Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (299) / 2016

Marek Bochniarz,

KUBA CZEKAJ I ZŁE DZIECIŃSTWA (10-LECIE STUDIA MUNKA)

A A A
Koniec pierwszej dekady działalności Studia im. A. Munka jest okazją do sprawdzenia, czy idea jego powstania – wsparcie debiutantów w realizacji filmów krótkometrażowych – przełożyła się na dalszą karierę młodych talentów. Kolekcjonując boxy DVD z cyklu „Polskie debiuty”, odkryjemy, jak wielu spośród uznanych dziś reżyserów na pierwszym etapie kariery miało do czynienia ze studiem, gdzie podczas edukacji w szkołach filmowych próbowało swoich możliwości w realizacji często ambitnych i ekstrawaganckich projektów.

Bez wątpienia jednym z twórców, bez których trudno byłoby wyobrazić sobie polskie kino współczesne, jest Kuba Czekaj, reżyser wspierany przez Studio Munka zarówno na etapie realizacji etiudy „Ciemnego pokoju nie trzeba się bać”, jak i pełnometrażowego „Królewicza Olch”. Do kin wchodzi właśnie jego debiut pełnometrażowy „Baby bump” – film odważny i ważny, jakich w polskiej kinematografii dotąd boleśnie wręcz brakowało. To trudna opowieść o twardym, okropnym wręcz dojrzewaniu Mickeya House’a w świecie, w którym dorastać nie sposób. Co zrobić: żadnemu dziecku nie przychodzi to łatwo. Ale jak doszedł do tego filmu Kuba Czekaj?

2009: „Ciemnego pokoju nie trzeba się bać”: tako śpiewa Łata

Film, zrealizowany w ramach programu Studia Munka „Trzydzieści minut” i wydany  na DVD „Polskie debiuty 2009/2010”, reprezentuje typ klasycznej łamigłówki logicznej. Trochę nas dręczy i wydaje się, że brakuje w niej kilku kluczowych elementów – ale dlatego właśnie „Ciemnego pokoju nie trzeba się bać” nigdy się nie nudzi; chce się do niego powracać wielokrotnie. Opowiedziana w filmie historia przypomina trochę zdartą płytę, gdyż rzęzi wraz z coraz bardziej groteskowymi podrygami jednego z bohaterów.

W opowieść o ukochanym ojcu wprowadza nas dziewczynka Łata, wytrwale śpiewając piosenkę pełną dziwnych zwrotek – i wywrotów akcji – dotyczącą nękania ukochanego taty w więzieniu, w którym pracuje jako strażnik. Dziewczynka interpretuje jego zachowania różnie, widząc zwykle więcej, niż rodzic podejrzewa.

Muzykę skomponował Zygmunt Konieczny; natychmiast rozpoznajemy jego charakterystyczny styl. Ta niewdzięczna, acz hipnotyzująca (bądź drażniąca) i pełna uporczywych repetycji piosenka Łaty nadaje specyficznej aury opowieści o upadku silnego i spokojnego mężczyzny, który w pewnym momencie już nie może udawać łagodności… W łagodnym niedźwiadku-tatusiu budzi się brutalny niedźwiedź, który w finale staje się sprawcą przemocy.

„Ciemnego pokoju nie trzeba się bać” zapamiętujemy intensywnie, bo zwraca naszą uwagę wyrafinowana scenografia i korespondujące z nią, zróżnicowane zdjęcia Adama Palenty. Choć Czekaj zrealizował typową dla polskiego kina psychodramę, zadbał o to, aby przydać jej dodatkowych walorów estetycznych i doprawić elementem thrillera psychologicznego.

2010: „Twist & Blood”: Brzucho lubi głęboko

Makabryczna etiuda „Twist & Blood” to bez wątpienia jeden z drastyczniejszych obrazów dzieciństwa, jaki wyszedł z katowickiego Wydziału Radia i Telewizji UŚ. Być może to typowo polska maniera, aby pokazywać nieszczęśliwe i bezbronne dzieci w trudnych sytuacjach, z jakimi nie mogą sobie poradzić, lecz… tu jest jakby wszystko na swoim miejscu.

Czekaj po raz kolejny zabiera nas w mroczną podróż po głębokich traumach swoich nieletnich bohaterów. Główny bohater to otyły chłopiec Brzucho, który ma kochających rodziców. Tatuś i mamusia walczą o to, aby syn schudł i znormalniał. Oni są młodzi i piękni. Syn dziwny i brzydki. Niemniej Brzucho doskonale wie o tajemnicach dorosłych. I potrafi zadać im pytanie, dlaczego już nie uprawiają seksu – by wprawić w zakłopotanie podczas terapii oduczającej go niezdrowych nawyków żywieniowych.

Jeśli Łata z „Ciemnego pokoju nie trzeba się bać” mogła czuć się odizolowana, bo pozbawiona była w otoczeniu domu rodzinnego rówieśników, to Brzucho ma przyjaciółkę Myszę. Trochę się podkochuje w dziewczynce, dlatego zdradza jej swoją najpilniej skrywaną tajemnicę: skłonność do autoagresji. W pełnym napięciu rodzinnym ognisku Brzucho – poza tym, że musi kompulsywnie pochłaniać jedzenie – szuka ulgi w cięciu swojego ciała. Czasem jednak można zranić się za mocno, gdy skrzywdzą nas inni, o czym przekonuje się w finale bohater, zdradzony przez Myszę i skonfrontowany z tożsamością samotnego i nękanego dziwoląga. Czy warto zatem żyć?

2014: „Rwetes”: jest godzina taka a taka, a ty chcesz umrzeć

Poetycki film pozbawiony dialogów i konwencjonalnej narracji punktują kolejne ujęcia zegara, odmierzającego absurdalność i powtarzalność mijanych chwil. Główną bohaterkę zagrała Malwina Rybarczyk, odzierając wykreowaną przez siebie postać z typowej kobiecości, po drodze ujmując jej ponadto część człowieczeństwa – wyzbywając ją indywidualności, unikalności, podmiotowości.

Oto bowiem aktorka daje się podglądać w mało interesujących i wdzięcznych czynnościach, które składają się na irytująco banalną i zupełnie niespójną całość. Tym bardziej nie spodziewamy się dramatycznego finału „Rwetesu”…, zwłaszcza że – na przekór tytułowi – bohaterka za niczym nie goni, a otacza ją szczelny kokon samotności i przejmującej ciszy, rozbijanej zimnymi hałasami metodycznie i jakby bez serca wykonywanych czynności. Czy w tym pozbawionym emocji życiu można pragnąć dalszej egzystencji? Ale też: czy jest jeszcze w bohaterce siła, by zapragnąć śmierci?

Przykuwający uwagę ziarnistością i piękną paletą kolorów obraz jest efektem użycia taśmy filmowej 16mm. Czekaj w swojej ostatniej szkolnej etiudzie daje dowód mistrzowskiego opanowania formy i pomysłowego wykorzystania kliszy.

2015: „Baby bump”: twoja zakochana w tobie matka

Czekaj zrealizował „Baby bump” w ramach konkursu Biennale College na MFF w Wenecji. Było to zaskakującą możliwością – oto nagle otrzymał środki na pełnometrażowy debiut. Oczywiście: środki dość skromne, a deadline (wymagania zaprezentowania filmu podczas kolejnej edycji festiwalu) drastycznie napięty. Trudno w to uwierzyć, oglądając realizację, która sprawia wrażenie makabrycznej wersji filmu reklamowego.

Skojarzenie nasuwa się samo – nie tylko za sprawą agresywnego, wręcz obcesowo krzykliwego stylu filmu, lecz także z uwagi na to, czym zajmuje się matka Mickeya House’a. Młoda i piękna, choć chłodna (i sfrustrowana) kobieta testuje różne, czasem wyjątkowo głupie produkty, znudzonym i poirytowanym głosem zdając relację ze swoich doświadczeń pracownikowi firmy, który ewidentnie czuje do niej coś więcej niż tylko złość za niedostateczne wywiązywanie się z obowiązków (jak przynajmniej twierdzi).

Jako opowieść o dojrzewaniu „Baby bump” broni się kompulsywnym pedantyzmem, z jakim został ukazany główny bohater. To wciąż jeszcze niedojrzały chłopiec, pokazany w całej swej wyjątkowości, ale i dziwności zachowań typowych dla nastolatków, w których organizmach rozgorzała batalia o wzrost: nie tylko ciała, ale i natężenia różnych przepływających przez nie substancji. Kurek z nie dającymi się opanować emocjami zostaje co jakiś czas odkręcony, przez co Mickey House musi walczyć z odczuciami nagłej paniki, niespodziewanymi wybuchami pożądania czy przejmującego smutku. Jest mu o tyle trudno, że zaopatruje młodzież szkolną w wolny od narkotyków mocz na potrzeby badań u higienistki. Konieczność bezustannych wizyt w toalecie jest podyktowana w równym stopniu dręczeniem przez rówieśników, co wstydem Mickeya.

Chłopiec ma też odstające uszy i zbiera na operację plastyczną, która da mu „normalność” – cokolwiek miałoby to znaczyć w szalonym świecie „Baby bump”, zaludnionym przez straszne dzieci i groteskowych dorosłych, z których prawie wszyscy cały czas myślą o seksie bądź uprawiają go. A nawet jeśli tego nie wiedzą, ich ciała wyrażają najbardziej skrywane potrzeby bądź wstydliwą bezradność wobec silnego instynktu kopulacji i prokreacji.

Czarę goryczy przelewa trudna do zaakceptowania przez Mickeya nadopiekuńczość i niezrozumiałe zachowania zaborczej, a może czasami jakby i ludożerczej matki. Kobieta nie potrafi zapanować nad swoimi problemami – i dokłada je synowi, bawiąc się nim jak zepsutą zabawką. Ich domowe potyczki śledzimy z poczuciem, że dotąd w polskich filmach bywało o wiele bardziej sztampowo. Bo tym razem nie idzie o egzemplifikację patologii społecznych (z alkoholizmem na czele), lecz ogólnoludzkich potrzeb, z których zaspokojeniem mają spory problem nie tylko dzieci, ale i zagubieni dorośli.

„Baby bump” jest filmem niepodobnym do niczego w polskim kinie – pod względem fabuły, języka filmowego (ale i ekscentrycznego języka dialogów) czy bezprecedensowej odwagi w ukazywaniu ludzkiej seksualności, a także – uwaga! – erotycznego świata dorastającego chłopca. Czekaj uruchomił na potrzeby filmu dziwny sposób wypowiedzi bohaterów, w którym miesza słowa w języku polskim i angielskim. Idzie za tym barokowa i rozedrgana forma, łączącą w sobie elementy m.in. teledysku, filmu reklamowego czy animacji rysunkowej.

2016: „Królewicz Olch”: eskapizm technomagiczny

Reżyser twierdzi, że chronologicznie jest to jakby jego pierwszy film pełnometrażowy, bo scenariusz napisał wcześniej niż „Baby bump”, a rozterki dojrzewającego bohatera potraktował w innym, bardziej romantycznym i mniej cielesnym wariancie.

Główny bohater (jego wiek – jak przyznaje z lekkim rozbawieniem Czekaj – rośnie z filmu na film) ma tym razem czternaście lat. Sposobem na ucieczkę z domowego piekła jest tutaj genialny umysł i nauki ścisłe na uniwersytecie. Chłopca fascynuje rozwiązanie problemu podróży między światami równoległymi. Czyżby czekało nas eskapistyczne science fiction o trudnym dojrzewaniu? Póki co pozostaje cierpliwie czekać na premierę tego drugiego/pierwszego pełnometrażowego filmu Czekaja. „Królewicz Olch” powstał w ramach nowego projektu Studia Munka „Debiut pełnometrażowy”.