Wydanie bieżące

15 maja 10 (298) / 2016

Katarzyna Szkaradnik,

TRAKTAT, W KTÓRYM (O) COŚ CHODZI (TADEUSZ SŁAWEK: 'U-CHODZIĆ')

A A A
Zanim nareszcie wyszła, najnowsza książka Tadeusza Sławka długo figurowała wśród zapowiedzi Wydawnictwa Uniwersytetu Śląskiego. Może zbierała siły do drogi – do niestrudzonej i niebłahej wędrówki będącej nie tyle treścią, ile wręcz istotą tego eseistycznego tomu. Oczywiście, wędrówki per pedes, taka bowiem – jak poucza choćby Henry David Thoreau – wyzwala z wewnętrznych i zewnętrznych okowów, ułatwia otwarcie się na swobodny przepływ myśli. Nie przypadkiem przywołałam autora „Waldenu”, jemu wszak katowicki polonista i anglista poświęcił studium „Ujmować” (2009), tworzące wraz ze skupionym na Williamie Blake’u „U-bywać” (2001) i z prezentowanym tutaj „U-chodzić” swoistą trylogię, której poszczególne tytuły konotują uszczuplanie, kurczenie się, zanikanie… Co symptomatyczne, w ostatniej części już nie inny pisarz-filozof, lecz sam autor staje się głównym bohaterem, albo raczej (ponieważ bohaterem jest tytułowy ruch) przewodnikiem w u-chodzeniu. Pozostanie nim dla niniejszego szkicu, liczne cytaty nie oznaczają tu jednak pójścia na skróty, ale wynikają ze stwierdzenia ułomności parafraz omawianego tekstu.

Na czym polegałby rozpatrywany przez Sławka ruch? Jawi się jako specyficzny sposób istnienia oraz poznawania świata, rezultat tyleż przyjęcia określonej postawy, co doznania niezależnego od woli; innymi słowy, zarazem czynność i stan. Otóż u-chodząc, „Odkrywam jakąś nieznaną mi dotąd »resztę« siebie, zapominam o sobie, (…) »pozostając na chwilę bezimiennym«, wypadam z tego, do czego byłem przyporządkowany” (s. 11). Mielibyśmy zatem do czynienia z „osłabieniem” podmiotu (w rozumieniu np. Gianniego Vattima), z uzmysłowieniem sobie bycia wykonawcą, a nie sprawcą u-chodzenia pojętego jako metafora wszechogarniającego stawania się i przepływu (vel upływu, jak powiedziałby John Caputo). Wiąże się to ze zmianą punktu widzenia, nabyciem pewnej pokory, która byłaby równocześnie konsekwencją i warunkiem wsłuchania się w źródłowy rytm rzeczywistości, odrzucenia redukcjonizmów, dopuszczenia do głosu rozmaitych manifestacji bycia.

Niewątpliwie Sławek – choć akurat do dwu wymienionych hermeneutów radykalnych oraz centralnych dla nich kategorii się nie odnosi – dopuszcza do głosu, więcej, czyni towarzyszami podróży imponującą liczbę literatów i myślicieli. Są pośród nich, naturalnie, Rousseau, Sterne czy Marcel („Homo viator”), ponadto – wymieniam na wyrywki – Bloch, Derrida, Schulz, Kafka, Szekspir, Sebald, e.e. cummings, Sloterdijk… Niebagatelną rolę odgrywa „Kopista Bartleby” Melville’a, pojawiają się utwory znane i zapoznane (przy czym w wypadku literatury anglojęzycznej nieraz wskazane zostają niuanse oryginału), generalnie zaś dominują pisarze od dawna frapujący katowickiego filologa. Wszyscy oni jakby tylko czekali na sposobność, by wyjść na szlak i dołączyć do osobliwego polilogu, w którym eseista zestawia na zasadzie asocjacji lektury z pozoru nieprzystawalne, nie zważając na precyzję pojęciową ani kontekst historyczno-kulturowy. Żeby zgodzić się, iż cytowane postacie mówią o tym samym, trzeba więc za Sławkiem uznać u-chodzenie za elementarne doświadczenie egzystencjalne. Zresztą może w tak powstałym uniwersum myślowym nie tyle autor książki metodycznie wybiera punkty zaczepienia (jak „silny” podmiot), ile właśnie kolejne odwołania decydują o dynamice i kierunku wędrówki, do której można by zastosować padające mimochodem sformułowanie „ambulatoryjna medytacja” (s. 102, 106). Chociaż sprawia ona wrażenie błądzenia, „forma” okazuje się tu adekwatna do tematu: „Zapis takiego ruchu nie ma charakteru ciągłego, u-chodzenie bowiem jest badaniem stawania się świata i systemu władzy nadającej mu obowiązujący porządek (…), a zatem samo nie nadaje się do tego, by opisywać je w formie dobrze uformowanego wykładu. u-chodząc [znacząca mała litera – K.Sz.], niechybnie znajduję się ciągle obok (…)” (s. 13).

Z rzeczoną nieciągłością koresponduje aforystyczna poetyka à la Nietzsche (skądinąd ważny intelektualny partner eseisty), połączona z typowym dla Sławka podziałem tekstu na krótkie, średnio jednostronicowe całostki. Taka kompozycja przypomina praktykę malarza, który raz po raz przybliża się do płótna, kładzie farbę paroma pociągnięciami pędzla i oddala się, by zyskać szerszy ogląd; można by ją także przyrównać do bricolage’u, snucia własnej narracji na kanwie „już napisanego”, gęstej intertekstualnej sieci. Użycie tutaj metafor z dziedziny sztuk wizualnych jest uzasadnione, gdyż niemało w książce odniesień do malarstwa, ale też do filmów. Warto powtórzyć, że u-chodzenie rodzi nowe spojrzenie – zarazem przyczynę i skutek zmieniających się po drodze widoków.

Notabene, czy do oddania u-chodzenia najlepsza nie byłaby sztuka abstrakcyjna? Czy da się je przedstawić kanonicznie, skoro „z definicji” jest ono zaprzeczeniem utrwalonych form, uchodzi przed schematami? W tym świetle rzekome schodzenie na manowce w trakcie dygresyjnej peregrynacji autora okazuje się jej sensem, gdyż właśnie na marginesach przyjętego ładu kryje się potencjał transformacji i nieokreślony naddatek, którego należy bronić przed zakusami centrum. Kiedy jednak w „U-chodzić” mowa o obrzeżach, to w kontekście nie tylko ich podniosłej gloryfikacji, lecz również bolesnego doświadczania wielorakiej peryferyjności. Dlatego de facto czytelnik zaproszony zostaje, niczym w wierszu „Podróż” Herberta, do „wędrowani[a] pozornie bez celu błądzeni[a] po omacku / żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi”.

Owa fizyczność i szeroko pojęta „chropowatość” mają doniosłą wagę dla Sławka, który przekonuje, że u-chodzenie nie polega na abstrakcyjnej kontemplacji, że zmusza do wysiłku, niejedynie umysłowego. Wszak chodzi w nim o nietracenie kontaktu z rzeczywistością, a wręcz jej intensywniejsze przeżywanie (czy może prze-chodzenie). Stąd w omawianym tomie wydobywanie różnych powszednich zjawisk ze skorupy oczywistości; stąd wspomniana propozycja pieszego marszu, sensualnego obcowania z materią, wystawienia się na dzia(ła)nie świata; stąd namysł nad złożonymi relacjami pomiędzy chodzeniem a myśleniem – ufnością i sceptycyzmem.

Niemniej rewersem sfery wolicjonalno-decyzyjnej pozostaje w u-chodzeniu niepokojący cień, przybywające samoistnie doświadczenie, a metaforycznemu odzyskaniu swobody nóg towarzyszy realne poczucie zwalniania kroku, postępującej słabości ciała. Z konstatacją jego kolejnych ograniczeń, niedomagań, wyczerpywania się idzie w parze widmo schyłku, kresu, Heideggerowskiego Sein-zum-Tode. Jak tłumaczy eseista, „Wszystkie inne sposoby chodzenia zakładają możliwość odtworzenia stanu wyjściowego: wychodzę po to, aby przyjść, nachodzę się, lecz potem odpocznę (…); odchodzę, by wrócić. Tymczasem w samym sercu u-chodzenia tkwi poczucie straty: u-chodzenie ma w sobie osobliwy i żałosny dźwięk istnienia tracącego formę, dlatego dostrzegamy w nim (…) przebłyski niebytu. W tym sensie u-chodzenie jest niesubordynacją wobec życia, które nade wszystko pragnie żyć dalej, natomiast u-chodzenie spokrewnia życie ze śmiercią (…)” (s. 77-78).

Nawiązując do Montaigne’a, można by rzec, że u-chodzić znaczy uczyć się umierać, a więc usuwać się, rozstawać z tym, co własne, posiadane. Przeobraża to stosunek człowieka do własnych granic i do Innego, choćby rozumienie pojęcia gościnności, rzutuje też na podejście do przyrody oraz do przedmiotów (staje się ono dalekie zarówno od ich kultu, jak i czystego instrumentalizmu), pozwala dojrzeć wspólnotę ludzkiego i nie-ludzkiego. W tym doszukiwaniu się jedni, we wzmiankach o nieskończonym łańcuchu i nieustannej transformacji bytów nietrudno rozpoznać usiłowania obłaskawienia nieuchronnego, konstruowanie paradoksalnej eschatologii, rozbijającej sklepienia tzw. zdrowego rozsądku. „Wicher i ruiny, które postrzega Anioł Paula Klee i Waltera Benjamina, otwierają wyłom w ciągłym murze linearnej historii. (…) »emeryt« »młodnieje«, zaczyna chodzić do szkoły, z uwagą przygląda się wirującemu bąkowi. Lecz kto u-chodzi, ten nie zagrzewa miejsca (ani czasu), musi dać się porwać wirowi zmiany, by w zniszczeniu odkryć to, co dotychczas było utracone (…). W ostatnim epizodzie opowiadania »emeryt« zostaje uniesiony szalejącym wichrem” (s. 38).

Ale przecież u-chodzenie dotyczy nie tylko conditio humana, stanowi tyleż „nasłuchiwanie własnego ciała rezonującego myślami” co „pod-chodzenie ducha w materialnym, nader materialnym świecie” (s. 52). To drugie znów możemy rozumieć dwojako: po pierwsze biernie – jako zdolność do zauważania owego ducha, „podejścia” go; po wtóre czynnie – jako wezwanie do przydawania go rzeczywistości, do swoistego „zaczarowywania świata” (s. 81). Trzeba podkreślić, że Sławek z góry prostuje mniemania, jakoby wanitatywna aura u-chodzenia prowadziła do indyferentyzmu, nie utożsamia on skromnego umniejszenia (się) podmiotu z pasywnością. Wprawdzie choćby takie zdanie wygląda na deklarację ustępowania z życia: „u-chodząc, pozostawiam miejsce temu-co-nadchodzi, jakbym nie chciał krępować przyszłości swą obecnością”, wszakże autor wysnuwa z tego wniosek, że „wycofywanie się nie oznacza ruchu do wewnątrz, lecz przeciwnie – jest ruchem w stronę świata” (s. 35).

Ów ruch, owa wyjątkowa więź ze światem następuje dzięki wspomnianemu już „przejrzeniu na oczy”, którego eseista nie waha się przyrównać do biblijnego objawienia pod Damaszkiem. Niemniej trudno zawyrokować, czy mowa o momentalnej metanoi, czy o stopniowym uświadamianiu sobie u-chodzenia. Właściwie nie wiadomo nawet, czy w aspekcie zbieżnym z przemijaniem odnosi się ono do każdego, kto przekroczy „smugę cienia”, czy też jest wglądem, doświadczeniem duchowym, które wymaga jakichś predyspozycji i aktywności. Sławek tego nie rozstrzyga, ale duży nacisk kładzie na ten drugi sens, skutkiem czego tekst ma charakter postulatywny, jawny nie tylko w przypadku „wprawek w odchodzeniu”. Tytułowy modus istnienia okazuje się bowiem dwojako pojętą próbą: byciem egzaminowanym oraz mówieniem „sprawdzam”, czyli podejrzliwością wobec jednoznacznych klasyfikacji i wszelakich sztanc. Mrocznemu biegunowi przebudzenia do śmierci odpowiada jasny biegun przebudzenia do wspólnoty, lecz wspólnoty szczególnej, ufundowanej na poddaniu krytycznej refleksji zastanej organizacji życia zbiorowego i relacji jednostki ze społeczeństwem. Stąd rezerwa katowickiego filologa w stosunku do sztywnych struktur, statusów i zestawów ról, sprowadzania człowieka do funkcji trybiku.

Zaangażowanie to przybiera w książce wyrazistsze kontury, kiedy na plan pierwszy wysuwa się kwestia polityki. Ponieważ autor nie kryje się z nastawieniem swoiście obrazoburczym, można by zapytać, jak owo gniewne oblicze konweniuje z obliczem szacownego profesora literatury, w dodatku byłego rektora. Bez wątpienia idee zawarte w „U-chodzić” dowodzą – bardziej niż słynne długie włosy czy „eseje na głos i kontrabas”, tj. poezja recytowana z akompaniamentem Bogdana Mizerskiego – trwałej identyfikacji Sławka z pokoleniem, którego młodość przypadła na lata 60. Celowo nie piszę „hipisów”, bo to pojęcie się strywializowało, tymczasem chodzi o traktowaną serio postawę kontestacji, sprzeciwu wobec bezdusznej litery prawa, absurdalnie zbiurokratyzowanych instytucji, hipokryzji decydentów, rzekomo niepodważalnych modeli świata i oficjalnych porządków, jeśli krępują samodzielne myślenie. Eksrektor pozostaje zatem konsekwentny, gdy powraca do zagadnienia współzależności nauki i władzy (por. jego „Antygonę w świecie korporacji”), gdy krytykuje chęć wprowadzenia „wspólnego języka” (będącego przeważnie językiem zredukowanym), gdy kreśli wizję polityki, która – tylko i aż – służyłaby życiu. Doskonale świadom utopijności swoich projektów, uparcie broni ich jako pewnego drogowskazu, przyrównując takie pragnienie zmiany do heroicznych prób przebicia się przez mur pomimo wiedzy o daremności tego mozołu (nasuwa się tu czytelnikowi fabuła Leśmianowskiej ballady „Dziewczyna”). Eseista mocno jednak akcentuje, że celem nie jest burzenie, lecz konstruktywna modyfikacja, poszerzanie pola widzenia, pokazywanie, że status quo nie jest bezalternatywny.

„Gdy Tomas Espedal pyta: »po co iść?«, odpowiada, że właśnie po to, aby u-chodzić temu-co-było-zawsze. Jest więc i pedagogika u-chodzenia, sprzeciwu wobec tego, ku czemu zostaliśmy wychowani, zawieszenia gotowych projektów życiowych wytworzonych w trakcie kształcenia. »Po co ten niezauważalny bunt, niesłyszalny protest, ta próba zrobienia czegoś inaczej, trudniej?« – pyta norweski pisarz, sugerując, że u-chodzenie to dekonstruowanie świata, w którym obowiązuje zasada optymalizacji wysiłku i minimalizacji kosztów własnych, tych dwóch kolumn wspierających rynkową maszynę, nieustannie poszukującą dróg najmniejszego oporu” (s. 184). To niezwykle istotne stwierdzenie, przypominające, iż propagowany przez Sławka idealizm nie oznacza pięknoduchostwa, przeciwnie – u-chodzenie jako opór przeciw polityce interesów, spowolnienie pędu podporządkowanego regule „time is money”, wiąże się z trudem i ryzykiem, gdyż wywołuje powszechną niechęć. W tym sensie kojarzy się z postawą Sokratesa, co prawda wzmiankowanego w książce incydentalnie, ale wyraźnie jej patronującego. Jak wyjaśnia eseista, u-chodzenie „jest próbą takiego czuwania starającego się obudzić ducha w życiu społeczeństwa zastygłego w postaci narzuconej formy” (s. 13). Owa quasi-definicja automatycznie przywodzi na myśl ateńskiego filozofa, który zadając kłopotliwe pytania, zmierza do obudzenia współobywateli z letargu.

Jeśli jednak obawiam się o przyszłość omawianej publikacji, to nie dlatego, iżby odbiorcy mieli być nią oburzeni jak ateńczycy działalnością Sokratesa. Obawiam się, że czeka ją los większości pozycji ukazujących się w wydawnictwach uniwersyteckich i pozbawionych promocji medialnej – mianowicie, że „U-chodzić”, nomen omen, ujdzie uwadze czytelników. A zasługuje na nią z różnych względów. Przede wszystkim autor należy – nie tylko na macierzystej uczelni – do coraz dziś rzadszych myślicieli-autorytetów, a niniejszy tom można potraktować jako jego przesłanie. Dla znających inne teksty Sławka nowa publikacja nie jest zaskoczeniem, ponieważ łatwo dostrzec w tamtych pracach nici, które tutaj splatają się w konsekwentną filozofię praktyczną, ujętą w oryginalną kategorię u-chodzenia. Książka ta jest nie tyle podręcznikiem owej filozofii, ile zachętą do wyrabiania sobie pewnej dyspozycji duchowej, „ćwiczenia się we wrażliwości” (s. 28), do roztropnego poruszania się po meandrach życia, podczas którego „dopasowuję się, lecz do świata nie pasuję. Świat »nie leży« na mnie elegancko. Jak na Bartlebym, którego słynna wypowiedź: »wolałbym nie« zawsze wyrasta z jakiegoś zdarzenia, a jednocześnie zdarzenie owo kompromituje i obezwładnia” (s. 61).

Przy czym nie poprzestaje się tu na wskazówkach, gramatyczna pierwsza osoba nie stanowi tylko zabiegu retorycznego, nie mamy przed sobą suchego traktatu, gdyż oprócz przesłania jest to również jubileuszowy obrachunek autora. Siła perswazyjna „U-chodzić” bierze się stąd, że Sławek, choć stale posiłkuje się „cudzym słowem”, mówi naprawdę od siebie i o sobie, prezentuje własne credo, dzieli się najgłębiej dojmującymi refleksjami i wątpliwościami. To myślenie nie instytucjonalne, ale ucieleśnione tchnie prawdą – niemniej tchnie też romantycznym patosem, choćby w przeciwstawieniu świata prawdziwego („reszty”) światu pozorów (powierzchni rzeczy), czy w opozycji tworzenia oraz świata pojętego jako fabrykat. Patetyczne są religijne motywy „przebudzenia”, odblokowania spojrzenia czy (w odniesieniu do Benjamina) – zbawienia. Hieratyzm nie jest tu wszakże napuszoną pompatycznością cesarza z baśni Andersena, lecz znamieniem buntu w imię imponderabiliów; co szczególnie ważne – nie buntu młodzieńczego, niedojrzałego, buntu, który najczęściej potrafi wyłącznie niszczyć. W przypadku Sławka, spoglądającego wstecz i w przód przez pryzmat siedmiu dekad życia, chodzi o idealistyczne veto w imię ocalenia tego, co istotnie wartościowe.

Tym sposobem autor udowadnia, że jeszcze nie daje za wygraną, nie poddaje się biernie u-chodzeniu. Tu ponownie uwidacznia się dwoistość sensów tytułowego ruchu: z jednej strony epifanijny (olśnienie i bodziec do przeobrażania siebie i świata, stąd postulatywność), z drugiej epitafijny (u-chodzenie jako dola człowiecza, upływ, przemijanie), co częściowo pokrywa się, a częściowo krzyżuje z podziałem na domeny społeczno-polityczną i metafizyczno-egzystencjalną. Bądź co bądź oba wymiary tego doświadczenia pociągają za sobą niepokój: albo każą kwestionować swojskość, albo siłą z niej wytrącają. Ale drugi z nich jest nieodwołalny, jest podążaniem niejasną drogą ku nieznanemu, a może po prostu odsuwanemu, tymczasem „u-chodzić to zarazem zaznawać rozpaczy i stawiać jej czoła” (s. 72). Stanięciu twarzą w twarz z perspektywą ostatecznego rozstania towarzyszy jednak w książce, niczym u Kierkegaarda, wiara w możliwość odzyskania utraconego. Dlatego za nić przewodnią wolno tu uznać postsekularny wątek „radykalnej nadziei” – wymknięcia się spetryfikowanemu światu i barierom narzucanym przez cielesność i skończoność, zaglądania jak Miłosz pod „podszewkę świata”, Derridiańskiego otwarcia ku przeczuwanej, lecz nigdy nie „obecnej” „reszcie”: „»Pustka«, o której mówimy, jest więc niemożliwą do zlokalizowania i nazwania »ojczyzną«, którą teraz, w akcie u-chodzenia odsłania mi transcendentny horyzont” (s. 192).

Eseistyczne rozważania Sławka ciągną się dalej, ale można by mieć obiekcje, czy nie kończą się w miejscu nieco przypadkowym. Mimo to, jak już wskazywałam, charakter u-chodzenia wyklucza „konkluzję” czy „punkt dojścia”, skoro autor stawia raczej pytania niż odpowiedzi, oponuje wobec absolutyzacji prawd jako pewnemu przyszpileniu. Tłumaczy to filipiki przeciw skostnieniu i automatyzmowi struktur – brak ruchu lub jego mechaniczność suponują przecież śmierć. Dlatego ostatni ustęp książki wydaje się tyleż podsumowaniem, co przystankiem w drodze. Droga wszak wzywa do marszu, zawsze można (trzeba – poprawiłby Sławek) wyruszyć w dalszą podróż. Jak w cytowanym wierszu Herberta: „prawdziwą podróż, z której się nie wraca”.
Tadeusz Sławek: „U-chodzić”. Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego. Katowice 2015.