Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (300) / 2016

Katarzyna Szkaradnik,

'IŚĆ POD PRĄD WSZYSTKIEMU, CZYM JESTEŚMY' (EMIL CIORAN: 'ZESZYTY 1957-1972')

A A A
„Wykrzykniki”. Takim tytułem Emil Cioran zamierzał opatrzyć ewentualną książkę powstałą na bazie zapisków, których sukcesywnie dokonywał w specjalnych zeszytach, łącznie 34 w przeciągu 15 lat. Szkoda, że wydawcy nie podchwycili pomysłu, gdyż to doprawdy trafny tytuł – większość notatek jest lakoniczna, emocjonalna i dobitna niczym wykrzyknik. Rzecz niezaskakująca dla nikogo, kto choć raz zetknął się z pisarstwem rumuńskiego eseisty, słynącego ze zgrabnie, syntetycznie ujętych dekadenckich refleksji. Można by jednak oczekiwać, iż o ile tamte zamieszczone w przygotowanych przez niego publikacjach przypominają brylanty, o tyle te „brulionowe” będą mniej wypolerowane. Owszem, kajety zawierają też treści hasłowe, które miały jeszcze podlegać opracowaniu, ale przecież niektóre zdania zostały żywcem przeniesione do innych pozycji autora „Upadku w czas”. Zresztą wspomniane oczekiwania dotyczyłyby raczej nie samego stylu, lecz bezpośredniości, zgodnie z intuicją, że do „brudnopisów” przelewa się myśli in crudo, że owe myśli bardziej niż do szlachetnych kamieni okażą się podobne do parzącej magmy.

Działałby tutaj mit „tajnego dziennika”, odnalezionego dopiero po śmierci pisarza i mogącego weryfikować jego oficjalną twórczość. Czy jednak zasadne jest takie rozróżnienie w odniesieniu do Ciorana, który każdorazowo artykułuje własne stany, uprawia „myślenie całym sobą – a nie tylko intelektualne ćwiczenie – zaangażowane w dramat ludzkiej egzystencji (…). Poznanie staje się [u niego] równoznaczne z introspekcją – to, co najbardziej osobiste, jest bowiem też tym, co najbardziej uniwersalne – pisanie zaś tożsame z autoterapią” (Ugniewska 1993: 7)? Pomimo owego organicznego zrostu materii wszystkich książek z samym autorem niektóre passusy „Zeszytów” istotnie wydają się nie tylko pisane krzykiem, ale wręcz wyrywane z trzewi, a zarazem pozostają równie błyskotliwe jak aforyzmy kierowane do druku. Przyległość litery do ducha jest wszakże iluzoryczna, wyszlifowany język stanowi przekleństwo nadgorliwego emigranta: „[P]isałem książki w stylu »powściągliwym«, szlachetnym, (…) sztucznym. Nigdzie ani śladu tego obrzydliwego liryzmu, bez którego (…) nie ma oddechu! Wyłem z gramatyką w dłoni! Tragedia przybłędy” (s. 816).

Publikacja „Zeszytów 1957-1972” mogła budzić kontrowersje ze względu na autorskie polecenie zniszczenia owych brulionów. W przypadku takiej ostatniej woli mamy jednak do czynienia z blefem: jeśli pisarz nie spali danego tekstu własnoręcznie, to bierze pod uwagę jego wydanie, któremu swoim zakazem tylko dodaje sensacyjności. Niemniej udostępnienie zapisków Ciorana okazało się sensacją zaledwie dla wąskiego grona jego (wy)znawców; w naszym kraju autor „Zarysu rozkładu” tym bardziej należy do myślicieli głośnych, a równocześnie rzadko zgłębianych. Zmienia się to ostatnio nie bez zasługi Wydawnictwa Aletheia, systematycznie drukującego jego książki, lecz trzeba podkreślić, że pierwsza polska edycja notatek zmarłego w 1995 roku „antyfilozofa” ukazała się już przed 12 laty w Wydawnictwie KR (zresztą również w przekładzie Ireneusza Kani, tłumacza większości pozycji Ciorana). Czy zatem druga była potrzebna?

Sądząc po reakcjach internautów na jej zapowiedź, resztki tamtego nakładu wypada uznać za towar deficytowy. Tak czy owak „Zeszyty” na pewno warte są przypomnienia, chociaż nie stanowią rewelacji w sensie odsłonięcia sekretów autora lub innej perspektywy oglądu pozostałych jego pism. Przeciwnie – dochodzą tu do głosu wszystkie „przeklęte pytania”, z jakimi się zmagał, kredowe koło jego obsesji: pustka, trwoga, absurd istnienia i świadomości, nuda egzystencjalna, źródłowość zła, pragnienie wyzwolenia etc. Poniekąd novum „Zeszytów” byłby ich quasi-dziennikowy charakter, oznaczający, po pierwsze, chronologiczność notatek (choć daty pojawiają się wybiórczo i nie zawsze w momentach najważniejszych według czytelnika), po drugie, większe wyeksponowanie codziennych wydarzeń. Mimo fragmentaryczności, często wprost telegraficzności, zapiski te nakreślają 15-letni odcinek ścieżki życiowej autora „Wyznań i anatem”. Odnotowuje on więc swoją reakcję na wiadomości o śmierci matki i siostry oraz na studenckie zaproszenie do wygłoszenia prelekcji, przytacza opinie o własnych świeżo wydanych książkach, komentuje doniesienia prasowe, a sprawy bieżące – przefiltrowane przez subiektywne odczucia – nigdy nie układają się w suchą kronikę.

Warto zauważyć, że aczkolwiek Cioran przedstawia swe myśli jako pokłosie bezsennych nocy zgrozy i cierpienia, to przecież „Zeszyty” poświadczają, iż nie był anachoretą zamkniętym w mieszkaniu niczym w celi. Napotkamy wzmianki o włóczęgach po Paryżu i wypadach za miasto, o wyjściu do teatru (skutkującym odkryciem twórcy, który „lubił się torturować jeszcze bardziej niż ja” [s. 760]), o wrażeniach z wystawy malarstwa japońskiego w Luwrze czy nawet o zwiedzaniu muzeów w Londynie. Autor „Świętych i łez” z właściwą sobie emfazą obrazuje współczesne społeczeństwo: „Wszystkie te okularnice walące w maszyny i wypisujące cyfry przyprawiły mnie o nieznośną chandrę. Dziwki z ulicy Saint-Denis, tuż obok, zdają mi się o wiele bardziej uprzywilejowane przez los. Pomyśleć, że można istotę ludzką skazać na tkwienie codziennie przez osiem godzin przed maszyną do pisania!” (s. 438). Obserwuje paryskich studentów w pełnym napięcia roku 1968, choć i wówczas koncentruje się na jednym uderzającym szczególe, który czyni punktem wyjścia ogólniejszej refleksji lub autoanalizy.

Ponadto ten „wzorcowy” mizantrop uczestniczy w spotkaniach towarzyskich, zdarza mu się pójść z kimś na obiad do restauracji, nawet udzielić wywiadu dla tygodnika „Time” (z czego rozgrzesza się uwagą, że czytelnikami będą mieszkańcy innego kontynentu), a czasem przyjmować gości. Bądź co bądź Cioran posiadał niemały krąg znajomych wśród zachodnioeuropejskich intelektualistów, utrzymywał kontakty m.in. z Beckettem czy Ionesco. „U Gabriela Marcela spotkałem Goldmanna; później spacerowaliśmy, potem wstąpiliśmy do kawiarni. (…) Przez dwadzieścia lat wyrabiał mi reputację antysemity i przyczyniał mnóstwo przykrości. W ciągu jednej godziny staliśmy się przyjaciółmi. Jak ciekawe jest życie!” (s. 663). Notabene, dobrze, że książka zawiera indeks osób, dzięki czemu można śledzić także mniej bezpośrednie relacje myśliciela z innymi, wszak nawet ekstremalnie skupiony na sobie outsider nie potrafi funkcjonować bez prowadzenia dyskusji. Do jego „interlokutorów” należą głównie pisarze, od uwielbianego Tacyta po Flauberta, od La Rochefoucauld po Joyce’a i od Dantego po Erenburga, przy czym rumuński eseista kieruje się regułą, że „Czytanie autorów nieaktualnych w epokach niespokojnych jest najlepszą odtrutką” (s. 547).

Z kolei pisanie traktuje Cioran niczym wentyl bezpieczeństwa, przez który upuszcza swoją rozpacz, gniew i zwątpienie. W „Zeszytach” – jak w innych jego książkach – znajdziemy ekspresyjne olśnienia oraz melancholijne medytacje o sprawach ostatecznych, samotności, okrucieństwie, prawdzie, ciszy, mistyce, poezji, muzyce, chrystianizmie, ciele, psychoanalizie, dziedziczności, upokorzeniu… Ale też rozważania nad oglądanymi filmami czy zagrożeniem atomowym, pogłosy problemów rodziny w Rumunii, reminiscencje z młodości (w tym wstydliwy akces do Żelaznej Gwardii), rejestr udręk emigranta, prześwietlanie „ducha” różnych narodów, wreszcie sporo parabolicznych anegdot, bo w końcu „Doktryny przemijają – anegdoty pozostają” (s. 697).

Całości ton nadają Cioranowskie „wyjące rozdarcia” (s. 685), płynące zarówno z dumań filozoficznych, jak i doznań fizjologicznych, refleksja autora „Sylogizmów goryczy” jest bowiem niezbywalnie „somatyczna”. Wyznaje on już w 1959 roku: „Co rusz źle się czuję, idę od choroby do choroby. (…) Poczucie radykalnej niemocy wobec wszystkiego. Urodzony bez żadnych rezerw” (s. 30), z czasem lekarze stwierdzają u niego kolejne przypadłości. Niekiedy jednak sprawia wrażenie hipochondryka i trudno uwierzyć, by serio nie miał zrozumienia dla 75-letniego sąsiada, który „bez przerwy narzeka na zdrowie, przejmuje się, wyolbrzymia swoje dolegliwości. (…) Mówię mu, że wszystko trzeba brać »filozoficznie«” (s. 576). Umie przecież do własnych niedomagań podejść z autoironią: „Przeziębiony przez sześć miesięcy w roku! Powinienem napisać książkę pod sorboniastym tytułem »Fenomenologia zakatarzenia«” (s. 35).

Warto podkreślić ów dystans Ciorana wobec siebie, wszak poczucie nieszczęścia, rozszczepienia, ontologicznej bezdomności, „bojaźni i drżenia” z jednej strony przytłacza go, z drugiej zaś stanowi siłę napędową jego myślenia – tyleż apokaliptycznego, co analitycznego: „Dobra i skuteczna jest jedynie ta moja taktyka: zużywać rozpacz, osłabiać ją i redukować poprzez (…) analizowanie jej” (s. 261). Tym bardziej więc typowy dla niego neurotyczny egotyzm może skłaniać do pytań: ile w pismach eseisty cierpiętnictwa i histerii? Ile dojmującego psychofizycznego bólu, a ile pozerstwa? Raz prywatny fatalizm i zgorzknienie uzasadnia Cioran charakterem narodowym, przekonując, że „daremność” i „znikomość” (w jego ojczystym języku) to kategorie immanentnie związane z rumuńskim nihilizmem, „coś rzeczywistego w naszej, w mojej krwi” (s. 653). Kiedy indziej tłumaczy swe hiperbolizacje predylekcją do przesady w uczuciach oraz twierdzi, że „porażka jako los znamionuje tylko tego, kto wszelkie powodzenie nieświadomie uważa za hańbę i upokorzenie. Ja zawsze na powierzchni pragnąłem sukcesu, w głębi zaś – porażki” (s. 532). Dezawuując napuszony racjonalizm, co rusz przekłuwa też własny patos jako myślową łatwiznę, np.: „Stoicy mają rację w teorii. W praktyce (…) [o]d rana do wieczora tylko zajmujemy stanowisko za albo przeciw rzeczom, wobec których jesteśmy bezradni. »Życie« jest właśnie tym; (…) to pęd zarazem chciany i nieunikniony ku (…zadzwonił właśnie telefon i zapomniałem, co chciałem powiedzieć)” (s. 706).

Ze zmienną ogniskową idzie w parze zmienność nastrojów tego „sceptyka i narwańca w jednej osobie” (s. 26). Gorączkowość myśli nie wyklucza zimnego, niekiedy cynicznego nastawienia, widocznego w „Zeszytach” zwłaszcza w ocenach zarówno tuzów („Gdy pomyślę, że taki sztywniak jak Gide mógł zdominować literaturę francuską na pięćdziesiąt lat!” [s. 506]), jak i znajomych ukrytych pod kryptonimami. Trzeba jednak oddać autorowi sprawiedliwość: jeśli bywa cięty na innych, to na siebie w trójnasób – dokonuje wiwisekcji bez znieczulenia, przyznaje się też do psychologicznych manewrów: „Moja mania oskarżania wszystkiego – bogów i ludzi, bez różnicy – żeby uniknąć mierzenia własnej odpowiedzialności za nędze, jakich doznaję” (s. 230).

Bezkompromisowy i gwałtowny, Cioran prowokuje do sprzeciwów, zresztą często nie zgadza się sam ze sobą. Explicite stawiając chaos ponad system, szafuje aporiami, które odzwierciedlają tyleż irracjonalność bytu, co jego własną naturę, bo przecież – jak usprawiedliwia się minoderyjnie – „Sam Bóg nie umiałby położyć kresu moim sprzecznościom” (s. 21). Podsuwa tropy, by zaraz je podważać; podważając z kolei własne punkty oparcia, wiedzie żywot „zwykłego linoskoczka” (s. 498). Nie sposób nie skojarzyć owej figury z linoskoczkiem występującym w „Tako rzecze Zaratustra”, który również „z niebezpieczeństwa uczynił powołanie” (Nietzsche 1995: 16). Ale z autorem „Jutrzenki” łączy Ciorana zdecydowanie więcej: podejrzliwość wobec uroszczeń metafizyki, diagnoza krachu fundamentów aksjologicznych i schyłku zachodniej kultury. Można bez przesady nazwać go myślicielem „być może najradykalniej ze wszystkich przeżywającym (bo przecież nie: na zimno formułującym) »prawdę«, że świat, który być powinien, nie istnieje, a świata, który istnieje, nie powinno być” (Szaj 2015: 104).

Oczywiście afektowany pesymizm rumuńskiego eseisty może od niego odstręczać, lecz osoba podejmująca się towarzyszenia mu w zmaganiach ze skandalem istnienia (jedynym prawdziwym skandalem w owym „tajnym dzienniku”) powinna sięgnąć po „Zeszyty”. Kto jednak od nich zamierzałby rozpocząć znajomość z Cioranem, będzie zapewne musiał wspomóc się innymi źródłami, ponieważ docelowemu adresatowi tomu nie potrzeba informacji biograficznych i wystarczą mu nieliczne przypisy, dotyczące głównie kwestii bibliograficznych oraz wieloznaczności słów. Mimo że omawiana pozycja stanowi lekturę ciężką nie tylko dosłownie, rumuński „antyfilozof” często urzeka finezją i przenikliwością. Owszem, pewne notatki bywają trywialne, np. „Kac” (datowana!), ale też trudno, żeby w zapiskach powstających przez półtora dekady i zajmujących prawie 1000 stron druku nie znalazły się banały. Skądinąd niektóre po namyśle można uznać za pozorne, gdyż Cioran jak zwykle opalizuje – czasami razi, lecz przeważnie błyszczy. Niekiedy się powtarza, co jednak w tym wypadku nieuniknione, zresztą nieraz po prostu wielokrotnie powraca do dręczącego go problemu. Czytając „Zeszyty” od deski do deski, odbiorca nie uniknie znużenia, na szczęście autor żadną książką nie zmusza do takiej lektury; zmusza natomiast do porzucenia spokoju ducha zgodnie z imperatywem: „w miarę możliwości przyczyniać się do wzrostu ogólnego zaniepokojenia” (s. 22).

A jednak – chociaż Cioran mianuje swoim bogiem Arymana, czyli władcę ciemności i zniszczenia, choć neguje wszelkie pewniki, a lejtmotywem „Zeszytów” jest dosłowna i metaforyczna nieuleczalność – wydaje się, że mamy tu do czynienia tyleż z destrukcją, „zarysem rozkładu”, co z upartą konstrukcją. Mnie samą bardziej niż analiza nędzy osobistej i nędzy conditio humana porusza właśnie dążenie do sensu pomimo wszystko. Oprócz pasowania się ze „złym demiurgiem” i wołania do pustych niebios pojawia się więc epifania: „Bezsenność na wsi. Pewnego razu wstałem około piątej nad ranem, by kontemplować ogród. Wizja edeńska, nadprzyrodzone światło. W oddali cztery topole wyciągały się ku Bogu” (s. 278). Człowiek, dla którego najbardziej zdumiewającą rzeczą jest radość (s. 21), któremu ulgę przynosi myśl, że świat został „sfuszerowany”, notuje: „Słuchając dziś w radio Ruggiera Ricciego grającego »Partitę nr 1« Bacha, poczułem, że nie wolno rezygnować, że nie mamy prawa dać we wszystkim za wygraną (…)” (s. 735). Okazuje się, iż przed radykalnym odrzuceniem jałowej egzystencji broni autora (i niemal każdego z nas) coś więcej niż zwierzęcy instynkt samozachowawczy oraz duma z cierpienia („Mając moją wizję świata, każdy by się zabił” [s. 574]). Sensem jest sama potrzeba nie tyle znalezienia sensu, ile konstruowania go: „Zaatakujmy rzeczywistość u jej podstaw, przemieńmy ją w kompozycję i sens” (s. 21). Ale już jego poszukiwanie wszystko zmienia. „Mieć owo »po co?« we krwi, urodzić się z nim. Jest w tym pytaniu i w tym, kto je zadaje, jakieś kalekie światło. Człowiek je zadający, bodaj nawet idiota, nie jest już jak inni, przestaje być podobny do kogokolwiek. Jest kimś jedynym i jest niczym” (s. 858). Cioran niewątpliwie należy do myślicieli jedynych w swoim rodzaju, a chociaż stał się „niczym”, książki takie jak „Zeszyty” stanowią o tym, że nawet wbrew swym własnym chęciom (!) nie jest nikim.

LITERATURA:

Nietzsche F.: „Tako rzecze Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo”. Przeł. W. Berent. Poznań 1995.

Szaj P.: „Nihilista radykalny. O diagnozach kulturowych Emila Ciorana”. „Analiza i Egzystencja” 2015, nr 31.

Ugniewska J.: „Wstęp”. W: E. Cioran: „Aforyzmy”. Wybór i przeł. J. Ugniewska. Warszawa 1993.
Emil Cioran: „Zeszyty 1957-1972”. Przeł. Ireneusz Kania. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2016.