Wydanie bieżące

15 maja 10 (298) / 2016

Sabina Strózik,

NIEoczyWISTE PATRZENIE (MARIA POPRZĘCKA: NA OKO)

A A A
„Pamiętam egzamin wstępny: byłam przekonana, że oblałam. (…) Padło pytanie, co chcę robić po studiach, a ja, nie mając nic lepszego do powiedzenia, powiedziałam, że chcę pisać o sztuce. Na to oni w śmiech, że pisać o sztuce czasami coś tam można, ale przecież trzeba coś robić, gdzieś pracować. Wtedy powiedziałam, że mogę robić cokolwiek, ale chcę pisać o sztuce. No i jakoś się spełniło” – wyznaje Maria Poprzęcka Bogusławowi Deptule w wywiadzie dla „Dwutygodnika” (Deptuła 2013). Szczęśliwie, laureatka Nagrody Literackiej Gdynia dostała się na ASP i teraz możemy wziąć do ręki „Na oko” – kolejną realizację postulatu, któremu pozostała wierna.

NaOCZYcielka patrzenia

Maria Poprzęcka jest niedoścignionym wzorem pisania o sztuce i jej peryferiach. Choć spod warstwy luźnych refleksji przebijają gigantyczna wiedza i erudycja, to nie onieśmielają one czytelnika. Wręcz przeciwnie – tym bardziej chce się czytać dalej. Wierzymy w poczynione niegdyś przez autorkę wyznanie: „Kiedy na coś patrzę i przestaję być historykiem sztuki, wtedy czuję, że mam do czynienia z prawdziwą sztuką. (…) Na tym polega sztuka, że się nie wie” (Sroczyński 2012).

„Na oko” napisane jest, można powiedzieć, nienachlanie i lekko. Format ten został zapewne w jakimś stopniu wymuszony faktem, że książka jest zbiorem felietonów publikowanych na łamach „Dwutygodnika” (dwa teksty powstały na potrzeby książki, w tym jeden z najlepszych: „Virtual Tour i zapach chleba”, kilka do „Książek. Magazynu do czytania”). Lapidarność niektórych felietonów jest jedyną ich wadą. Czytelnik wciąga się w lekturę, podąża za tokiem myślenia autorki wodzony za nos (tak silna jest moc przedstawionej argumentacji, tak pociągające są wnioski i interpretacje), a tu nagle, po przewróceniu strony, pojawia się już kolejny temat.

Niech nie zwiedzie się ten, kto tytuł książki weźmie nazbyt poważnie. Felietony połączone są nad wyraz swobodnie. Struktura w ramach działu rzeczywiście jest uporządkowana i tematy poszczególnych tekstów trzymają się nadrzędnego hasła (na ogół zresztą niezwykle pojemnego, np. „Z bliska”, „Z daleka”, „W stronę literatury” czy „Co nam zostało…?”), ale związek z szaleństwem widzialnego jest często bardzo luźny. Kryterium, które tu przyjęto – wszystko, na co patrzę – trudno uznać za sprecyzowany temat przewodni.

Nie powinno to jednak nikogo zrażać. Wśród tekstów znajdują się prawdziwe perły, obserwacje kogoś, kto nie tylko patrzy, ale przede wszystkim widzi. Z trawiącą zazdrością czyta się o sensach ukrytych w zdarzeniach dnia codziennego, którym Poprzęcka potrafi nadać znaczenie, wiecznie wymykające się nam, jak się okazuje, ślepcom.

W tych literackich obrazkach kryje się czułość, nie chirurgiczna precyzja historyka sztuki, który ze słownikiem symboli rozpłata nam świat na pół, by przystawiając uniwersalną suwmiarkę do rzeczywistości, wyrównać ją do idealnego obrazu i swojej idée fixe. Są to refleksje człowieka, który wobec prawdziwego przeżycia zatrzymuje się i słucha swojej intuicji, nie szukając w pamięci odpowiedniej frazy z naukowego opracowania. W jednym z wywiadów sprzed kilku lat Poprzęcka przyznała: „Ludzie dużo bardziej mnie interesują niż sztuka – kompromitujące wyznanie historyka sztuki” (Sroczyński 2012). To właśnie stanowi o sile tej książki – przyznanie człowiekowi miejsca, namysł nad tym, jak może on egzystować wśród sztuki (także użytkowej, zaimprowizowanej), jak ją odbierać i jak na nią patrzeć.

RozpOCZYnanie patrzenia

Świetny „Drink pod Zbawicielem” zaskakuje spostrzeżeniem, że ludzie odwiedzający Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro rzeczywiście „naśladują Chrystusa”, jednak nie tak, jak chcieliby średniowieczni teologowie, ale przez prosty gest rozpostarcia rąk, by zrobić sobie tradycyjną już fotografię, a zaraz potem wypić orzeźwiającą caipirinhę.

Z fenomenu opisanego w „Loggi” można by uczynić podwalinę dla prywatnej krucjaty przeciwko tak popularnemu na polskich osiedlach wystawianiu części posiadanych dóbr na balkon. Ale myliłby się ktoś, kto pomyślałby, że Poprzęcka da mu oręż do ręki. Jej niezawodna wrażliwość ukazuje loggie w takim świetle, że czytelnik jakoś przyjaźniej podchodzi do składowisk rowerów i zeszłorocznych choinek. Pewnie dlatego, że zaczyna więcej rozumieć.

Najbardziej wzruszającymi tekstami są jednak „Habitat” i najpiękniejsze w całej książce „Bywalczynie”. Poprzęcka staje tutaj po stronie peryferii, tego, co na marginesie, i tych, którzy są poza obiegiem, poza wysoką sztuką, poza nurtem akademickich dysput na temat artystycznej wartości na przykład zaimprowizowanych ze starych mebli schronień dla kotów. Patrzy na samotne staruszki, z cierpliwością kursujące na cmentarz, ratujące bezdomne zwierzęta, „przeciw zniszczeniu i rozpadowi” (s. 54). Autorka nie tylko patrzy, ale chyba przede wszystkim każe patrzeć.

Smutny uśmiech wywołuje „Chrystusik”, gdzie religia jest strywializowana do granic absurdu. Aż dziw, że można to pokazać tak boleśnie dokładnie w felietonie, który zajmuje dwie strony. Bardzo aktualne są teksty „Ludzkości portret własny” oraz „Virtual Tour i zapach chleba”, które dotykają problemu doznawania sztuki w świecie nowoczesnych technologii. Sama ostatnio doświadczyłam problemu zaspokajania potrzeb odbiorcy odwiedzającego muzeum, kiedy to w wiedeńskim Belwederze kolejka oczekujących była taka sama do „Pocałunku” Klimta (przy którym zdjęć robić nie można), jak do „selfie point”, w którym ustawiono plakat z reprodukcją, gotowy do zdjęć. Dla chętnych był także konkurs.

Autorka książki nie udziela łatwych odpowiedzi. Stawia raczej trafne pytania, zmusza, by samodzielnie pokusić się o refleksję. Naprowadza, podpowiada, częściowo wyposaża w stan badań, podaje przykłady zjawisk, ale nie wyręcza w myśleniu. Przedstawia wachlarz opcji, spektrum zjawisk, mnogość możliwości. I dopiero podczas lektury, o wiele za późno, czytelnik zdaje sobie sprawę z rozmaitości, z własnej niewrażliwości i ma wreszcie szansę nauczyć się patrzeć. Nauczyć, oczywiście, od najlepszych: „A któż ma pilniej patrzeć niż historyk sztuki? Patrzenie to jego zawód. Jego spojrzenie profesjonalisty powinno być zarazem uczone i nieuprzedzone. Powinno rejestrować i kontemplować. Analitycznie przenikać na wskroś i syntetycznie ogarniać całość. Krążyć w labiryntach form, ale się nie zgubić. Uważać” (s. 113).

UrOCZYstość patrzenia

„Był uwodzicielski, nie w erotycznym rozumieniu tego słowa, ale w umiejętności oczarowania, zaczadzania” – mówiła Maria Poprzęcka w udzielonym „Dwutygodnikowi” (Deptuła 2013) wywiadzie o Jacku Kuroniu, który w licealnych czasach krótko uczył ją historii. Autorkę można by określić tymi samymi epitetami – choć publikacji w sposób oczywisty brakuje pogłębienia poruszanych tematów, niewątpliwie napisana jest z mocą oczarowywania czytelnika i tak, potrafi zaczadzić. Zaraża też głodem – tym niezaspokajalnym głodem łapczywego patrzenia, zapatrzenia i niemożliwego do osiągnięcia napatrzenia.

LITERATURA:

B. Deptuła: „Jak nie zostałam artystką”. http://www.dwutygodnik.com/artykul/4261-inne-przyjemnosci-jak-nie-zostalam-artystka.html [data dostępu: 12.05.2016].

G. Sroczyński: „Poprzęcka: wypieramy chorobę, starość, śmierć. Sztuka nam te rzeczy brutalnie przypomina”. http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,12732251,Poprzecka__wypieramy_chorobe__starosc__smierc__Sztuka.html?disableRedirects=true [data dostępu: 12.05.2016].
Maria Poprzęcka: „Na oko”. Narodowy Instytut Audiowizualny, Słowo/obraz terytoria. Gdańsk–Warszawa 2015.