Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (299) / 2016

Sara Nowicka,

ZWYCIĘSTWO POSTIRONII (PATRICK DEWITT: 'PODMAJORDOMUS MINOR')

A A A
„Bracia Sistars”, poprzednia powieść kanadyjskiego pisarza Patricka deWitta, w umieszczonym na okładce opisie jest przyrównana do twórczości braci Coen i Cormaca McCarthy’ego. W wypadku jego najnowszej książki, „Podmajordomusa Minora”, liczba nazwisk wymienionych przez wydawcę nieco się powiększyła: są tu i bracia Grimm, i Wes Anderson, a także Latający Cyrk Monty Pythona. Lista odwołań wydaje się być tylko zgrabnym chwytem marketingowym, ale w tym wypadku jest jak najbardziej uzasadniona. Więcej, do powyższych nazwisk śmiało można dopisać przywołanych przez samego autora dziewiętnastu pisarzy, o których „rozmyślał z wdzięcznością”, tworząc „Podmajordomusa Minora”. Są to na przykład: Italo Calvino, Roald Dahl, Knut Hamsun, Bohumil Hrabal, Harry Mathews i Ivy Compton-Burnett. Jeśli dodamy jeszcze dwie, niezwykle ważne inspiracje, na które zwraca uwagę tłumacz, Krzysztof Majer, w posłowiu, czyli „Cierpienia młodego Wertera” Goethego i dzieła markiza de Sade’a, powstanie postmodernistyczna mieszanka wybuchowa. Co zaskakujące, choć intertekstualnych gier jest w powieści deWitta co nie miara, on sam swoją powieścią postanowił walczyć z postmodernistyczną ironią, którą, jak stwierdził w jednym z wywiadów, „naprawdę przedawkowaliśmy” (s. 364). Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, że doskonale mu się to udaje.

„Podmajordomus Minor” to rozgrywająca się w XIX wieku opowieść o przygodach siedemnastoletniego Luciena Minora, Lucy’ego, mieszkańca wioski Bury w bliżej nieokreślonym kraju. Chłopak jest patologicznym kłamcą, jednak przyjęcie pracy w zamku barona von Aux i, co za tym idzie, seria niesamowitych wydarzeń, które mu się przytrafiają, powodują, że pod koniec powieści nie musi już zmyślać, gdyż najbardziej emocjonujące i trudne do uwierzenia historie przydarzyły mu się naprawdę. Jego pracodawcą i współmieszkańcami okazują się być postaci zupełnie nietuzinkowe. Nieuchwytny baron skrywa naprawdę mroczne sekrety, przełożony Lucy’ego, majordomus Olderglough, choć sympatyczny i dobrze wychowany, jest równie tajemniczy jak baron, i równie odrealniony, zaś mocno stąpająca po ziemi kucharka Agnes potrafi zatruć życie chłopaka nie tylko trudnym do przełknięcia jedzeniem. Powieść deWitta nie byłaby nawet w połowie tak emocjonująca, gdyby nie wątek miłosny. Obiektem westchnień Lucy’ego jest Klara, mieszkająca z Memlem i Mewe, złodziejami, których chłopak poznał w drodze na zamek. Narzeczonym Klary jest silny i stanowczy żołnierz Adolfus, co nie przeszkadza mizernemu bohaterowi wdać się w romans z dziewczyną. Lucy walczy o swoją miłość do upadłego i nic dla niego nie znaczy ryzyko zniknięcia w Bardzo Wielkiej Dziurze, miejscu, do którego wpadli równie nieszczęśliwie zakochani mieszkańcy wioski.

Powieść deWitta to świetne połączenie absurdu, współczesnego humoru i legend. Próżno w niej szukać surrealizmu, lecz jestem pewna, że spodobałaby się grupie André Bretona. Mariaż tradycyjnych, nieco baśniowych opowieści z bardzo specyficznym poczuciem humoru kojarzy się z twórczością Harry’ego Mathewsa i Raymonda Roussela, bardzo cenionego przez grupę. Jednak przede wszystkim nadrealistów uwiodłyby opowieści o miłości szalonej, która stanowi sens życia bohaterów, ale także potrafi sprowadzić ich na manowce. Ofiarą amour fou są popadający w szaleństwo baron von Aux oraz jego żona, rasowa femme fatale. Miłość doprowadziła do zguby także ojca Klary, Memla, jego najlepszego przyjaciela oraz poprzednika Lucy’ego, pana Brooma. Główny bohater, nauczony doświadczeniem ludzi napotkanych na swej drodze, stara się zrobić wszystko, by w jego wypadku zakochanie się było siłą konstruktywną, a nie destrukcyjną. Jednak XIX wiek rządzi się swoimi prawami i Lucy musi zakosztować życia bohatera romantycznego.

Drugim elementem, który zdobyłby aprobatę surrealistów, jest opis życia wyższych sfer, ludzi nieszczęśliwych, pustych i pozbawionych moralności. Apogeum dziwnych relacji pomiędzy przedstawicielami szlachty jest scena, której nie powstydziłby się markiz de Sade, a która być może i dziś, zdołałaby kogoś zaszokować, albo przynajmniej zdziwić.

Kluczowym zagadnieniem w opisie „Podmajordomusa Minora” jest dla mnie postironia. Jest to termin, który ostatnio często pojawia się w badaniach humanistycznych. Barbara Szczekała, która analizuje to zjawisko na gruncie filmowym, tak definiuje jego przyczynę: „ponad dekadę temu w Stanach Zjednoczonych silnie postulowano koniec »czasu ironii«, czyli kulturowego prymatu wszelkich form dystansu, cynizmu, pośredniości i cudzysłowu. Rymujący się z tą diagnozą fenomen postironii jest reakcją na kryzys autentyczności spowodowany ich wszędobylstwem i nadużyciem. W kinie opiera się na reanimowaniu bezpośredniości doświadczenia filmowego i odrzuceniu tego rodzaju sztuki, który ironię traktuje instrumentalnie – jako wygodną maskę chroniącą przed zarzutami o naiwność i prostotę” (Szczekała: 7). Postironia jest powrotem do prawdziwych, szczerych przeżyć związanych z odbiorem dzieła. deWitt, świadomie lub nie, doskonale wpisał się w ten trend, stworzony dla ludzi, którzy również uważają, że „przedawkowaliśmy ironię”. „Podmajordomus Minor” jest powieścią na wskroś postmodernistyczną, czerpiącą z niezliczonej ilości źródeł. Tym, co czyni ją postironiczną, jest szczerość autora w opisywaniu doświadczeń i uczuć bohaterów. Kiedy w grę wchodzą takie tematy jak: miłość, rodzina czy filozofia życiowa i przekonania, deWitt jest całkowicie poważny. Pisarz obnaża swoich bohaterów, pokazuje ich myśli, które dla twórców postmodernistycznych byłby powodem zawstydzenia lub śmiechu. Szczególnie ciekawe pod tym względem są dwa fragmenty: opowieść Memla o wyborze drogi życiowej oraz część, w której Lucy zaprzyjaźnia się z baronową i próbuje zrozumieć jej smutek.

Spośród trzech autorów przywołanych na okładce „Podmajordomusa Minora”, powieści jest zdecydowanie najbliżej do uniwersum Wesa Andersona, szczególnie do filmu „Grand Budapest Hotel”. Świat kreowany przez deWitta również jest przyobleczony w bardzo wyrazisty kostium, jednak nie przeszkadza on w przekazywaniu odbiorcy pewnych, dość tradycyjnych, wartości oraz w snuciu naprawdę ciekawej i dobrze wymyślonej historii. Z filmem Andersona łączy książkę deWitta jeszcze jedno podobieństwo. Postać dystyngowanego, lecz nieco zwariowanego majordomusa Olderglougha silnie kojarzy się z filmowym panem Gustavem H., granym przez Ralpha Finnesa. Dla obu postaci maniery i dobre wychowanie są czymś niezwykle ważnym, co mówi wiele o człowieku i potrafi ułatwić społeczne relacje. Zarówno w obrazie Andersona, jak i w powieści deWitta nostalgia za bardziej poukładanym światem i tęsknota za pewną kulturą bycia i wypowiedzi jest bardzo silna.

Krzysztof Majer w posłowiu apeluje do czytelnika, by ten bardzo wolno czytał „Podmajordomusa Minora” i rozkoszował się językiem powieści. Według mnie jest to zadanie niewykonalne. Patrick deWitt ponad wszystko jest doskonałym storytellerem, a od „Podmajordomusa Minora” po prostu nie sposób się oderwać. To rozrywka z górnej półki i muszę przyznać, że tak dobrze napisaną oraz interesującą powieść miałam ostatnio w rękach, kiedy czytałam „Braci Sisters”.

LITERATURA:

B. Szczekała: „Podreperować świat. Postironia i film”. W: „EKRANy”, nr 1 (29)/2016, s. 6-13.
Patrick deWitt: „Podmajordomus Minor”. Przeł. Krzysztof Majer. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2016.