Wydanie bieżące

15 maja 10 (298) / 2016

Wojciech Rusinek,

KOPISTA NA ŚCIEŻKACH WOKÓŁ ZAMKU (GRZEGORZ JANKOWICZ: 'UCHODŹCY Z ZIEMI ULRO. ESEJE')

A A A
Tom esejów krytycznoliterackich „Uchodźcy z Ziemi Ulro” Grzegorza Jankowicza otwiera krótka interpretacja pierwszej sceny „Zamku” Franza Kafki, w której zmierzający do wioski pod zamkiem K. zatrzymuje się na moście. Autor problematyzuje szczególną sytuację K., próbując zrozumieć gęsty splot osobistych motywacji (niejasnych, o czym świadczy ilość pytań zadanych bohaterowi), warunków społecznych (szybka reakcja urzędnika reprezentującego zamek), alegorycznej wykładni (zatrzymanie K. na moście jako „spór graniczny” między jednostkowym i publicznym), wreszcie politycznych konsekwencji jego gestów i działań. „Od tej pory – pisze Jankowicz – K. będzie napierał na istniejące we wsi granice (nie tylko, co oczywiste, terytorialne) – będzie je atakował, przesuwał, czasem nawet próbował zatrzeć. Mieszkańcy zaś będą mu w tym konsekwentnie przeszkadzać, by ich świat nie uległ rozhermetyzowaniu, by nie utracił pozornej jedności” (s. 6). Kafka będzie – obok Hermana Melville'a jako autora „Kopisty Bartleby'ego” i Georgesa Pereca – jednym z najczęściej przywoływanych w „Uchodźcach…” autorów, zwykle w roli dostarczyciela alegorii włączanych w tok lektur dzieł innych twórców. Jankowicz z ujmującą łatwością łączy ze sobą sceny z różnych książek, a streszczając fabuły, wydobywa ich głębsze znaczenie. W efekcie odnosimy wrażenie, że każda jego lektura kipi od nadmiaru pomysłów interpretacyjnych. Co jednak ważne, literatura nie tworzy w tym dyskursie jedynie nieskończonej sieci odniesień i aluzji, ale staje się kodem odczytywania rzeczywistości w wymiarze egzystencjalnym i politycznym. Ilekroć zatem eseista powraca do swoich ulubionych scen, bohaterów i autorów, robi to po to, by skomplikować lekturę omawianej właśnie książki, a tym samym – skomplikować odbiór rzeczywistości jako takiej. Przywołaną wyżej interpretację „Zamku” potraktować można chociażby jako alegorię czytania – w świetle projektu wyłożonego na kartach „Uchodźców…” to właśnie akt lektury czyni nas – czytających, nowymi wcieleniami K., pozornie bezbronnymi (humanistami), w gruncie rzeczy jednak rewolucyjnie naruszającymi stabilne dotąd ramy praw, kodeksów i interpretacji.

„Uchodźcy z Ziemi Ulro” – zbiór złożony z tekstów publikowanych wcześniej w prasie (przede wszystkim w „Tygodniku Powszechnym” i jego literackich dodatkach) – mogą onieśmielać błyskotliwością skojarzeń, szeroką skalą poruszanych problemów i rozległością lektur autora. Oczywiście – jak zwykle przy okazji tego typu publikacji – fragmenty składające się na tę książkę „zostały przejrzane i na nowo zredagowane, do niektórych wprowadzone zostały zasadnicze zmiany” („Nota o tekstach”, s. 277). Niektóre recenzje nabrały dzięki temu ciężaru gatunkowego i stały się esejami (na marginesie – dość mocno odczuwa się brak opisów bibliograficznych), jednak to nie te typowe dla takich edycji zabiegi sprawiły, że rozdziały publikacji zyskały rozmach intelektualny. Czytane pojedynczo, eseje Jankowicza sprawiają zwykle wrażenie bardzo komunikatywnych, niemal „propedeutycznych” szkiców syntetycznie prezentujących twórczość danego pisarza czy pisarki – często ich celem było chociażby przybliżenie dokonań osób zaproszonych do udziału w krakowskim Festiwalu Conrada (Jankowicz pełni funkcję jego dyrektora programowego). Dopiero zestawione w syntetycznej całości pozwalają w pełni zobaczyć i docenić projekt lektury, jaki wpisany jest w działalność krytyczną i organizacyjną autora. Przy czym – co ciekawe – odkrycie tego projektu wymaga uważnego wczytania się w „Uchodźców…”, inaczej książkę potraktujemy jako kolejny składany post factum tom studiów krytycznych, antologię izolowanych szkiców połączonych co najwyżej osobą krytyka czy miejscem publikacji. Ryzyko takiego prześlizgnięcia się po powierzchni krytycznych rozpoznań Jankowicza jest bardzo silne, bo wśród bohaterów i bohaterek lektur pomieszczonych w „Uchodźcach…” znajdziemy i Raymonda Roussela, i Michaiła Gogola, i Kiran Desai, i W.G. Sebalda, Jacka Dukaja obok Ingeborg Bachmann, przedstawicieli różnych epok i kultur, stylów i gatunków. Jak się nie pogubić w tym bogactwie nazwisk i estetyk? Wspomniana wyżej umiejętność tworzenia nośnych figur interpretacyjnych w oparciu o fragmenty książek czy pojedyncze motywy znanych tekstów prozatorskich sprawia, że można czytać Jankowicza od jednej sugestywnej figury do kolejnej błyskotliwej pointy, od jednej mikrologicznej analizy do kolejnej refleksyjnej sentencji, bez potrzeby całościowego spojrzenia na książkę. Tyle że umknie nam wtedy egzystencjalny i bardzo praktyczny, bo polityczny wymiar tej krytyki.

A stawka krytyczna, o którą gra autor „Uchodźców…”, okazuje się bardzo wysoka: jest nią przezwyciężenie dziedzictwa modernistycznej literatury metafizycznej, na co wskazuje początkowa operacja przenicowania Miłoszowej metafory Ziemi Ulro. W otwierającym książkę tekście tytułowym Jankowicz przywołuje znany esej Noblisty, by podkreślić, że „Ulro to niezwykle pojemna metafora, za pomocą której można opisać zarówno świat Kafkowskich powieści (urzędy, sądy, zamek), jak i nasz świat, który – jak powiedziałby Blake – podlega kolejnym potwornym metamorfozom” (s. 10). Tylko że stwierdzeniu temu towarzyszy kolejna mocna deklaracja: Jankowicz odrzuca perspektywę, która bliska była Miłoszowi, a więc poszukiwanie w ziemskim (przede wszystkim – literackim) doświadczeniu furtki ku transcendencji; poszukiwanie, które byłoby reakcją na demoniczność odczarowanego, nowożytnego świata. Jankowicz uznaje tymczasem, że „K. nie chce opuścić doczesnego świata, lecz się w nim zakorzenić, chce otrzymać prawo stałego pobytu, stać się podmiotem prawa” (s. 7), co stanowi inspirację dla sformułowania wyjściowego celu książki – eseje przedstawione w „Uchodźcach…” są nie tylko relacją z podejmowanych przez pisarzy i pisarki literackich prób „ściślejszego zakorzenienia się w immanencji” (s. 11), ale też wyrazem autorskiej wiary w taki właśnie, nadrzędny cel własnego czytania. „Bliżej mi do Kafki – wyznaje autor – którego powieść odczytuję jako historię człowieka atakującego ziemskie granice, próbującego (choćby i nieskutecznie) na nowo je wytyczyć, by objąć nimi tych, których wcześniej ignorowano, przepędzano, eksterminowano” (s. 10). Zatem ta feeryczna gonitwa pośród kolejnych książek (motywów, tematów, figur narracyjnych), którą uprawia Jankowicz w „Uchodźcach…” (autor wyznaje przewrotnie: „mam wrażenie, że przeszedłem większość ścieżek oplatających zamek” [s. 11]), jest próbą przezwyciężenia stanu obcości czy odklejenia od świata, które jest udziałem chyba wszystkich prawdziwych czytelników. Przezwyciężenie to dokonać ma się właśnie nie przez ucieczkę ku sacrum, lecz przeciwnie – przez silniejszy uścisk z rzeczywistością.

By podkreślić ten cel, Jankowicz przywołuje jeszcze jedną powszechnie znaną figurę filozoficzną – trzy stadia życia według Sørena Kierkegaarda. Model zaproponowany przez duńskiego myśliciela posłużył Jankowiczowi do uporządkowania książki, tyle że trzecia jej część nie odpowiada „stadium religijnemu”, lecz – politycznemu. „Uczyniłem tak dlatego – wyjaśnia krytyk – że podobnie jak większość czytanych przeze mnie autorek i autorów, skłonny jestem szukać odpowiedzi na pewne pytania w sferze społeczno-politycznej, a nie religijnej” (s. 12). Przy czym triadyczny układ książki nie powinien błędnie sugerować, że między pisarstwem estetyzującym, tym podejmującym problemy egzystencji, a literaturą polityczną istnieją nieprzezwyciężalne różnice (np. kształtu artystycznego dzieła). Jankowicz zakłada, że „Po przejściu odcinka politycznego nie docieramy do jakiegoś absolutnego punktu, w którym zostaje nam wyjawiona tajemnica władzy (…), lecz z nowymi pytaniami powracamy do praktyk estetycznych i etycznych” (s. 12). Być może dlatego lektury Jankowicza są tak złożone i bogate w konteksty – autor czyta każde z omawianych dzieł (czasem pojedyncze sceny, czasem całą twórczość) na wielu poziomach jednocześnie. Cóż, skoro literatura ma nas (i innych – wykluczonych) nauczyć mądrego spotkania ze światem, to musi odzwierciedlać jednoczesną, dostępną nam w przytłaczającym skomplikowaniu, całość tego świata.

Intryguje mnie jednak, dlaczego tak zarysowany projekt czytania jako zakorzeniania się w immanencji pokazuje Jankowicz przede wszystkim w oparciu o teksty z literatury powszechnej? W galerii trzydziestu siedmiu bohaterów i bohaterek „Uchodźców z Ziemi Ulro” znaleźli swoje miejsce tylko dwaj reprezentanci literatury polskiej – poza wspomnianym Miłoszem także Jacek Dukaj. Czy to kwestia wartościowania estetycznego (po prawdzie – gdzie w polskiej prozie znajdziemy twórców na miarę Sebalda czy Jonathana Franzena?), czy może rzeczywiście ten pomysł na literaturę, jaki bliski jest Jankowiczowi, łatwiej pokazać w oparciu o dzieła przepuszczone przez filtr uniwersalnej, ponadnarodowej lektury?

Wśród wielu figur narracyjnych, które szczególnie intrygują Jankowicza, naczelne miejsce zajmuje postać kopisty. Autor przywołuje ją i w rozdziale poświęconym młodzieńczej powieści Georgesa Pereca „Kondotier”, i w interpretacji słynnego „Szynela” Gogola, i oczywiście we fragmentach wielokrotnie przypominających tekst Melville'a. Kopistami są jednak także jeden z bohaterów „Rodzeństwa Tanner” Roberta Walsera, sam Walser i narrator „Korekt” Thomasa Bernharda, a w pewnym sensie nawet depresyjny kolekcjoner-flâneur Sebalda. Do tego zestawu dodajmy jeszcze innych bohaterów książki Jankowicza – opowiadaczy (z książki Rabiha Alameddinego), namiętnych miłośników bibliotek (Alberto Manguel), stylizatorów i przepisywaczy, właściwie kolejne wcielenia kopisty, niewolnika tekstu. Czynność „kopiowania” jest też kluczem do pisarstwa samego Jankowicza, który w wielu esejach po prostu… opowiada treść kolejnych książek. Jest to jednak takie „streszczanie”, w którym dochodzi do znaczących przemieszczeń, wydobywające na powierzchnię tekstu treść nieoczywistą, jakąś podszewkę znaczeń, stawiających pod znakiem zapytania utarte przekonania interpretacyjne. Kopista nieustannie siłuje się więc w tych esejach z pisarzem, jak w przywołanej w „Uchodźcach…” interpretacji „Szynela” Vladimira Nabokova – jeden z nich (pisarz) „rozwibrowuje” tekst, by ten ujawnił ciemną podszewkę rzeczywistości, drugi (kopista) dzięki skrupulatności świat ów na powrót scala. Jankowicz za Gogolem uznaje, że świat ma tekstowy charakter (s. 72), a jeśli jest tak w istocie, to obsesyjna, skrupulatna praca kopisty staje się działaniem na wskroś poznawczym. Sam akt przepisywania to właściwie istota mimetycznej literatury nowoczesnej, próbującej nieustannie odkryć i ustanowić w gąszczu konwencji i form artystycznych pewną ontycznie rzeczywistość. „Przepisywanie tekstu jest takim właśnie przedzieraniem się przez las słów i zdań. Podczas tej wędrówki język rzuca nam kłody pod nogi, zmusza nas do niespodziewanych postojów, by zaprezentować w całej krasie swą materialność” (s. 68), ale też nakreślić „pewien kształt, którego znaczenie jest zrazu niedostępne” (s. 69).

Skąd tak wielu kopistów w prozie XIX i XX wieku? W perspektywie interpretacji Jankowicza czynność przepisywania, przyjmująca często medytacyjny, obsesyjny charakter, jest zawsze rewersem pustki, rozpadu, jej tło stanowi „wyrwa, wyłom, przez który widać – oddajmy jeszcze raz głos Nabokovowi – »cienie innych światów [przesuwające] się jak cienie bezimiennych i bezszelestnych statków«” (s. 74). Wyrwą tą może być choroba psychiczna (Walser) bądź trapiąca Pereca pustka po wczesnej i tragicznej śmierci rodziców, nieobecność stabilnych fundamentów rzeczywistości. Kopista byłby zatem tym, kto – póki trwa czynność pisania – utrzymuje świat w istnieniu, trochę jak przywołani w prozie Alameddinego hawakati – mistrzowie opowieści. „Niezwykle istotny jest fakt, że snuta przez hawakatiego historia nie była jedynie dodatkiem do codziennych zatrudnień. Owszem, mieszkańcy gromadzili się wokół niego w jednym czasie i w jednym miejscu, ale między opowieścią a rzeczywistością nie było przepaści. Wspólnota nie żyła zatem na miarę opowiadania, lecz żyła w opowiadaniu – w nim bowiem zanurzona była prywatna i publiczna egzystencja należących do niej ludzi” (s. 96). Trochę jak hawakati, a jednak zdecydowanie inaczej. Nowoczesny kopista przepisuje tak jak opowiadacz („Gawędziarz jest z natury plagiatorem” – przyznaje cytowany przez Jankowicza Alameddine [s. 102]), lecz funkcjonuje już poza wspólnotą, czyli poza konsensusem co do tego, czym jest i jaki status bytowy ma rzeczywistość, o której się opowiada. Kopista naśladuje gest pierwotnych gawędziarzy w świecie, w którym doszło jednak do rozsunięcia języka i rzeczywistości. Stąd jego działanie może wydawać się szaleństwem podszyte (jak u Gogola) i zawsze przy tym skazuje na samotność. Mam jednak wrażenie, że Jankowicz pragnie rolę kopisty pomyśleć na nowo, tak by oderwać czynność pisania od związku z nieosiągalną „drugą stroną” – i tym samym uwolnić literaturę od nowoczesnej melancholii (naznaczającej na przykład prozę Pereca).

Przy okazji refleksji wokół figury kopisty po raz kolejny zauważamy dwuznaczny status metafory Ulro w rozważaniach Jankowicza. Nowoczesny metafizyk, taki jak Miłosz, szukający poprzez pisanie wyrwy ku innej rzeczywistości, jest z jednej strony mądrym nauczycielem rewolucyjnych mocy słowa pisanego, z drugiej – wikła proces pisania/opowiadania w niemożliwy do osiągnięcia i zakończenia proces szukania „pełni” poza naszą rzeczywistością. Tym samym utrzymuje kopistę w alienującej autonomii, każąc mu pozostać poza społeczeństwem, ergo: rzeczywistością. W jaki sposób „kopista Jankowicz” przezwycięża tę nowoczesną aporię? Mam wrażenie, że kluczem jest właśnie powtórne związanie opowieści (pisania, przepisywania) ze wspólnotowością, co przejawiać ma się w politycznym wymiarze słowa. Eseje zgromadzone w ostatniej części „Uchodźców z Ziemi Ulro” krążą wokół tematów takich jak gniew, wojna, władza, lewicowość, konsumpcja, a Jankowicz wielokrotnie od omawianych tekstów (m.in. Petera Sloterdijka, José Saramago czy Leo Straussa) przechodzi do komentarza dotyczącego współczesnych problemów: afery WikiLeaks, polityki Stanów Zjednoczonych czy nawet zamieszek wywoływanych przez kibiców piłki nożnej. Krytyk nie dokonuje jednak w tej części jakiejś znaczącej wolty w rozumieniu celów literatury i sposobów jej czytania w stosunku do poprzednich partii książki, rzecz chyba w – po prostu – innym rozłożeniu akcentów. Jeżeli autor „Uchodźców…” idzie ścieżką bohatera Kafkowskiego „Zamku”, to być może cała zmiana polega na tym, że jego droga zmienia cel. Nie jest już nim, jak moglibyśmy przypuszczać, osiągnięcie zamku, lecz po prostu krążenie wokół niego – jak wyznał Jankowicz we wstępie książki – nieustanne „przemieszczanie” (siebie, znaczeń) i bezpośrednie „zwarcie” z faktami. By jednak nie stała się ta wędrówka powtórzeniem melancholijnych albo wręcz szaleńczych dróg bohaterów nowoczesnych, potrzebne są chwilowe odsłonięcia sensu przemierzanej rzeczywistości.

Docieramy tym samym do paradoksalnego momentu projektu Jankowicza. Owo polityczne zakorzenianie w immanencji, które z kopisty-paranoika na powrót uczyni zaangażowanego w świat opowiadacza (gawędziarza, pisarza, krytyka, filozofa), przyjść ma – jak czytamy w eseju poświęconym „Czasowi, który zostaje” Giorgio Agambena – ze strony quasi-religijnego „momentu mesjańskiego”. Czy raczej „mikromesjańskiego”, w którym „Wszystko jest tak samo, a jednak trochę inaczej. Sens zdarzeń i granice świata ulegają przeobrażeniu, a reguły (…) zostają zawieszone i tracą swą opresyjną moc” (s. 256). Stan ten nazywa Jankowicz „trudnym do uchwycenia i opisania” (tamże). „Gest mesjański”, jaki autor przywołuje za Agambenem, Jacobem Taubesem i Walterem Benjaminem, pozwala jeszcze mocniej związać się z teraźniejszością. Punkt dojścia rozważań Jankowicza przypomina zatem uprawomocnienie nowego, politycznego sposobu czytania najnowszej literatury polskiej, które kilka lat temu zaproponował Igor Stokfiszewski w „Zwrocie politycznym”. I ten autor, by uzasadnić zerwanie z modernistycznym i postmodernistycznym paradygmatem czytania, odwołał się do metaforyki religijnej – figur skoku, cięcia, zerwania. Kto wie, może rzeczywiście tak trudno pomyśleć dziś nowy paradygmat kultury bez takich epifanijnych pojęć, bo niemożliwe jest wytyczenie ewolucyjnej linii między przeszłością i przyszłością? Między moderną a czymś, co właśnie przychodzi, majaczy na horyzoncie kultury w jeszcze niejasnym kształcie?

Sposób czytania, jaki prezentuje Grzegorz Jankowicz, interesująco unieważnia opozycje między estetyzmem i tzw. twórczością zaangażowaną, słowem i światem. Jest w tym pewna doza pierwotnej naiwności czytelniczej (ostatecznie Jankowicz nie tyle wyjaśnia, co po prostu uznaje za nieistotne niektóre z nowoczesnych aporii), której jednak przyklaskuję. I choć – inaczej niż autor – nadal uznawałbym jednak „stadium religijne” za zdecydowanie istotniejsze niż „polityczne”, z przyjemnością odnotowuję fakt, że literatura może być traktowana jako pozbawiony kompleksów, fascynujący komentarz do samej siebie, tożsamości i w końcu całej rzeczywistości wokół nas. Kto wie, może właśnie prostota takiej wiary w związek literatury i życia pozwala w pełni zobaczyć bogactwo i komplikację obu tych obszarów.
Grzegorz Jankowicz: „Uchodźcy z Ziemi Ulro. Eseje”. Wydawnictwo EMG. Kraków 2015 [seria: Decyzje krytyczne].