Wydanie bieżące

15 maja 10 (298) / 2016

Luiza Stachura,

SZTUCZNE RAJE (AGNIESZKA WOLNY-HAMKAŁO: '41 UTONIĘĆ')

A A A
W czasach pustki, zwątpienia i rezygnacji jedni ludzie biernie poddają się przypływom i odpływom roztrzaskanych idei, bezcelowo włóczą się po ulicach miasta, by zatopić imitację Weltschmerzu, inni zawzięcie walczą o każdy kawałek swojej przestrzeni w rzeczywistości… wirtualnej. Wszystkie metody są dozwolone, by przezwyciężyć lęk i samotność. Decydują się zatem na podróż przez religie świata odpowiednio zmodyfikowane i dopasowane do potrzeb współczesnego człowieka, próbują publicznej konfesji, egoistycznego rytualnego ekshibicjonizmu, roznegliżowania i obnażania ciała, alkoholowych eskapad, szukają narkotycznych wizji, dusznych oparów środków psychoaktywnych – sztucznych rajów warunkujących odmienne stany psychiczne i małą śmierć. Dominującą martwotę, poczucie upadku i krańcowości usiłują oswoić za pomocą wątłego śladu czegoś albo kogoś odrobinę żywego. Drugi człowiek, który pomógłby w wyzwoleniu z odrętwienia i ze śmiertelnego splotu, traktowany jest jednak jak przedmiot. Reifikowany, sprowadzony do ciała zaspokajającego atawistyczne pragnienia, człowiek nie potrafi zbudować głębokiej więzi, związku z kolejną osobą – nieustannie buduje dystans, odgradza się, wyznacza granice swojego królestwa w obawie przed zaangażowaniem. Wybiera puste milczenie albo bełkot zamiast dialogu. Codziennie „oglądamy rzeczywistość, w której słowa zostały skompromitowane, odkleiły się od znaczeń”, a życie jest dziurawe – nie można go niczym suplementować. Przedawkowana rzeczywistość sprowadza obłęd.

W dodatku to upalne lato. W falującym powietrzu rzeczywistość odsłania niedostrzegalne na co dzień wymiary. Miasto przesycone jest nowoorleańskim, rozerotyzowanym i gryzącym drogi oddechowe klimatem, umożliwiającym funkcjonowanie wyłącznie nocą, w świetle knajp czy w blasku świec podczas szybkiego seksu bez zobowiązań. Brakuje tylko jazzowych dźwięków, by dopełnić nieco oniryczny, nierealny obrazek i doprowadzić do szaleństwa. Taka sama gęsta atmosfera lata towarzyszy wspomnieniom z dzieciństwa malarki Ady Wasilewskiej, bohaterki powieści „41 utonięć” pisarki i poetki Agnieszki Wolny-Hamkało. Ada zbliża się do czterdziestych urodzin. Jest bezrobotna, niedawno rozstała się z mężem, Tomaszem. Pozostaje jej zatapianie w alkoholu kolejnych dni i nocy, dryfowanie po wirtualnym świecie w Virtual Party, bezmyślne przyglądanie się ulicznym, nieco obłąkanym happeningom (jak choćby Noc Konfesjonałów) i zgubna erotyczna, acz (nie)przelotna znajomość z Jackiem – tym, który wyzwala w niej mroczniejszą stronę osobowości. Niespodziewanie koleżanka aranżuje spotkanie Ady z reżyserem Krzysztofem Kluszczyńskim, który proponuje kobiecie pracę scenografki w swoim najnowszym pomyśle-projekcie teatralnym, czyli w trochę „egzystencjalnym porno”, a trochę „futurystycznej postpunkowej operze”. Ada otrzymuje zatem wejściówkę za kulisy – będzie mogła podglądać bezwstydnie teatralne podziemia, korytarze i nie-miejsca, a przede wszystkim zajrzeć do świata odtwórców ról, prestidigitatorów.

„Teatr to dziwne miejsce”, jeśli rozpatrywać go z dwóch równoległych, paralelnych perspektyw: jako labirynt pomieszczeń (czyli nie tylko scena, ale również kulisy, magazyny) oraz jako ludzi. Obie płaszczyzny łączy wrażenie nierealności, ulotności i złudy. Porzucone w nieładzie rekwizyty, kostiumy i manekiny przypominają skrawki muzealnych eksponatów, ślady po przeszłości, po czymś niegdyś żywym, autentycznym. Pracownicy magazynów stają się tym samym strażnikami pamiątek (w książce Agnieszki Wolny-Hamkało takim „zarządcą podziemi” jest Jan). Dyrektor teatru głosi, że „teraz nie sztuka jest skandalem, tylko świat”, sztuka ofiaruje bezpieczeństwo, okazuje się swego rodzaju schronieniem przed groteskowością i absurdem hiperrzeczywistości, azylem dla zagubionych artystów i pretendentów do miana twórców. W teatrze wszystko musi zostać maksymalnie „podkręcone”, dlatego „spektakl ma iść z brzucha, ma być potężną, jątrzącą się rano, do której przyklejają się wszelkie paskudztwa: lęki, nerwice, marzenia”. Tymczasem błąkający się po teatralnej przestrzeni aktorzy przywodzą na myśl symulakra – lalki, marionetki czekające na kolejną rolę, która pozwoliłaby im zaczerpnąć chociaż trochę powietrza, wyjść z letargu, odrętwienia, ułudy Weltschmerzu i tchnęłaby w nich imitację życia – nową tożsamość, odmienną przeszłość i przyszłość. Otępiają się na co dzień środkami psychoaktywnymi, niektórzy eksponują swoje atrakcyjne ciała na pokuszenie, by zyskać zachwyt i aprobatę otoczenia, tym samym potwierdzając własne kruche, powierzchowne istnienie i wątpliwą wartość. Nagość bywa dla nich problemem tylko wtedy, jeśli nie wcielają się w kogoś innego – podczas rytuału Kluszczyńskiego wielu z nich odsłania swoje zakompleksienie, „przerażenie własną fizycznością”. Są też tacy jak Monika, którzy szukają alternatywnych sposobów na zapełnienie pustki – wybierają religie „egzotyczne”, importowane, ale o ścisłych zakazach, jak islam, by umiejętnie reinterpretować i naginać wszystkie nakazy ze względu na okoliczności i chwilowe pragnienia.

Reżyser jest także jednym z aktorów – pozornie odgrywa rolę lalkarza, mistrza ceremonii. Jego wizja przedstawienia w zasadzie nie istnieje, bowiem zdaje się zbiorem przypadkowych gestów, słów, elementów, które tyleż go zainspirowały, ile lekko wytrąciły z równowagi, automatyzmu percepcji, letargu, ale niekoniecznie zszokowały (dziś, w hiperrzeczywistości, już nic nie szokuje – zdają się podkreślać bohaterowie książki Agnieszki Wolny-Hamkało). Gdy Ada zauważa nieśmiało w jednej z rozmów, iż nie widzi w przygotowywanej sztuce żadnego sensu, Kluszczyński beztrosko stwierdza, że interpretacja należy wyłącznie do odbiorcy – przedstawienie może być o czymś, może być o niczym. Innymi słowy, depozytariuszem znaczenia jest wyłącznie widz. Reżyser wydaje się pośrednikiem między odbiorcą a elementami rzeczywistości uchwyconymi w sztuce. Z odłamków rzeczywistości widz układa własną historię, nie tyle nadpisuje, ile dopisuje znaczenia, wypełnia sensem skorupę czy stelaż słów i gestów. Dokonuje aktu kreacyjnego. Dlatego też po przedstawieniu wszyscy aktorzy oczekują pierwszych recenzji w prasie – od nich zależy sens ich istnienia. W czasach atomizacji, atrofii uczuć i technicyzacji życia prowadzących do samotności w zasadzie każdy rodzaj sztuki ostentacyjnie zrywającej z tradycją w połączeniu z mało udaną grą aktorską, pełną zgrzytów, zawahań oraz niespójności może zostać zinterpretowany jako „metafora społecznego rozkładu, obraz świata, który na naszych oczach ulega katastrofie”. Inaczej mówiąc, nawet najbardziej bezmyślny i przypadkowy performance jest w stanie wywołać pozytywne reakcje, bo można odczytać go jako tyleż wyraz buntu, ile odzwierciedlanie dzisiejszego świata we fragmentach utrwalonego smartfonem i udostępnionego na Instagramie. Co istotne, świat ten jest wynikiem napięcia, gry między architektonicznym rusztowaniem a urbanistyką, jest balansowaniem między precyzyjnym planem a bezładnym, nie do końca zaplanowanym labiryntem uliczek i korytarzy, z jednej strony bardzo klaustrofobicznym, z drugiej monumentalnym, ale przez tę dwoistość niezmiernie narcystycznym i alienującym. Jakże daleko mu do obłąkanego konstruktu Roithamera, bohatera „Korekty” Thomasa Bernharda – Stożka, który w pewnym momencie inspiruje bohaterów sztuki Kluszczyńskiego.

Scenografka z trudem obmyśla pomysł na aranżację przestrzeni teatralnej. Wszystko wydaje się jej wtórne, zbyt słabe, chwiejne. Niegdysiejsze groteska i absurd w teatrze nie odgrywają już swojej roli, zatem Ada decyduje się na próbę powrotu do tradycji, ale jej wątła wizja nie zyskuje aprobaty. Dopiero przypadkowe zdjęcia – kolaż futurystyczny, symulacje rzeczywistości – zainteresują zblazowane, szukające nowych podniet towarzystwo. Jedynie Ada dostrzega „precyzyjne” oślepienie przez promienie słońca w przeciwieństwie do sztuczności i niedoskonałości ledów oraz innych rodzajów oświetlenia stosowanych w spektaklach. Mimo przejścia inicjacyjnego rytuału obnażenia się na warsztatach Kluszczyńskiego, Ada pozostaje nadal kimś spoza teatralnego świata – przygląda się mu jako przelotny gość, tymczasowo towarzyszy aktorom i reżyserowi podczas prób, bo po premierze wróci do swojego bezpiecznego mieszkania. Kobieta gromadzi rzeczy, otacza się licznymi przedmiotami, zapełnia swoją przestrzeń życiową rekwizytami rzeczywistości, pozorując pełnię istnienia. Nie potrafi zbudować stabilnego związku z Tomaszem, być może dlatego, że on jest w stanie powstrzymywać jej atawistyczną naturę, wyuzdanie rozbudzające się w najmniej oczekiwanych momentach, a przecież tłumione instynkty powracają we snach, nie dając spokoju w dzień i kumulując napięcie. Nieświadomie Ada torpeduje każdą próbę powrotu do męża – niedyskretnie rozkłada ślady niewierności w mieszkaniu. Wybiera łatwy eskapizm, ucieczkę w pustkę, dryfowanie po ulicach w poszukiwaniu alkoholowego wyzwolenia i zwierzęcego, poniżającego seksu z Jackiem. Łączy się to z tym, że Ada preferuje samotność i ciszę – w końcu „studiowała malarstwo, bo dzięki temu mogła sobie wybrać jakiś mały fragment czegoś: siebie, świata. Wykroić go, a potem długo mu się przyglądać. Sama, w ciszy”. Wymyka się zatem z głównego nurtu życia, podąża dobrze znanymi sobie uliczkami w poszukiwaniu utraconego sensu.

Agnieszka Wolny-Hamkało w „41 utonięciach” rekonstruuje codzienność przesyconą melancholią, spleenem, pędem ku śmierci. Pozwala przyglądać się czytelnikom odbiciom świata w miejskich szybach i witrynach. Umożliwia podglądanie zblazowanej bohemy artystycznej, teatralnego świata, ponurej przestrzeni zamieszkanej przez generację X i pokolenie Y, bo – jak przyzna Krzysztof Kluszczyński– „Jesteśmy ludźmi nowego pokolenia, ze źrenicami rozszerzonymi od efedryny. Regulujemy emocje za pomocą xanaxu i seksu. Naszymi zawodami zaufania społecznego są psychoterapeuta i barista”. Autorka powieści rozrzuca tropy, pozwalając odbiorcy poskładać je dowolnie jak zdjęcia z Instagrama, poprzypinać na tablicy na wzór Pinteresta, a następnie nadać im znaczenia. Tytułowe czterdzieści jeden utonięć odnosi się do liczby ofiar tego pamiętnego lata, jakże nowoorleańskiego. Niemniej jednak tytuł kusi do interpretacji utonięć jako metafory upadku, rozpadu, degeneracji. I jak w przypadku Ady, która nie widzi nic w sztuce Kluszczyńskiego, ja nie widzę nic (odkrywczego) w powieści Agnieszki Wolny-Hamkało.
Agnieszka Wolny-Hamkało: „41 utonięć”. Wydawnictwo Iskry. Warszawa 2015.