzi też samo założenie partycypacji w przeprawie oraz towarzyszący mu imperatyw świadectwa. Dwaj reporterzy, bez paszportów i legitymacji prasowych, zapuszczają brody i ruszają do Egiptu, udając migrantów ekonomicznych z Kaukazu. Pokonują trasę, która w wyniku odcięcia Bałkanów lada chwila znowu będzie uczęszczana, stąd, w obliczu unijnej gry w kotka i myszkę, napisany dwa lata temu reportaż pozostaje boleśnie aktualny. Celem jest sprawozdanie z perspektywy uczestnika, autor rezygnuje więc z wyczerpującego opisu na rzecz bezpośredniości przekazu. W swojej relacji widzi, czuje i mówi słowami uchodźców: kupca meblowego z Homs, kelnera z Hamy, dwóch braci z Damaszku, dziewczynki z cukrzycą. I spisuje opowieści o upadłym państwie i konflikcie przedstawianym nagminnie jako część odwiecznego konstruktu. Czytając Bauera, łatwo zrozumieć brak czasu antenowego dla zamachów w Bejrucie, które zgodnie z taką logiką są mu przyrodzone, a także neurotyczny coverage ataków terrorystycznych w Europie, gdzie postrzegane są jako wynik procesu historycznego (któremu z demiurgicznym zapałem staramy się przeciwdziałać). Uchodźcy postrzeganemu w takich kategoriach łatwo odmówić pomocy w imię wyższej konieczności, jaką stanowi końcowe zwycięstwo w walce ze sfetyszyzowanym dyktatorem.

Jako reportaż uczestniczący, tekst Bauera zbliżony jest (z zachowaniem odpowiednich proporcji) do kurierskiego sprawozdania. Archetypowym przykładem tego gatunku jest raport Karskiego, przy czym czytelnik „Przez morze…” staje w sytuacji dużo mniej komfortowej niż sędzia Frankfurter. Ponieważ wojnę w Syrii ogląda na żywo, nie może usprawiedliwiać bierności niewyobrażalnością zasłyszanej relacji. Inna rzecz, czy – jak zauważa Susan Sontag we wznowionym równolegle z tekstem Bauera „Widoku cudzego cierpienia” – codzienny, „teleintymny” kontakt z uchodźcami i migrantami nie spowszedniał do tego stopnia, że postrzegamy go wyłącznie w kategoriach spektaklu, na tyle zresztą irytującego, że z letargu nie wybudza nas (środkowoeuropejczyków, pochłoniętych własną lokalnością) nawet first-hand testimony.

Bauer ma to chyba na uwadze. W „Przez morze…” uderza kontrast między pędzącą na złamanie karku akcją i jej rzeczową rejestracją. Podszycie się pod uchodźcę wynika nie tyle z chęci szokowania, ile z niemożliwości odbycia wyprawy w roli dziennikarza (o niechęci wobec sensacji świadczą również zdjęcia Krupara, w większości statyczne i stonowane). Wybór jest więc po niemiecku pragmatyczny, ale i świadomy, bo Bauer wielokrotnie podkreśla, że mimo chwilowej wspólnoty losu bliskość reportera (uczestnika z wyboru) z uchodźcami (podróżnikami z musu) pozostaje w dużej mierze wyobrażona, a wynikające z niej współczucie czytelnika – ulotne, o ile nie stanowi bodźca do autorefleksji („nasze przywileje są zlokalizowane na tej samej mapie co ich cierpienie”, pisze Sontag). Podczas przeprawy reporterowi zagraża przede wszystkim ujawnienie prawdziwej tożsamości przez przemytników, którzy dla uchodźców są kluczowym ogniwem łańcucha przerzutowego. Dla Syryjczyków gorszym scenariuszem jest zatrzymanie przez straż graniczną, która Bauera i Krupara odstawi na lotnisko, a biedniejszych o kilka tysięcy euro uchodźców zawróci do Egiptu. Uchodźcy żyją poza powszechnie ustalonym systemem znaczeniowym. Ich świat jest światem równoległym; Bauer nazywa go „negatywem rzeczywistości”. Przemyt ludzi porównuje do przemysłu turystycznego na wspak – w obu przypadkach najwięcej czasu zajmuje czekanie: na agenta, autobus, posiłek, zakwaterowanie. Uchodźca za wszystko przepłaca, w dodatku wszędzie traktują go jak jelenia. Gdzieś w tle toczy się prawdziwe życie, do którego nie ma dostępu.

Bauer zwraca uwagę na ulotność kategorii, za pomocą których klasyfikujemy przybyszów. Taksonomia ta jest równie płynna jak sam Mur i zależy od ideologicznych inklinacji czytającego. Czy Amar Obaid – głowa rodziny i do niedawna właściciel sklepu z meblami egzotycznymi w Damaszku – jest nadal uchodźcą? Teoretycznie tak, skoro zostając w Syrii, ryzykuje śmiercią. Wyszehradzki sceptyk uzna go prawdopodobnie za migranta ekonomicznego, w końcu wyjazd do Egiptu zażegnał bezpośrednie niebezpieczeństwo. W dodatku, jak większość płynących przez morze, Amar jest stosunkowo zamożny (biednych zwykle nie stać na ucieczkę). Jego zasobność to płachta na ksenofoba, który w ludziach z łodzi widzi rozpieszczonych backpackerów z telefonami złaknionych mitycznego eurosocjalu. Z kolei narracja brunatna zaszufladkuje Amara jako potencjalnego terrorystę, bo Syryjczyk podróżuje bez paszportu, a żonę i córki zostawił w Aleksandrii (pieniędzy przy dużym szczęściu wystarczy z ledwością na przerzut jednej osoby, a największe szanse na przeprawę i złożenie wniosku o azyl reszty ma mężczyzna). A do tego źle mu z oczu patrzy, bo od dawna bierze Xanax i wygląda bardzo niewyraźnie.

Jeśli dla czytelnika modelowego Amar będzie terrorystą, to przede wszystkim dlatego, że przemocą wdziera się w jego świadomość, a minimalistyczna forma reportażu Bauera efekt ten potęguje. Objętość „Przez morze…” wydaje się nieadekwatnie skromna w stosunku do skali tematu, szczególnie jeśli rozpatrywać ją w szerszym kontekście konfliktów klimatycznych, jak czyni to Harald Welzer (też Niemiec). Jednak to właśnie kompaktowość miniatury, zauważa Sontag w eseju o Walterze Benjaminie (też uchodźcy), czyni z niej formę idealną dla opowieści o tułaczce („jest jednocześnie całością (to znaczy: niczego [jej] nie brakuje) i fragmentem (przedmiocikiem w niewłaściwej skali”).

Skromność na poziomie tekstowym ma swoje odzwierciedlenie w zdjęciach Stanislava Krupara. Jest ich pięć. Nie koloryzują. Nie orientalizują. To głównie zdjęcia portretowe, wolne od voyeuryzmu, który tak często towarzyszy fotografiom przemocy. Nawet fotografia z okładki, przedstawiająca łódź z migrantami na chwilę przed przechwyceniem przez egipską straż przybrzeżną, pozostaje ciemna i nieostra. Kwestia nocnej aury, czy celowy sprzeciw wobec żerowania na emocjach? Parafrazując Sontag, skoro wszystko w nas stwardniało, obumarło, i nic już nie płacze na widok przemocy, być może Krupar doszedł do wniosku, że fotografię warto reglamentować? Ekologia obrazów cierpienia bywa skuteczniejsza niż ich hiperplazja. Daje czas na przyjrzenie się detalom. I rozbrojenie lęku przed Innym, bo ksenofobia to strach przed niuansami.

Zmierzenie się ze szczegółem podważa obiegowe opinie i naraża na zawstydzenie. A lektura Bauera zawstydza dzisiaj bardziej niż na przedwiośniu, ale też coraz bardziej nielicznych. Krytyczna introspekcja, czy też, wedle obowiązującej nowomowy, „pedagogika wstydu”, ustępuje pola samozadowoleniu. I wyparciu, bo najszybszym rozwiązaniem problemu jest  udanie, że go nie ma (ostatnio np. poprzez likwidację Rady do spraw Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i związanej z nimi Nietolerancji). Można też upierać się, że  to problem innych (choćby i samemu dołożyło się cegiełkę do destabilizacji regionu). I do znudzenia powtarzać, że jeśli pomagać, to na miejscu, nawet jeśli „miejsce” istnieje już tylko jako „państwo w ruinie” par excellence. Można być wyspą, która w zetknięciu ze zjawiskiem większym od niej samej postanawia najzwyczajniej w świecie się nim nie zajmować (jak pisze o Lampedusie Liberti). Można unijny program relokacji porównywać do stalinowskich wysiedleń, a ich samych do nowotworu. Albo powrócić do tak zgranych tricków, jak Niemiec w Stahlhelmie w klipie na Święto Flagi, który ten nazi-sznycel niemiłosiernie odgrzewa, na wypadek gdyby ktoś zapomniał, że jeśli obcy, to pewnie chce spalić dom. To nawet zrozumiałe. W końcu swojej namiastki luksusu dorobiliśmy się całkiem niedawno, w dodatku bardzo nierównomiernie, więc tym bardziej boimy się jej utraty. Trzeba jednak pamiętać – tu znowu, po raz ostatni, Sontag („Choroba jako metafora”) – że metafory choroby nigdy nie są niewinne. Że parabole nowotworowe służą uproszczeniom oraz świadczą o paranoi, a obrazowanie za ich pomocą zjawisk jest nawoływaniem do przemocy. I że nawet Jon Snow, który nie wie nic, zna różnicę między Dzikim a Nieumarłym.

LITERATURA:

Sontag S.: „Choroba jako metafora. AIDS i jego metafory”. Przeł. Jarosław Anders. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2016.

Sontag S.: „Widok cudzego cierpienia”. Przeł. Sławomir Magala. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2016.
Wolfgang Bauer: „Przez morze. Z Syryjczykami do Europy”. Przeł. Elżbieta Kalinowska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2016.