Wydanie bieżące

15 maja 10 (298) / 2016

Andrzej Juchniewicz,

CIEŃ NIEWYPOWIEDZIANEGO: BILDUNGSROMAN I ZAGŁADA (STEVE SEM-SANDBERG: 'WYBRAŃCY')

A A A
Przywracanie głosu ofiarom

Steve Sem-Sandberg kolejny raz udowadnia, iż opłaca się literacka konfrontacja z tematem trudnym, kontrowersyjnym i do pewnego stopnia mało znanym. Myśląc o holokaustowych świadectwach, wciąż wymieniamy jednym tchem arystokratyczne grono pisarzy, których twórczość od lat staje się tematem żarliwych debat, publikacji naukowych oraz zasługuje na kolejne wznowienia bądź reedycje: Primo Levi, Tadeusz Borowski, Imre Kertész, Paul Celan, Jean Améry, Elie Wiesel. Mamy więc do czynienia z panteonem twórców, którzy stworzyli model prozy oparty na silnie zindywidualizowanym idiomie, podparty literackimi sukcesami tych dzieł. W końcu ich życie, a raczej epizod biograficzny zasługiwał na podjęcie trudu stworzenia gorzkiej narracji rozliczeniowej, która weszła do kanonu światowego. Męskie narracje znane na całym świecie pozostawiają w cieniu pisarstwo kobiet, które jest nie mniej wartościowe, nie mniej awangardowe i nowatorskie. Mało kto jednym ciągiem wymienia w szeregu wspomnianych pisarzy Charlottę Delbo, Cywię Lubetkin, Wladkę Meed, Krystynę Żywulską, Danutę Brzosko-Mędryk lub Sewerynę Szmaglewską. Ich niedoistnienie w świadomości czytelników oraz historyków literatury pozostaje sporym niedopatrzeniem i zaniedbaniem.

Męskocentryczny punkt widzenia degraduje i detronizuje narracje kobiet, które sygnalizują zupełnie odmienne problemy egzystencjalne w obozowej rzeczywistości. Kobiety szczególnie podkreślają językową opresyjność oraz brak możliwości rozporządzania własnym ciałem, a więc pozbawienie ich możliwości dbania o ciało w okresie menstruacji oraz pomiędzy codziennymi obowiązkami. Silnie akcentowany mit Grety Garbo: twarz kuta w marmurze oraz burza loków w konfrontacji z realnym wizerunkiem, pozbawionym indywidualnych znamion, okazywały się niedosiężnym ideałem, z którym kobiety żegnały się na długie lata. Ich narracje zorientowane są również protencyjnie: zrujnowane ciało – efekt pobytu w obozie, przestaje prawidłowo funkcjonować, rozpada się (podobnie jak kondycja psychiczna właścicielki). Biologiczny uwiąd i szybki proces starzenia stają się rewersem kobiecych narracji. Zerwanie więzów rodzinnych (matka, córka, siostra) i zawiązanej komuny również pozostaje konstytutywnym elementem kobiecej story. Ale najważniejszym (i najczęściej wypieranym, spychanym na margines) aspektem kobiecej egzystencji w obozie pozostaje przemoc seksualna. To jej zaburzona reprezentacja tak często staje się dystynktywną cechą pisarstwa kobiecego. Pamięć o Zagładzie w sferze publicznej zostaje odpowiednio spreparowana i przykrojona: wypieranie, tłumienie i zapomnienie to najczęstsze strategie memorialne rzutowane na męskocentryczny rynek literacki związany z Holokaustem. Kobiety były więc zniewolone podwójnie (a może nawet potrójnie): jako więźniarki, obiekt seksualny oraz podmiot autorski, który w długiej tradycji literackiej nie mógł objawiać się jako płeć żeńska. Rynkiem literackim (krytyka, poezja, literaturoznawstwo) sterowali mężczyźni, którzy narzucili kanon literacki, a za nim memorialny. O Holokauście pamiętamy dzięki męskim, silnym narracjom, w których prym wiodą zawadiaka Imre Kertesza i „swój chłopak” z Czerniakowa Stanisława Grzesiuka. Marginalizacja holokaustowych świadectw dotknęła również narracje dziecięce. Oczywiście mam na myśli narracje rozszczepione temporalnie, w których dorosły człowiek wspomina czas dzieciństwa spędzony za drutami obozu („Dzieciństwo w pasiakach” Bogdana Bartnikowskiego). Każdy kraj posiada bowiem swoją Annę Frank. Diariusze i dzienniki dziecięce to materiał na zupełnie inną opowieść…

Selekcja. Segregacja. Sortowanie. Steinhof

Sem-Sandberg konstruuje przeciw-historię, w której główną rolę odgrywa wszystko to, co tłumione i wyparte ze społecznej pamięci (a więc tortury, molestowanie chłopców, bolesne zabiegi medyczne, codzienne upokorzenia). „Wybrańcy” zachwycają mistrzowsko operowanym przez autora materiałem źródłowym, który nie przytłacza fabuły. Nigdy nie zostaje wydestylowany i eksponowany jako naga informacja encyklopedyczna, dzięki czemu jesteśmy świadkami powstania Bildungsroman w cieniu Zagłady chorych psychicznie. Zdawałoby się, iż podjęcie tak trudnego tematu nastręczy wiele problemów konstrukcyjnych i literackich. Jednak Sandberg wychodzi z opresji obronną ręką! Na naszych oczach dziesięcioletni Adrian Ziegler dorasta, poznaje trudy życia w kolejnych zakładach karnych i wychowawczych, smak miłości oraz doświadcza względnej stabilizacji finansowej i rodzinnej. Przy tak obfitym materiale biograficznym można by wykroić dwie lub trzy poboczne narracje, które z powodzeniem naświetlałyby życiowe wybory Adriana. Pierwszą okazałaby się trudna miłość matki Adriana – Leonie Dobrosch, do Eugena Zieglera, z którym rozwodzi się, by znów do niego powrócić i na powrót go zostawić dzięki interwencji córki, Laury, która w 1955 roku zgłosiła, iż ojciec maltretuje matkę. Skutkiem jej interwencji było ponowne rozbicie rodziny.

Drugą zaś zawiedziona miłość synowska. Sandberg nigdy nie popada w histeryczny ton, opanowuje za to trudną sztukę empatii. Czytając o rozgoryczeniu Adriana, który znajduje w dokumentach adnotację o jednej wizycie matki w Spiegelgrundzie, podczas gdy on uroił sobie, iż wizyt było więcej, można niemal doznać uczucia pustki i odrzucenia, które zostają w czytelniku niemal zaprogramowane dzięki literackiemu intermezzo w postaci tragicznych wypadków, które poprzedzają dramatyczne spostrzeżenie. Otóż Adrian zostaje wraz z bratem Helmutem przygarnięty przez rodzinę zastępczą. Pani Haidinger nie szczędzi Helmutowi czułości ze względu na uroczy wygląd chłopca, który obsypywany jest prezentami. Adrian reprezentuje semicki typ urody (ściśle przylegające do czaszki uszy i głęboko osadzone oczy), przez co w Steinhofie okrzyknięty zostaje mianem Cygana. To właśnie wygląd i uprzedzenia pani Haidinger doprowadzają do osadzenia go w placówce Am Spiegelgrund, do której trafił za kradzież pieniędzy jako jednostka zdegenerowana i aspołeczna. Jego relacje z pensjonariuszami nie układają się pomyślnie: nie ma przyjaciół, jednak zawiązują się między nim a pozostałymi chłopcami antagonizmy, które rozwijają się w osobne wątki (niektórych spotyka wiele lat później), tęskni za bratem, a także obserwuje z pełną świadomością, co dzieje się za murami Spiegelgrundu. Wiedza ta nie wprawia go jednak (pozornie) w stan otępienia bądź depresyjnej rezygnacji. Sandberg opiera się na relacjach (wywiady, rozmowy z autorem, filmy i wystąpienia) Friedricha Zawrela – byłego pensjonariusza wiedeńskiej kliniki, oraz przemowach Rene Chahroura, Herwiga Czecha i Wernera Vogta podczas pochówku odnalezionych szczątków ofiar eutanazji dokonywanych w Spiegelgrundzie, a także prawdopodobnie na dokumentach z procesu Anny Katschenki, czego jednak nie odnotowuje równie skrupulatnie, jak poprzednich źródeł.

Adrian reprezentuje więc osobowość traumatyczną: mimo iż skrupulatnie podkreśla, iż pobyt w Spiegelgrundzie nie wpłynął na niego w sposób szczególny, stwierdza mimochodem: „Zostawiłem to za sobą – zwykle odpowiada teraz znajomym, gdy rozmowa schodzi na Spiegelgrund, choć właściwie nikt mu nie wierzy, bo wciąż o tym mówi, starannie wycina z gazet i zachowuje wszystko, co pisze się o nazistowskich programach eutanazji” (s. 547). Otóż wszystko, co przeżył w placówce i co zarejestrowały jego oczy, pozostaje głęboko pod powieką, doprowadzając do koegzystencji normalnego życia „po Zagładzie” (pomoc zięciowi i córce w prowadzeniu kwiaciarni), wspomnień o siostrach, pensjonariuszach, pobycie w Ybbs oraz krajobrazu portu w Albernie. „Wybrańcy” Sandberga skonstruowani są z niemal liryczną precyzją: w kodzie książki wszystko rozwiązuje się, jednak wielkie uspokojenie nie nadchodzi. Adrian wspomina wuja Ferenca, Jockerla oraz rodziców. Gęsty opis miesza się z długimi partiami narracyjnymi w trzeciej osobie, co nadaje narracji epicki charakter, innym razem zaś w pierwszej, zbliżając ją do monumentalnego reportażu prowadzonego na gorąco przy pomocy interlokutora.

Czas eksterminacji

„Wybrańcy” to opowieść o dorastaniu, zaś ostatnia scena książki to gorzkie rozliczenie z niezabliźnioną przeszłością. Sandberg mistrzowsko wprowadza tropy idylliczne, które eliminują grozę, innym razem fantastyczny, baśniowy świat ustępuje miejsca nieludzkiej rzeczywistości. Pobyt w Spiegelgrundzie pozbawił Adriana dzieciństwa, jednak stał się częścią jego osobowości; dzięki niemu jest tym, kogo dziennie rano widzi w lustrze oraz jednocześnie tym, o kim nieustannie opowiada – dzieckiem z rozbitej rodziny, któremu próbowano za wszelką cenę udowodnić psychiczną niestabilność i degenerację. Ocalenie pamięci o klinice to część doświadczenia, które go ukształtowało i nadało jego życiu meandryczny bieg, pełen zwrotów akcji, kolejnych pobytów w zakładach karnych, rozłąkę z żoną i córką. Czytamy więc historię rozgoryczonego człowieka, którego niekompetentni rodzice (lekarze w Steinhofie nieustannie podkreślają patologiczne skłonności matki i pijaństwo ojca jako efekt jego upośledzenia) zmarnowali przyszłość.

Trzecią odnogę narracji stanowią oczywiście losy załogi Steinhofu. To jedna z najciekawiej rozplanowanych i wykonanych pod względem literackim opowieści. Mieszanka grozy (sowiecka okupacja i bunt podopiecznych, którzy skatowawszy Katschenkę, zamykają ją w kantorku, scena gwałtu na siostrze Marcie, ból upośledzonego Pelikana po interwencji żołnierzy) oraz romansu (tragiczna w skutkach miłość Katschenki do Erwina Jekeliusa, który wdrożył ją w tajniki programu eutanazji) skutkują stworzeniem przez Sandberga ludzi z krwi i kości, którzy kochają mocno, intensywnie, przekraczają wszelkie granice: nawet za cenę złamania prawa nienawidzą, gardzą i pożądają. Nie mamy do czynienia z papierowymi biogramami załogi kliniki. To ludzie oddani idei woli (jak Jekelius, Illing, Gross), miłości (Katschenka), nienawiści (Anna Wödl) lub pogardzie (Hedwig Blei), których losy można czytać jak dzieje dobrze skonstruowanych postaci fikcyjnych, w czym należy upatrywać mistrzowską rękę i takt Sandberga, który nie tworzy kroniki ludzi z żelaza, lecz pełnokrwistych bohaterów antycznej tragedii. Każda podjęta decyzja niesie samozagładę; wybory i cele załogi pozostają różne – mimo wspólnej misji, którą jest… no właśnie, eutanazja czy opieka? To kolejny świetny zabieg Sandberga! Nie feruje wyroków, nie oskarża, drażni opinię publiczną, ale konstruuje szpital na obrzeżach świadomości mieszkańców Wiednia, w którym życie płynie spokojnie między „cichą godziną”, kolejnymi obchodami, aplikacjami leków o silnym stężeniu a międzyludzkimi utarczkami i uszczypliwościami: „Zresztą – mówiła Blei – to naprawdę frapujące, jak niewiele było w tym dramatyzmu, również, a może przede wszystkim, w samym uśmiercaniu i umieraniu” (s. 162). Z drugiej strony widzimy Katschenkę, jak „[…] śpiewa małej dziewczynce, która znikąd nie mogła doczekać się pocieszenia. Śpiewała te same piosenki, co kiedyś w klinice chorób zakaźnych profesora Knöpfelmachera: dziecięce rymowanki” (s. 88). Takich dysonansowych obrazów znajdziemy dziesiątki; z jednej strony czułość i wynajdywanie sobie pupilów i szczególna troska o ich byt, z drugiej zaś: „gorzki fetor przemieszanych z lekami odchodów” (s. 89), krępowanie kończyn dzieci: „Wiele dzieci unieruchamiano, żeby nie zrobiły sobie krzywdy albo nie jadły własnych odchodów. Część z nich tak długo leżała w pasach, że wokół przegubów powstały duże rany, które sączyły się i ropiały” (s. 163) oraz widmo bycia wybranym do zabiegu pneumoencefalografii. Kobiety pracujące w Steinhofie rekrutowane są z placówek psychiatrycznych i wśród salowych, ich wiedza jest więc niewspółmierna. Niektóre jawią się jako patologiczni oprawcy, którzy biją, krępują, znęcają się psychicznie nad dziećmi moczącymi się w łóżka (delikwent musiał wytrzymać smaganie zimną wodą oraz wielogodzinne schnięcie obłożony mokrymi ręcznikami w przeciągu), inne – jak Katschenka – wykonują swoją pracę rzetelnie i sumiennie. Sandberg dba więc o różnorodność charakterologiczną cechującą ludzi pracujących w takich miejscach, a także próbuje ujawnić znany w prozie holokaustowej problem współwiny i „gorliwości katów” (termin Daniela Goldhagena) na przykładzie losów Katschenki, najsłynniejszej obok Heinricha Grossa i Marianne Türk przełożonej Spiegelgrundu, która została skazana w 1948 roku na osiem lat więzienia oraz trzy miesiące ciężkich robót co roku. Proces Illinga, Türk i Hübsch okazał się teatralną inscenizacją kalekiego i nadgorliwego prawa, które kara bez rozmysłu i porządnego postępowania przygotowawczego wszystkich podejrzanych o współudział w zbrodni (to właśnie na jednym z posiedzeń Katschenka ze świadka koronnego staje się zbrodniarką). Motywacja Katschenki nie odbiega od zeznań członków Einsatzgruppen lub SS-manów: „Co by było, gdyby utrzymała swoje pierwsze zeznania, nie zmieniła ich, chociaż Illing i Türk przyznali się oboje, lecz jednocześnie umyli ręce, twierdząc, jak Marianne Türk, że tylko wykonywali polecenia innych. To w Berlinie podejmowano decyzję o rozpoczęciu albo zaniechaniu leczenia, nie w klinice Spiegelgrund. Spełniałam tylko swój obowiązek [podkr. S. S.-S.]. […] Z czego miałaby się utrzymać jej rodzina? Była pomocnym ramieniem dla ojca i mapą świata dla matki” (s. 514).

Poznając stopniowo życie, młodość i zaangażowanie Katschenki, przestajemy klasyfikować ją jako zbrodniarkę; to ofiara systemu, zakochana w Jekeliusie i oddana nie Hitlerowi, lecz misji utrzymania Spiegelgrundu w ryzach i względnym porządku. Wszystkie jej zalecenia i profesjonalizm sprowadzały się do opieki nad dziećmi. Katschenka zdaje się poruszać między dwoma światami: zakładem opiekuńczym dla chorych psychicznie i obozem zagłady, gdzie reguły są jasne i nie podlegają dyskusji: Hedwig Blei „wie, jak traktują tam dzieci, jak niedelikatnie pielęgniarki obchodzą się z nimi podczas rozbierania, a nawet jeśli któreś ma tak wysoka gorączkę, że ledwie może usiedzieć, i tak zmuszane jest do przyjęcia tej samej, sprawiającej ból pozycji: nie siedzi, nawet nie na wpół siedzi, lecz tkwi wyciągnięte do przodu, z pochylonymi plecami, unieruchomione, w którym to położeniu mięśnie ani przez chwilę nie są w stanie się rozluźnić; potem wykonuje się nakłucie długa igłą, wprowadzaną między kręgi w dolnej części odcinka lędźwiowego, a następnie powoli pobiera płyn mózgowo-rdzeniowy. […] I oto wszystkie organy w ciele są nagie, niczym małe twarde kamyki ocierające się o siebie; powietrze wpompowane w kanał kręgowy wędruje w górę, do mózgu, pozbawionego swojej płynnej ochrony, a światło staje się białe, jakby ktoś wytrawił świat z rzeczywistości” (s. 183). Ten przydługi cytat ujawnia mistrzostwo Sandberga w balansowaniu na granicy voyeryzmu i patologicznej celebracji biodetali: opisany zabieg encefalografii Nausedasa kończy się śmiercią chłopca i wpisaniem w karcie pacjenta jako przyczynę zgonu zapalenie płuc. To częste posunięcie personelu. Pozostałe po zmarłych karty świadczą o zupełnie innych dolegliwościach spowodowanych przez dozowanie zbyt dużych dawek luminalu.

W takich właśnie fragmentach Sandberg przypomina o losie ofiar: niemych, upośledzonych, często bezimiennych, które zostały w sposób bestialski zamordowane w celach naukowych, bo wedle eugeniki nie mogły egzystować w nazistowskim społeczeństwie. I choć słowa o „morderstwie z zimną krwią” mogą brzmieć patetycznie, skala, w jakiej zakrojona była akcja T4 i ilość ofiar skłaniają dziś Niemców i inne nacje do zbadania problemu (nie)pamięci o pensjonariuszach Spiegelgrundu i innych ośrodków, których lokalizacja i zmowa milczenia zapewniały powodzenie przeprowadzanej czystce. Sandberg opowiada historię dzieci, o które dopominali się rodzice (wstrząsająca relacja z procesu Illinga Anny Wölf,), a następnie świat. „Wybrańcy” to doskonale skomponowana panorama losów ludzi urodzonych na początku XX wieku, którzy wychowani w obowiązku poszanowania ludzkiego życia, stają przed wyborem wstąpienia w szeregi zbrodniczej machiny Zagłady (do czego skłaniają ukończone z wyróżnieniem studia medyczne) lub głodowania i pracy z dala od wyuczonego zawodu. Wybór wydaje się prosty, zaś jego konsekwencje będą dla Niemców (jako narodu i pojedynczych obywateli) brzemieniem nie do udźwignięcia.

Triumf (nie)pamięci

Sandberg, przywracając głos ofiarom, nie apologizuje systemu sprawiedliwości: Gross umiera nie ponosząc konsekwencji, nie o szaleństwo rozliczeń trybunału sądowego tu idzie, lecz o rozliczanie (nie)pamięci, wszak miejsc podobnych do klinki Am Spiegelgrund istniało znacznie więcej, zaś status ofiar pozostawał całkiem inny niż więźniów obozów zagłady; uśmiercano w tajemnicy bezbronne dzieci, a więc kwestionowano ich wyjątkowość i prawo do życia. Historia opowiedziana przez Sandberga lokuje się w bliskim sąsiedztwie „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa i „Świeżych wiśni” Anny Baumgart: duszna atmosfera dramatu nie potrzebuje dodatkowej oprawy w postaci pieniaczy i oskarżycieli. Sprawcy i ofiary już nie żyją (Zawrel umiera 20 lutego 2005, Gross 15 grudnia tegoż roku). Książka Sandberga wzbudza kontrowersje za sprawą niedomkniętej denazyfikacji, lecz wskazuje celnie, iż istnieją miejsca (podobnie jak dzieci w czasie rozkwitu III Rzeszy) niechciane, wyparte, na które został nałożony interdykt odtajnienia. Warto więc tę pieczęć milczenia złamać. Sandberg właśnie pozwolił niekochanym dzieciom przemówić. Tylko od nas zależy, czy będziemy chcieli tej (zapośredniczonej) historii wysłuchać.
Steve Sem-Sandberg: „Wybrańcy”. Przeł. Paulina Rosińska. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2015.