Wydanie bieżące

15 maja 10 (298) / 2016

Michał Paweł Urbaniak,

ROZMOWY I MILCZENIA (GRZEGORZ UZDAŃSKI: 'WAKACJE')

A A A
Marta – jedna z bohaterek debiutanckiej powieści Grzegorza Uzdańskiego – tak ocenia książkę, którą zamierzała przeczytać w trakcie wakacyjnego wyjazdu: „Na pewno niezła grafomania, ile tych książek ci wszyscy ludzie napisali, pomnik trwalszy od spiżu, ten tutaj niekoniecznie, (…) powieść obejmuje czasy przedwojenne, wojenne i powojenne, ukazując je przez historię pary zwyczajnych ludzi, no pięknie, nie chce mi się tego, a jak znowu będzie o gwałtach, albo jakichś innych okropieństwach”. Pomijając tę subiektywną ocenę, można stwierdzić, że „Wakacje” pod względem fabularnym mogłyby być jedną z właśnie takich książek – o odkrywaniu korzeni, dziedziczeniu i określaniu tożsamości w czasach trudnych wyborów, jakie narzuciła ludziom Wielka Historia w XX wieku. Takich pozycji – zarówno reprezentujących literaturę polską jak i powszechną – obecnie nie brakuje na rynku.

Fabuła „Wakacji” zamyka się w ramach tygodniowego wyjazdu Marty i jej dwudziestosześcioletniej córki Justyny. Udają się one na Kujawy, gdzie kiedyś żyła matka Marty – Polka niemieckiego pochodzenia, ewangeliczka. Przez lata konsekwentnie milczała na temat swojej przeszłości i wszystkie tajemnice zabrała do grobu. Córka i wnuczka mogą się tylko domyślać, jakie dramaty stały się jej udziałem. Jednocześnie mają świadomość, że w snuciu wyobrażeń istnieje pułapka przekłamania prawdy. Czy – jak można by się spodziewać – wyprawa w rodzinne strony pozwoli im lepiej zrozumieć zmarłą babkę, jej decyzje i milczenie? Otóż nie. Bohaterki, prowadząc niemrawe śledztwo, znajdują niewiele śladów z dawnych czasów (cmentarz został zniszczony, ocalało tylko kilka płyt nagrobnych, a kościół ewangelicki przerobiono na sklep spożywczy).

Wydaje się, że „Wakacje” to nie tyle powieść o odkrywaniu zamierzchłej historii rodzinnej, a o trudnych relacjach między matką a córką. Co jest źródłem konfliktu Marty i Justyny? Na ile ma on związek z postacią zmarłej babki? Trudno wyrokować. I w tym przypadku (podobnie jak w wątku dotyczącym losów babki) czytelnik nie otrzymuje przekonujących przesłanek, które pozwoliłyby na wyciągnięcie niepodważalnych wniosków. Uzdański, portretując swoje bohaterki, wnika głęboko w ich psychikę i emocje (boleśnie szczere monologi wewnętrzne), a zarazem wiele pozostawia w sferze domysłów i aluzji (samotne życie Marty, jej potrzeba odnalezienia swojego miejsca w świecie i dziejach przodków, zawód miłosny, jakiego doznała Justyna).

Marta jawi się jako osoba poukładana i dojrzała (jej monologi nie są tak rozedrgane i utrzymane w histerycznym tonie, jak te przypisane Justynie). Jednak w gruncie rzeczy pozostaje rozgoryczona i wiecznie niespełniona, a także samotna. Ma w sobie sporo pretensji do świata, kipi wewnętrzną złością starannie maskowaną bezpiecznymi, gładkimi słowami. Jest w niej też sporo nieprzepracowanego żalu. Dawniej nie była w stanie zbudować solidnej więzi z matką (zapewne nie ze swojej winy), a teraz nie potrafi porozumieć się z córką. Choć kocha Justynę i troszczy się o nią na swój sposób, to jednocześnie nie przestaje jej krytykować.

Z kolei Justyna – inteligentna, nowoczesna młoda kobieta – toczy nieustanną walkę z samą sobą oraz wyniesionymi z dzieciństwa fobiami i obsesjami. To przede wszystkim religia stała się dla niej źródłem opresji. Rozdział poświęcony dzieciństwu bohaterki przedstawia przejmujący obraz wszechogarniających lęków, które nie pozwalają na konstruktywne wyrażanie złości i – w rezultacie – prawidłowe funkcjonowanie. Oto wymowny fragment (strumień świadomości Justyny został zapisany kursywą): „muszę ciągle uważać na myśli. Kiedy jestem zła na mamę albo babcię, coś może im się stać. Bo moje myśli są wtedy złe, a myśli mogą być modlitwą. A jak Bóg posłucha akurat tej? I łup – na przykład wypadek samochodowy. Dlatego muszę szybko prosić, żeby jednak nic złego im się nie stało, żeby były szczęśliwe. Ale wtedy to może mieć swoją cenę. Na przykład nigdy nie zostanę sławna. Dlatego cofam prośbę. Ale wtedy boję się, że coś im się stanie. Dlatego przywracam. Ale wtedy boję się, że nie będę sławna. Więc cofam”. Również dorosła Justyna nauczyła się oswajać rzeczywistość w ten sposób. Kieruje do Boga ciągłe prośby, gotowa ponieść kolejne ofiary. Stara się zapewnić sobie i matce bezpieczeństwo, targując się ze światem – nazywa te zabiegi „wróżeniem” (jest to dziecinne i naiwne, ale prawdopodobne psychologicznie zachowanie). Nagromadzona i niewyrażona złość sprawia, że Justyna emanuje niezadowoleniem, przyjmuje buntowniczą postawę, która – paradoksalnie – jeszcze bardziej pogrąża ją w poczuciu winy. Dobrze to pokazują monologi wewnętrzne po kłótniach z Martą. Wulgaryzmy mieszają się tu ze słowami modlitwy: „Przepraszam. Żeby nic się jej nie stało. Żadnych słodyczy do końca wyjazdu. Jeśli nic się jej nie stanie. Żadnych. Kurwa, to przez nią nie przepraszam przepraszam. Do końca wyjazdu od teraz. A jak mi zaproponuje, ona albo ktoś? To wtedy tak, ale poza tym nie. (…) Żeby jej się nic nie stało. Amen. To przez nią niech spierdala przepraszam przepraszamprzepraszam. Nie chciałam” [we wszystkich cytatach ortografia i interpunkcja oryginalna - przyp. M. P. U.].

Marta i Justyna z racji wyjazdu są skazane na siebie, a napięcie między nimi wciąż narasta. Widać to zwłaszcza w ich rozmowach. Trzeba zaznaczyć, że Grzegorz Uzdański zdecydował się na niecodzienną formę. Zbudował swoją debiutancką powieść przede wszystkim z pozbawionych atrybucji dialogów (uzupełnionych strumieniami świadomości i cytatami literackimi). Nie są to jednakże ukształtowane dialogi, jakie zazwyczaj spotykamy w literaturze. Bliżej im do rozmów, które odbywają się w rzeczywistości. Wypowiedzi Marty i Justyny, nieskładne, przerywane, zazwyczaj po prostu zbędne, dotyczą kwestii zupełnie błahych – na przykład kanapek zostawionych przed podróżą w domu („- Nie, cały czas myślę o tych kanapkach, jak ja je, no i nie spałam, oczy zamknęłam tylko”), zjedzonej w wagonie Warsu włoskiej piady („- Ciekawa ta piada nawet. Trochę taka bez smaku. Tam dalej już zimn”), pociągowych toalet („- Idź raczej na lewo, ta po prawej jest straszna”), prowiantu („- Można majonez dziś kupić. Mały słoik. Nie chciałam wcześniej, myślałam, że nie trzeba. Ale można. Nie kupiłam, bo myślałam, że w domu mam otwarty, a teraz w te parę dni nie zużyjemy, to pomyślałam, że nie ma po co dlatego. Ale można kupić”, „- Taki typ goudy, jaki lubię. Ty może wolisz taki bardziej jak ementaler”), nowopoznanych sąsiadów z gospodarstwa agroturystycznego („Tacy sobie. Dzień dobry powiedzieli, ale nie za miło”), pogody („Bo jakby nie ten upał, to ładnie tu”), bankomatów („Przepraszamy panią, czy jest tu gdzieś bankomat blisko może jakiś?”), rozmów telefonicznych nieistotnych dla fabuły („Wiesz, kto do mnie zadzwonił? […] Bykowska. […] No ja też się zdziwiłam, no bo ja, wiesz, jak mnie ona przecież, a ona mówi, że pomyliła numery i nie to wcisnęła, bo te komórki, ona […] no i życzę ci, mówi, miłych wakacji, jakby się nic nie stało zupełnie, i hmm”), czy wygonienia muchy, która dostała się do pokoju („Jak tu zgaszę, a w korytarzu zapalę, to może wyleci”). Często poruszenie danego tematu poprzedzają swoiste „podchody”, w których uprzejmość zaprawiona jest jadem („- Chciałabym cię o coś spytać, ale nie wiem, czy się nie zdenerwujesz. […] O, już się denerwujesz. To może nie spytam, bo naprawdę nie chcę jakiejś awantury jeszcze jednej dzisiaj. […] Naprawdę nie chcę znowu się denerwować. Już sama nie wiem, czy cię czymś nie zdenerwuję”). Takie nagromadzenie rozmów prowadzących donikąd może razić i męczyć, ale niewątpliwie przydaje „Wakacjom” charakteru i autentyzmu. Płytkim słowotokiem Marta i Justyna chcą „zagadać” pustkę, a uprzedzającą grzecznością (z ciągle powtarzającym się uporczywym „przepraszam”, które, wyświechtane, traci na wartości) zniwelować narastające napięcie. A jednak ostrożny dobór słów i tematów nie poprawia ich relacji – matka i córka balansują ciągle między rozmową a milczeniem, między miłością i niechęcią, między współzależnością i potrzebą autonomii, między asekuracją a manipulacją, między agresją a poczuciem winy.

„Wakacje” to nietuzinkowy i bardzo obiecujący debiut. Grzegorz Uzdański fantastycznie potrafi się bawić literaturą – świadomie igra z przyzwyczajeniami czytelniczymi, mnoży zbędne, ciągnące się przez kolejne strony rozmowy, nie dba o zwroty akcji. I być może przede wszystkim chodzi tu o pisarską zabawę. A jednak „Wakacje” to nie jest efekciarski literacki eksperyment. To także powieść psychologiczna traktująca o zagubieniu w codziennej komunikacji między ludźmi, którzy są sobie bliscy i obcy zarazem. Marta i Justyna uciekają się do pustych, ale przez to pozornie bezpiecznych słów, nie potrafiąc wypowiedzieć tych, które mogłyby doprowadzić do autentycznego porozumienia.
Grzegorz Uzdański: „Wakacje”. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016 [seria: ...archipelagi...].