Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (300) / 2016

Anita Jasińska,

ŚNIĘTA RYBA (JIŘI HÁJIČEK: 'RYBIA KREW')

A A A
„Rybia krew” jest książką duszną i ciężką. Mimo otwartych pól, rozległych jezior i namiastki sielskiej wolności właściwej wiejskim krajobrazom, bohaterowie mają przeczucie zacieśniania pętli na szyi i nadchodzącej katastrofy. Czeskie wsie skazane na zagładę mają ustąpić miejsca nowoczesnej, technologicznie bliskiej Czarnobylowi elektrowni jądrowej. Mieszkańcy pobliskich wiosek muszą pogodzić się z decyzją władz. Ich dni są policzone, a oni sami, wychowani na ojcowiźnie, zostają niemal siłą zmuszeni do przeprowadzki do szarych, bezpłciowych, cuchnących plastikiem bloków.

To opowieść o katastrofie ludzi przywiązanych do ziemi, którzy muszą tę ziemię opuścić. Tym, co nie pozwala im tego zrobić, jest nie tylko wizja utraty majątku i sentyment, ale silne poczucie przynależności do wiejskiej społeczności, która teraz, w obliczu budowy, ma zostać rozbita i rozrzucona po Czechach. Jest to także historia o braku porozumienia, o konflikcie pokoleń, o zerwanych relacjach i niezrozumieniu. Przyszłość młodych ludzi, dopiero zżywających się z własną wielowiekową tradycją i dwustuletnimi chałupami swoich rodzin, zostaje na zawsze naznaczona. Nigdy nie pogodzą się z wysiedleniem i wydarciem korzeni. Starsi, nie mogąc zrozumieć dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, pozbawieniem nadziei i przekreśleniem dorobku życia, decydują się na odejście.

Jeden z bohaterów, stary zielarz, mówi Hanie, głównej bohaterce powieści, o potrzebie wybaczenia, które jest elementem koniecznym do oczyszczenia atmosfery lęku, tajemnicy i niemocy. Wieś, choć opisana jako przestrzeń arkadyjska, pełna pachnących sadów, warzywnych ogródków i pomocnych sąsiadów, jest obszarem zamkniętym, w którym panuje niejawna, wstydliwa przeszłość. Czytelnik ma wrażenie, że na kartach powieści toczy się gra, której nie rozumie. Przekleństwo niewyjaśnionych i zatajonych spraw dziadków i pradziadków, mimo upływu lat, nie zostaje przedawnione. Budowa elektrowni wydaje się nie tylko elementem postępu technologicznego Czech, ale i swego rodzaju karą.

„Krajobraz po katastrofie” został w powieści misternie skonstruowany. Natura, a wraz z nią w geście ostatecznej solidarności ludzie, próbują dać świadectwo absolutnej klęski. Ta wielogłosowość spustoszenia tworzy niezwyczajną mozaikę zniszczenia. Nie wiadomo jednak, czego jesteśmy świadkami. Wydaje się, że czeski pejzaż został skażony przez wewnętrzny rozpad małych społeczności lokalnych i akty oderwania od wielopokoleniowej tradycji przywiązania do ziemi.

Historia, którą kreśli Jiri Hájíček, wydarza się jeszcze przed katastrofą. Jej nieuniknione nadejście jest wciąż przepowiadane, a atmosfera zagrożenia nieustannie narasta, stając się w końcu nie do zniesienia i dla bohaterów czeskiej powieści, i polskich czytelników. Świat pisarza drży i chyli się ku końcowi. Chybotliwy krajobraz małych wsi rozpada się na naszych oczach. Mimo że apokalipsa jeszcze nie nadeszła, przestrzeń w powieści zdaje się być już okaleczona i zawłaszczona.

Paradoksalnie wybudowanie elektrowni jądrowej, ziszczenie wielkich planów i potęgi gospodarczej, niczego już nie zmieni. Katastrofa, która staje się nadrzędnym tematem powieści, trzonem akcji, wokół której koncentrują się historie i losy postaci, jest najgorszym koszmarem, niewypowiedzianą stratą i wyczekiwanym zakończeniem sporu. Niewielu z bohaterów rozumie, że to, co najgorsze, już nadeszło – decyzja o wyburzeniu domów dawno zapadła, a protesty mieszkańców niczego nie zmieniają. Akcja wysiedlania mieszkańców wsi została szczegółowo zaplanowana, przygotowano nawet plany B i C na wypadek, gdyby wśród okolicznej ludności byli tacy, którzy legitymować się będą wyjątkowym uporem.

Hana, która staje niejako w centrum zdarzeń, ukazana zostaje jako postać osamotniona i nieszczęśliwa. Jej historia zatacza koło. Po piętnastu latach wraca do rodzinnej miejscowości, a właściwie do miejsca, które ma zastąpić kobiecie dom, by mogła dokończyć rozgrzebane wiele lat temu sprawy. Nie jest już dziewczynką, która marzyła o karierze pisarskiej, ani nastolatką, pragnącą wyjść za mąż za chłopaka z sąsiedztwa i pracować w okolicznej szkole. Nie przestaje jednak być tą, która dopuściła się grzechu i zrezygnowała z obiecującej znajomości, by ulegając nierozważnym podrygom serca, związać się z chłopakiem przyjaciółki, Petrem. Dawna, młodzieńcza zdrada i hańba rodziny nie została zapomniana. Nawet po wielu latach w konserwatywnej, małej społeczności wciąż żywa jest prawda o przeszłości. Powrót Hany jest więc niepotrzebny i niemożliwy. Jej ucieczka za granicę rodzimych Czech i doświadczenie wielu kultur, tradycji i języków nie tylko nie pomaga w odnowieniu utraconych kontaktów i naprawieniu relacji, ale prowadzi do całkowitego wyobcowania. Dojrzała mieszkanka Rotterdamu nie poznaje czeskich Budziejowic i okolicznych miasteczek. Kraj lat dziecinnych został na zawsze utracony. Utrata jest o tyle większa, że podwójna, po raz pierwszy w wymiarze rzeczywistym, a drugi – w symbolicznym. Wykluczenie i otrzymanie statusu kogoś obcego, przyjezdnego degraduje Hanę i nie pozwala szczęśliwie zakończyć podróży. Kontakty z ojcem pozostają chłodne i mocno oficjalne. Dystans kilkunastu lat nie wpłynął kojącą na relacje z córką. Emocjonalna przepaść okazuje się wyrwą nie do zasypania i nie do obłaskawienia.

Powracająca z zagranicy kobieta ma plan. Chce spotkać się z dawnymi sąsiadami, koleżankami i bratem. Chce odhaczyć na swojej iście holenderskiej liście spraw do załatwienia dwanaście spotkań, które byłyby czymś w rodzaju prywatnej psychoterapii, mogącej przynieść wyczekiwaną ulgę. Niestety prawie żadne ze spotkań nie okaże się satysfakcjonujące. Dawne przyjaciółki są teraz nudnymi matkami i żonami, bez pasji i młodzieńczego błysku w oku. Wszystkie pozostały w Czechach i wpadły w pokoleniowy schemat, którego pragnęły uniknąć. Nawet Milada, która zawsze odstawała od reszty rówieśniczej grupy klasą i miejskim, wysokim standardem życia, prowadzi smutne życie zmęczonej prawniczki. Kobiety nie mają wspólnych tematów. Pozorny okazuje się także kontakt z Anną, dawną przyjaciółką repatriantki. Zaskakujące, że dwoma jedynymi prawdziwie ciepłymi spotkaniami okazują się wizyty u osób, z którymi Hana straciła kontakt w czasie, kiedy mieszkała jeszcze we wsi. Nastąpiło to przed ostatecznym wykluczeniem, a może wystąpieniem ze społeczności lokalnej. Honza i Olina, brat i szkolna koleżanka, będą tymi osobami, dzięki którym Hana częściowo spełni swój cel – domknie nieprzedawnioną historię rodzinną.

Najważniejsza jednak okazuje się cisza. W milczeniu odbywa się tu wszystko nawet krzyk okazuje się jedynie złudny. Hanna żyje w świecie niezwerbalizowanego cierpienia, które nie może zostać wypowiedziane. Podwójna perspektywa, małej Hani i dorosłej Hany, obrasta w przejmującą ciszę. O niczym się tutaj nie rozmawia, niczego nie wyjaśnia. Rozmowy, jeśli są, prowadzą do kłótni i nieporozumień, a akt wybaczenia, najważniejszy element wiejskiej rzeczywistości, albo w ogóle nie następuję, albo zostaje dyskretnie zaakceptowany. Czytelnicy wchodzą więc w rolę, która zostaje dla nich zaprojektowana, choć oni sami żyją w iluzji pewności, że to oni dokonali wyboru. Odbiorca może swojemu ulubionemu bohaterowi współczuć, kiwać z dezaprobatą głową i współodczuwać żal. Nie dochodzi jednak do doświadczenia porozumienia.

Kominy elektrowni wgryzły się w codzienny widok osiedli wysiedleńców i przypominają im o tymczasowości ich egzystencji. I jeśli gdzieś, w międzyczasie, pojawiają się tu prawdziwa radość i beztroski śmiech, to zawsze w nierozerwalnej parze z dojmującym smutkiem i nieopisaną rozpaczą. Bohaterowie wciąż muszą godzić się z upokorzeniem i być przygotowanymi na pożegnania. Maleńkie wsie obok niewiele większych Budziejowic stają się symbolem pozarozumowego zniszczenia, które może zdarzyć się wszędzie.
Jiří Hájíček: „Rybia krew”. Przeł. Dorota Dobrew. Książkowe Klimaty. Wrocław 2015 [seria: Czeskie klimaty].