Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (299) / 2016

Kamila Czaja,

TAK, ALE... (FILIP SPRINGER: 'KSIĘGA ZACHWYTÓW')

A A A
„Księga zachwytów” to przewodnik, na który składają się w większości felietony Filipa Springera publikowane w weekendowych wydaniach portalu Gazeta.pl, przy czym, jak tłumaczy we wstępie autor, pierwotne wersje tekstów były dłuższe. Dostajemy książkę podzieloną według regionów kraju i prezentującą głównie najciekawsze architektoniczne realizacje budynków użytku publicznego po 1945 roku. Mniej więcej cztery strony na budynek – w tym zdjęcie lub dwa, tekst, a na koniec ciekawostka lub podpowiedź lekturowa.

Najnowsza książka Springera została pięknie wydana, co stanowi zresztą wspólną cechę jego publikacji – mimo że Agora to już trzecia (obok Czarnego i Karakteru) oficyna współpracująca z tym reporterem. Gdy jednak czytelnik porozkoszuje się już warstwą estetyczną, może dostrzec, że na okładkę wkradł się błąd. W nocie biograficznej pominięto „Zaczyn”, a w efekcie „13 pięter” uznano za czwartą książkę autora – tymczasem była to książka piąta („Księga zachwytów” jest więc szósta). To niby drobiazg, jednak takie wymieszane z uznaniem rozczarowania, które można by ująć frazą „tak, ale…”, okazały się towarzyszyć całej mojej lekturze.

Urodzony krytyk

„Arkitekczer w Polsce kwitnie. A co z architekturą?” (s. 7) – pyta Springer we wstępie. Czytelnicy wcześniejszych prac reportera mogą się więc zdziwić już na początku, bowiem podejmuje się on misji dla siebie nietypowej: będzie chwalił to, co wyszło, zamiast piętnować to, co się w polskiej przestrzeni nie udało.

A przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Tytuł „Księgi zachwytów” nie zdradza bowiem, że Springer zamieszcza w niej też kilka tekstów krytycznych. Pomysł, by nie oddzielać ich od reszty, wydaje się nie najlepszy – przez to w przewodniku, który ma być w praktyce używany do poznania tego, co dobre, między pochwałami jest choćby felieton „Najgorszy dworzec w Polsce”. I o ile tu przynajmniej już tytuł zdradza ocenę, to czasem rozjaśnia ją dopiero tekst, a cel dydaktyczny nieco na tym cierpi. Po jakimś czasie czytelnikowi może bowiem zostać w pamięci tylko to, że jakaś realizacja została w ogóle w książce uwzględniona, a zatrze się to, czy Springer coś chwalił, czy też zrównał budynek z ziemią (wbrew chęciom – nie dosłownie). Warto byłoby zamieścić te teksty jako aneks. Nie dziwi natomiast, że w ogóle znalazły się one w książce. Autor przyznaje, że „to one cieszyły się największa popularnością na portalu” (s. 13). A wydaje się, że ta popularność wynika nie tylko z narodowej skłonności do narzekania, znajdującej ujście w czytaniu krytyki.

Springer po prostu najlepiej pisze, kiedy gani. Zdaje się wręcz uwięziony w afirmacyjnej konwencji, którą sobie w „Księdze zachwytów” narzucił, pisząc przewodnik po pozytywach. Dopiero gdy może skrytykować jakieś zjawisko, rozwija skrzydła. Bywa wtedy posępny (o stoczniowych budynkach pisze: „Wszystko, co po nich zostało, to przejmująca książka Szlagi. I przechylony, pokryty rdzą budynek, którzy zdaje się tańczyć na ich grobie” [s. 67]), biblijno-groteskowy („Budynek obrósł reklamami i szyldami, wyglądał, jakby zaatakowała go kolorowa szarańcza, z którą walczyć można tylko za pomocą ognia i buldożerów” [s. 104]), melancholijny („Rzeka znikła, akademia została. Teraz studenci mogą tutaj przerabiać ćwiczenia z braku i pustki” [s. 253]), celnie złośliwy („Roztacza się z niego [tarasu widokowego – K.C.] przepiękny widok na Wrocław. Najbardziej zachwycające jest w nim to, że na linii horyzontu w żadnym miejscu nie widać Sky Tower” [s. 273]) i dowcipny w raczej ponurych skojarzeniach („Całość wygląda jak słowiańska wariacja na temat popularnych Flinstonów i może już tylko smucić” [s. 309]). To w takich krytycznych uwagach Springer wydaje się być sobą. Takim, jakiego znamy z poprzednich książek – zaangażowanym, emocjonalnym, niebojącym się pisać ostro (zauważa choćby: „Wobec tych wszystkich mankamentów żadnym problemem nie wydaje się mało wyszukana forma architektoniczna tego grzmota” [s. 119], „Broni się jedynie Rondo ONZ, bo jego kolorem jest po prostu biel, a tę trudno spartolić” [s. 209]). A co dzieje się, gdy urodzony krytyk (to nie nagana – potrzebujemy dziś takich krytyków) postanawia pisać o budynkach w tonie pochwalnym?

Zachowawczy zachwyt

Pod względem oczekiwań wobec architektury Springer pozostaje konsekwentny. W przypadku czarnowidza, którego znamy choćby z „Wanny z kolumnadą”, dziwić może wprawdzie deklaracja dziejowego optymizmu: „Cosmpolitan Helmuta Jahna to raczej elegancki intelektualista, który przedkłada siłę argumentów nad argumenty siłowe. Wie, że koniec końców wyjdzie na jego. I ma rację” (s. 225). Jednak wizja, jak projektować i budować, zgodna jest z deklaracjami z wcześniejszych książek. Tytułowe „zachwyty” budzi więc przede wszystkim dopasowanie do potrzeb człowieka. Springer już we wstępie deklaruje, że trzeba przywrócić „ludzki wymiar architekturze powstającej dzisiaj” (s. 12), i wielokrotnie do tego postulatu powraca. Drażnią go „architektoniczny populizm” (s. 272) i nadmierne ego architektów przejawiające się w ich pracach, a imponuje mu strategia, o której mówi Magdalena Kozień-Woźniak, jedna z osób odpowiedzialnych za modernizację Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie: „Przyjęliśmy założenie, że nie chodzi o to, by pokazać siebie (…). Chcieliśmy po prostu ducha architektury, która została zakurzona, odkryć na nowo” (s. 441). Inny podkreślany przez Springera walor to uszanowanie kontekstu, w jakim budynek powstaje – zarówno pod względem otoczenia („Bezsprzecznie wyrazisty gmach szanuje kontekst” [s. 449]), jak i historii (zachwyt efektownością przebudowy EC1 w Łodzi nieco zaburza refleksja : „Sami architekci przyznawali, że […] inspirowali się filmami science fiction – »Diuną« Davida Lyncha i »Gwiezdnymi wojnami« George’a Lucasa. Jaki oba filmy mają związek z Łodzią – tego nie wiadomo” [s. 263]). Do tych tematów warto dodać znany z „Wanny z kolumnadą” wątek konieczności ocalenia rzek oraz żywej dziś dyskusji nad uzależnieniem miast od samochodów.

Problemu nie stanowi – może poza wspomnianym nieoddzieleniem tekstów krytycznych – sam pomysł na przewodnik, dobór budynków czy ideowy zamysł książki. Dobre wrażenie nieco tłumi jednak fakt, że Springer nie potrafi chwalić tak innowacyjnie, jak innowacyjnie umie ganić. Reporterowi z reguły udawało się łączyć porywający, zaangażowany styl z dydaktycznym przekazem, jednak w zawartych w „Księdze zachwytów” tekstach afirmacyjnych sztywny opis przeważa nad analizą, oceną i emocjami. Gdy w felietonie o Prezydium Rządu w Warszawie autor wyśmiewa „pompatyczny opis tego obiektu z jego strony internetowej”, to czytelnik nie dostrzega wielkiej różnicy między tymże opisem a niektórymi frazami samego Springera – skoro na przykład o Hotelu Andel’s w Łodzi reporter pisze: „W hotelu zmieściło się 220 pokoi (każdy wysoki na 4 metry) i ponad 50 apartamentów, w tym cztery dwupoziomowe. Jest tu także centrum konferencyjne z siedmioma salami i największa w Łodzi sala balowa całkowicie odizolowana akustycznie od reszty budynku. Całość robi imponujące wrażenie i słusznie krótko po otwarciu została obsypana branżowymi nagrodami” (s. 258). Takie wyliczeniowe fragmenty wraz z nieco „rozprawkową” kompozycją licznych tekstów sprawiają, że czytelnik chętniej sięgnąłby raczej po „Źle urodzone” lub „Zaczyn” (zwłaszcza że część realizacji uwzględnionych w „Księdze zachwytów” autor zaprezentował – ciekawiej – w tamtych publikacjach).

Springer, pisząc o miejscach i problemach, zawsze pisał równocześnie o ludziach. I robił to w wyrazistym językowo stylu. Najnowszy zbiór tekstów – poza postulatami, że ważna jest w architekturze „ludzka skala” – ma mało odwołań do losów powiązanych z budynkami postaci, niewiele tu życiowych scenek oświetlających realizację architektoniczną, stosunkowo rzadkie są też metafory czy porównania, tak pomysłowe w innych książkach reportera. A szkoda, bo wystarczy, że Springer wykorzysta interesującą historię (tekst „Duch” o Hotelu Forum w Krakowie), uroczy detal („Budowę opóźniały problemy z wycinką rosnących tu drzew, a także konieczność ochrony kolonii przesympatycznych susłów perełkowanych, które wymyśliły sobie, że zamieszkają w bezpośrednim sąsiedztwie planowanego lotniska” [s. 405]) czy intrygujące otwarcie tekstu (o hali w Rzeszowie: „Miała powstać wcześniej, gdzie indziej i w dodatku być okrągła” [s. 443]), by przez nieco sztywny przewodnikowy styl przedarł się charakterystyczny sposób pisania autora „Miedzianki”. Tymczasem dużo „Springera w Springerze” jest tylko w charakterystycznych tytułach – to w nich reporter błyszczy wyczuciem językowym i trafnością skojarzeń („Aureola pełna grzechu”, „Biały Batman”, „Wieża Saurona”), czasem sprytnie sięgając po funkcjonujące lokalnie określenia (jak w przypadku tekstu „Stajnia dla jednorożców” o łódzkim dworcu tramwajowym).

Pożyteczna wycieczka z przewodnikiem

Narzekając na niedostatki książki, nie można tracić z oczu zamysłu, który towarzyszył tworzeniu „Księgi zachwytów”. Springer podkreśla: „[…] żadna książka nie zastąpi osobistego spotkania z architekturą. Może być jedynie dla tego spotkania pretekstem” (s. 13). I zastrzega: „To po prostu katalog obiektów, z których może wypłynąć dla odbiorcy jakaś nauka (albo nauczka) – o przestrzeni, o Polsce i jej historii, o ludziach. To także przewodnik po olśnieniach, zachwytach i kilku rozczarowaniach, których doświadczyłem, podróżując w ostatnich latach po Polsce” (s. 7). I pożyteczna nauka faktycznie wypływa, a w razie „wyruszenia w Polskę” warto zapamiętać, co Springer polecił do obejrzenia – i oglądać to już z polekturową architektoniczną świadomością. Nadrzędny cel dydaktyczny przewodnik realizuje na tyle skutecznie, że nad pewnymi rozczarowaniami można przejść do porządku dziennego. Wiedza o tym, jak patrzeć na budynki, płynie z każdej karty książki, całość dobrze dopełniają zamieszczone pod tekstami ciekawostki, a większość podpowiedzi lekturowych wybrano idealnie (poza – nomen omen, też wydaną przez Agorę – książką dla dzieci, której powiązanie z felietonem o łódzkiej krańcówce tramwajowej wydaje się jednak mocno naciągnięte).

„Księga zachwytów” to dobry przewodnik. Jednak po tym autorze można by się spodziewać czegoś więcej, a wyszedł przede wszystkim „po prostu katalog”, który do potencjału Springera dorasta celem, sposobem myślenia o dobrej i złej architekturze oraz pomysłową kompozycją tomu, jednak pod względem tekstowej realizacji nosi niewiele znamion indywidualności, która sprawiła, że ten młody reporter przebojem wszedł na literacką scenę i doskonale się na niej od kliku lat utrzymuje. Tak, dostajemy praktyczne, pięknie wydane, potrzebne w czytaniu architektury narzędzie, ale na emocje trzeba poczekać na zapowiadane przez Karakter książkowe zwieńczenie projektu Springera „Miasto Archipelag”. A „Księgę zachwytów” warto przeczytać, przyswoić sobie zawarte w niej tezy, a potem – z uznaniem, lecz bez zachwytu – odłożyć tom na półkę. Przyda się w razie wycieczki zaleconym przez autora architektonicznym szlakiem.
Filip Springer: „Księga zachwytów”. Wydawnictwo Agora. Warszawa 2016.