Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (300) / 2016

Ewelina Suszek,

OD POCZĄTKU (JAKUB MOMRO: 'WIDMONTOLOGIE NOWOCZESNOŚCI')

A A A
Wielość poruszanych wątków, rozmaitość przywoływanych szkół i inspiracji (ich sygnałem niech będzie wachlarz mott) oraz duża pojemność kategorii „widmo”, a w końcu obszerność studium (ponad pięćset stron) sprawiają, że piszącemu o książce „Widmontologie nowoczesności. Genezy” Jakuba Momry może być trudno zarówno znaleźć klamrę spajającą refleksję, jak i wybrać dobry punkt wyjścia do jej snucia. Być może na początku należałoby przypomnieć, że ów wskazany rozmach to nic nowego, że ma on swoje źródło gdzie indziej. Wszak w odniesieniu do poprzedniej monografii „Literatura świadomości. Samuel Beckett – podmiot – negatywność” (2010) Agata Bielik-Robson pisała: „dzieje się zaskakująco wiele – filozoficznie, lingwistycznie, egzystencjalnie” (Bielik-Robson 2016: 98). Gęstość i erudycyjność wywodu faktycznie stanowią charakterystyczną cechę pisarstwa Momry. Podobnie jak zamiłowanie do stylu aporetycznego oraz zainteresowanie kategoriami negatywnymi – zwłaszcza w kontekście zagadnienia podmiotowości. Autor pozostaje wierny dawnym inspiracjom: dialektyce negatywnej Theodora Adorna, dekonstrukcji Jacquesa Derridy i filozofii Maurice’a Blanchota, chociaż w „Widmontologiach nowoczesności” rozszerza repertuar metodologiczny o psychoanalizę, wcześniej sporadycznie wykorzystywaną, co wytykali mu zresztą niektórzy komentatorzy.

Jest chyba jednak zdecydowanie za wcześnie, by śledzić przejawy ewentualnej ewolucji. Może nawet to nie jest wcale dobry moment dla dojrzałego, zdystansowanego pisania o samych „Widomontologiach nowoczesności”. Próba taka stwarza bowiem wrażenie komentarza zbyt pośpiesznego, a więc nieostrożnego i nieodpowiedzialnego, konstruowanego, jakby zabrakło cierpliwości w oczekiwaniu na kolejne tomy. A przecież autor zapowiada, że książka stanowi dopiero początek serii, zaledwie zalążek obiecanego „cyklu widomontologicznych historii” (s. 9). Lojalny czytelnik, respektujący całość projektu, w przyszłości będzie miał okazję do dalszych spotkań z widmem, do zmierzenia się z zagadnieniem zapośredniczenia, zapoznaniem się z następną wariacją na temat podmiotowości, a także pogłębieniem analiz politycznego oraz ideologicznego wymiaru widma. Zatem, skoro przynajmniej częściowo niektóre problemy poruszane w książce „Widomontologie nowoczesności” mają niczym widmo nawiedzić nas ponownie, dzisiejsza lektura musi nieco straszyć brakiem właściwego, czyli perspektywicznego spojrzenia na propozycję Momry.

Niemożliwość holistycznego ujęcia projektu każe zaufać zarówno obietnicom autora, jak i ogólnemu opisowi zamiarów badacza. A zatem warto powrócić do początku książki. We wstępie literaturoznawca formułuje bowiem główną tezę właśnie o braku początku: „(…) nowoczesność daje się pomyśleć, na przekór Habermasowi, nie jako modernizacyjna, prospektywna narracja, niemogąca się – z istoty swej – zakończyć, lecz jako proces, który nie może się ani zacząć, ani dosięgnąć własnego kresu. Właśnie w tej perspektywie można potraktować nowoczesność jako widmo, które bez końca nawiedza jednostki i zbiorowości w różnych postaciach niepełnych, nietrwałych, radykalnie niespójnych czasowo, asynchronicznych, przejściowych form ontologicznych” (s. 8). W transcendentalnym pytaniu o „warunki możliwości widma jako paradoksalnego »niepełnego spełnienia« moderny” (s. 8) Momro widzi (tak ważną w projektach grantowych) szansę na zainicjowanie nowego pola badawczego.

Symbolem modernistycznej epistemologii, niemożliwości wskazania prostej genezy oraz źródła reprezentacji czyni autor pracę „Étant donnés” Marcela Duchampa, którą interpretuje we wstępnym tekście „Intro. Ruina spojrzenia”. Taki dualizm pierwszych partii książki zdaje się sygnalizować jej dwudzielną kompozycję. Pierwsza część – „Spekulacje” – stanowi teoretyczny namysł nad widmontologią. Momro dogłębnie analizuje w niej refleksje krytyków źródłowości. Na swoich sprzymierzeńców w mąceniu źródła wybiera niekiedy zantagonizowanych ze sobą (co skrupulatnie pokazuje) reprezentantów różnych orientacji filozoficznych: Waltera Benjamina, Georgesa Bataille’a, Theodora Adorna, Maxa Horkheimera, Zygmunta Freuda, Jacquesa Lacana, mniej znanego w Polsce Jeana Lanplanche’a, a przede wszystkim Jacquesa Derridę – najważniejszego dobrego ducha książki.

Rozmaitość inspiracji sprzyja szerokiemu rozumieniu kategorii widma. Niestety, trzeba przyznać rację recenzentowi Michałowi Kozie, który wytyka autorowi brak precyzji w jej opisywaniu. Widmowy charakter ma nie tylko ontologia, ale i epistemologia, zwłaszcza historia podmiotu. A zatem widmowe mogą być między innymi: egzystencja, rzeczywistość, podmiot, spojrzenie, struktura mentalna, treść w alegorii, język, to, co wyparte, oraz oczywiście źródłowość. Widmo może być: werbalne, obrazowe lub akustyczne. Zawieszone między obecnością a nieobecnością jest z „zasady” nieczyste i trudno uchwytne, lecz w książce sytuację tę dodatkowo komplikuje fakt, że nie ma w niej jednego widma – kolejne karty nawiedzają raczej rozmaite zjawy. To trochę niepokoi. Oczywiście, można uznać, że tak wieloaspektowy projekt ma szansę okazać się inspirujący i w ten sposób zwiększa się jego atrakcyjność, co wydaje się nader istotne wobec ambicji wyznaczenia nowego pola epistemologicznego. Niemniej dookreślenie, a nawet zawężenie kluczowej kategorii ułatwiłoby śledzenie gęstego wywodu autora.

Ta miejscami bardzo hermetyczna książka bez wątpienia wymaga od odbiorcy wcześniejszego przygotowania filozoficznego i literaturoznawczego. Podążający tropem intertekstów czytelnik powinien być uprzedzony o dużym stopniu abstrakcyjności dyskursu (przykładem potęgowania abstrakcji niech będzie spekulacja Momry na temat tego, jak mogłoby wyglądać Heglowskie odczytanie Adornowskiej lektury Odyseusza, który zdaje się już niewiele mieć wspólnego z Homeryckim bohaterem, funkcjonuje bowiem jako prefiguracja nowoczesnego podmiotu).

Świeży powiew przynosi część druga, choć i wobec niej czytelnik powinien wykazywać się znaczną wrażliwością teoretyczną. Jest to bowiem – posiłkując się określeniem autora – przestrzeń „krótkich spięć” (s. 9) między wywodem teoretycznym a fenomenami artystycznymi, które oscylują wokół problematyki genezy nowoczesnej widmowości. Przy czym „fenomeny artystyczne” należałoby również rozumieć szeroko, ponieważ wybrane teksty kultury reprezentują rozmaite dziedziny sztuki. W „Praktykach” znajdziemy analizę „Don Giovanniego” w inscenizacji Josepha Loseya, poezji Charlesa Baudelaire’a, powieści „Dzieci umarłych” Elfriede Jelinek i „Austerlitz” W.G. Sebalda, filmów Luisa Buñuela oraz opery „Lulu” Albana Berga. W części tej Momro przybliża również figury krypty oraz archiwum, wydobywając ich paradoksalny status. Do rozdziału „Obraz mesjański, obraz anarchiczny” powinni natomiast zajrzeć wszyscy zainteresowani „Widmami Marksa” Jacquesa Derridy, których polskie tłumaczenie właśnie się ukazało.

Propozycję Momry warto rozpatrzeć w szerszym kontekście. Należałoby ją widzieć jako przejaw coraz częstszego wywoływania widm w polskiej humanistyce. Warto w tym miejscu wspomnieć o najnowszym numerze „Tekstów Drugich” (2016, nr 2), poświęconym między innymi metaforyce widm oraz „teorii nawiedzenia” (Momro zamieścił w nim artykuł „Echo i medium”). Wywrotowy potencjał – podobnie jak autor „Widmontologii nowoczesności” – przyznaje widmu Andrzej Marzec w opublikowanej w zbliżonym czasie pracy „Widmontologia. Teoria filozoficzna i praktyka artystyczna ponowoczesności”, także inspirowanej dekonstrukcją i – jak zdradza już sam tytuł – oscylującej między myślą filozoficzną oraz refleksją nad przestrzenią sztuki (między innymi pojawia się odwołanie do prozy Sebalda), również akcentującej widmowy charakter podmiotu i rzeczywistości oraz uwypuklającej kategorię krypty. W ujęciu nowoczesności jako resztki, w sięganiu po motywy odbicia, odcisku, ruiny, w rozwijaniu koncepcji języka oraz podmiotu jako śladu Momro zbliża się do Andrzeja Zawadzkiego. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że obaj badacze pochodzą z tego samego środowiska naukowego oraz pracowali przy wspólnych projektach tłumaczeniowych, a przede wszystkim jeżeli uwzględnić podobieństwa merytoryczne obu koncepcji, to nieco zaskakiwać może brak jakichkolwiek odniesień do monografii „Literatura a myśl słaba” oraz „Obraz i ślad” Zawadzkiego.

Obszerne studium Momry wymaga dokładnej, uważnej lektury. Okoliczności wydania tej pracy zachęcają dodatkowo do praktyki komparatystycznej, do lokalizacji w szerszym kontekście, na mapie (nie tylko) polskiej hauntologii oraz do precyzyjniejszego wskazania na korelacje widoczne między koncepcjami różnych badaczy. Jednocześnie nie wolno zapominać, że książka stanowi zaledwie preludium do ambitnie zakrojonego projektu. Dopiero po jego finalizacji można będzie w pełni ocenić pierwszy tom. Będzie go zatem należało przeczytać raz jeszcze – od początku.

LITERATURA:

Bielik-Robson A.: „Obłędne zadanie. Żywe aporie Samuela Becketta”. W: tejże: „Cienie pod czerwoną skałą. Eseje o literaturze”. Gdańsk 2016.

Koza M.: „Widmowe narodziny nowoczesnego podmiotu”. „Znak” 2015, nr 725. Artykuł dostępny internetowo: http://www.miesiecznik.znak.com.pl/widmowe-narodziny-nowoczesnego-podmiotu/, dostęp: 14.06.2016.

Marzec A.: „Widmontologia. Teoria filozoficzna i praktyka artystyczna ponowoczesności”. Warszawa 2015.

Momro J.: „Literatura świadomości. Samuel Beckett – podmiot – negatywność. Kraków 2010.

„Teksty Drugie” 2016, nr 2 [numer poświęcony widmologiom].

Zawadzki A.: „Literatura a myśl słaba”. Kraków 2009.

Zawadzki A.: „Obraz i ślad”. Kraków 2014.
Jakub Momro: „Widmontologie nowoczesności. Genezy”. Instytut Badań Literackich PAN. Warszawa 2014 [seria: Nowa Humanistyka].