Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (299) / 2016

Magdalena Kempna-Pieniążek,

MIĘDZY BOGIEM I STRACHEM (CROMWELL STONE)

A A A
Opublikowane nakładem wydawnictwa Egmont Polska wznowienie prac Andreasa pozwala na powrót do mrocznego świata, w którym niespodziewanie dla samego siebie znalazł się Cromwell Stone, należący do grupy ocalałych pasażerów feralnego okrętu „Leviticus”, którzy od pewnego czasu kolejno znikają w tajemniczych okolicznościach. Kiedy bohater postanawia poznać los jednego z nich i wynajmuje zamieszkiwany przez niego wcześniej dom, wikła się w zagadkę, która zdominuje całe jego – i nie tylko jego – dalsze życie.

O ile pierwszy tom serii jest dość klasyczną transpozycją wątków niezwykłego domu, gdzie dzieją się rzeczy, o jakich nie śniło się filozofom, o tyle drugi rozwija motyw kosmicznego spisku, a trzeci jest zwieńczoną wstrząsającą puentą trawestacją historii inicjacyjnej, która staje się udziałem wykonawczyni testamentu Stone’a, młodej kobiety o imieniu Marlena. Mniejsza zresztą o historię, ta jest bowiem (tylko?) wariacją na gotyckie z jednej i lovecraftiańskie tematy z drugiej strony. Znacznie istotniejsza wydaje się forma. To dzięki niej przywołany jako motto całości passus o strachu jako najstarszym i najsilniejszym uczuciu człowieka nabiera istotnego ciężaru. Fascynujące jest już samo rozsunięcie między estetyką a tematem: niezwykle precyzyjne czarno-białe rysunki Andreasa, w których nie ma miejsca na najdrobniejsze przejawy nieprzyporządkowania i przypadkowości, służą w „Cromwellu Stonie” ukazywaniu świata ślizgającego się po obrzeżach szaleństwa, ujawniającego chaos tam, gdzie spodziewać się było można ładu, straszącego możliwością istnienia wymiarów, w których żadne ze znanych nam kategorii poznawczych nie mają zastosowania, i bogów obojętnych na dzieje zaprojektowanego przez siebie stworzenia.

Formalny rygor trzyma w ryzach rzeczywistość, która na kartach utworów H.P. Lovecrafta lub któregoś z jego epigonów musiałaby się rozlać w całym cyklu upiornych, śliskich, gargantuicznych metafor. Czy będzie chodziło o paranoiczne stany tytułowego bohatera, nierozpoznającego już otaczającego go świata, czy o rejs okrętem w czasie sztormu, czy o podróż do jądra kosmicznej ciemności, światłocień będzie tak samo skrupulatnie wyrysowywany pasmami oślepiającej bieli i przytłaczającej czerni, a gęstość milimetrowo cienkich równoległych linii będzie nasuwać myśl o świecie niedopuszczającym możliwości ucieczki z jego najmroczniejszych zakamarków. Niewiele istnieje prac, w których wąskie kadry byłyby aż tak ciasne i równocześnie bogate w detale, a przyjmowane w nich nietypowe perspektywy nie tyle zniekształcałyby obraz świata, co ukazywałyby go pod kątami do tej pory uznawanymi za niemożliwe, a przecież jak najbardziej uzasadnionymi w świetle snutej przez autora historii.

Sposób, w jaki artysta konstruuje plansze, załamując linie, ścieśniając kadry i rozbijając je na mozaikowe kompozycje przywodzące na myśl potłuczone zwierciadła, stanowi echo najlepszych tradycji ekspresjonizmu. Natychmiast jednak trzeba zauważyć, że prace Andreasa w owej tradycji – tak samo jak w spektrum odwołań do prozy Lovecrafta – się nie zamykają. Chyba zresztą nie mogłyby się zamknąć, ponieważ nie pozwala na to przyświecająca im idea. Owszem, tak jak to w ekspresjonizmie bywało, bohaterowie „Cromwella Stone’a” zostają skonfrontowani z sytuacją, w której przez znaną im rzeczywistość zaczyna przebłyskiwać Niesamowite, pozbawiając ich punktów oparcia i poczucia zadomowienia w świecie. I tak, oczywiście, reagują oni na tę sytuację „najstarszym i najsilniejszym uczuciem człowieka”, czyli strachem, więcej nawet: grozą. A jednak gdzieś tam, w głębi ciemnej doliny tli się nadzieja jeżeli nie na poznanie prawideł świata, to przynajmniej na zbliżenie się do ich poznania. Ba, finał tej frapującej historii nasuwa wniosek, że przeznaczeniem człowieka jest nieustanna wędrówka między biegunami ignorancji i poznania, zapomnienia i pamięci, przekonania o własnej nędzy i przeczucia własnej boskości.

„Człowiek nie może ujrzeć Boga i przeżyć” – głosi ostatnie zdanie testamentu Cromwella Stone’a. Nie sposób nie dostrzec symetrii, jaką wyznacza ono wespół z otwierającym cykl cytatem z Lovecrafta. W obu przypadkach mowa jest o granicach człowieczeństwa: z jednej strony o granicy pierwotnej, którą byłby strach – najstarsze uczucie, od którego być może ludzkość się zaczęła, z drugiej zaś o granicy ostatecznej, o niedoścignionym pułapie, firmamencie, o który rozbić muszą się człowiecze poszukiwania Absolutu. Clue pracy Andreasa tkwi w tym, że obie te granice przebiegają przez ludzkie wnętrze, przez jedną ludzką (nie)świadomość. Chociaż zatem we wspaniałych, epickich planszach – tych najbardziej rozległych i bogatych w symbolikę – artysta konfrontuje nas z piekielnymi morskim odmętami i nieskończonością czarnego wszechświata, to i tak okazuje się, że najbardziej niezgłębione tajemnice skrywa ludzka dusza.
Andreas: „Cromwell Stone”. Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2016.