Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (300) / 2016

Miłosz Markiewicz,

NIE MA GŁUPICH PYTAŃ... (EDWARD O. WILSON: 'ZNACZENIE LUDZKIEGO ISTNIENIA')

A A A
W 2013 roku prawie połowa (46%) Amerykanów uznaje teorię ewolucji za zmyśloną, przechylając się tym samym w kierunku kreacjonizmu. Oprócz oczywistego zakorzenienia tej drugiej koncepcji w myśleniu religijnym istnieją jeszcze inne przesłanki przemawiające za tym, by odwrócić się od Darwinowskiej idei pochodzenia ludzkiego gatunku. Przede wszystkim bowiem uznaje ona brak konkretnego powodu, dla którego mielibyśmy istnieć – zgodnie z kolejnymi odkryciami na polu ewolucji dochodzimy wszakże do wniosku, że cała „wyjątkowość”, jaka przypadła w udziale człowiekowi, jest dziełem przypadku (choroby, mutacji itd.). Można poszukiwać w owym przypadku jakiegoś sensu i dopatrywać stojącej za nim pewnej siły sprawczej (jak robi to np. ks. prof. Michał Heller), ale można przecież wybrać łatwiejsze rozwiązanie – i po prostu teorię ewolucji odrzucić. Kreacjonizm jest o tyle bezpieczniejszy, że nie implikuje konkretnej religii, a jedynie wiarę w to, iż zostaliśmy stworzeni. Ów akt kreacji miałby więc jakiś – nawet jeśli nam nieznany – cel. „Bóg tworzy człowieka odpowiednio do techniki i koncepcji, dokładnie tak, jak rzemieślnik wytwarza nóż do papieru, odpowiednio do definicji i techniki wykonania. W ten sposób człowiek indywidualny realizuje sobą pewną koncepcję umysłu boskiego” (Sartre 1998: 25). Ludzka wyjątkowość byłaby więc nie tylko potwierdzona przez „siłę wyższą”, ale polegałaby także na ucieleśnianiu pewnego metafizycznego sensu/celu. Do tego zaś nie potrzebujemy biologii. Nasza wyjątkowość spełniałaby się bowiem w humanistyce…

Rok 2013 to także rok, w którym Edward Osborne Wilson publikuje swoją książkę „Znaczenie ludzkiego istnienia”. Amerykański zoolog, nazywany „ojcem założycielem socjobiologii”, stara się odpowiedzieć na pytanie, czy aby na pewno zbyt łatwe porzucenie koncepcji pochodzących z tzw. „nauk empirycznych” nie sprawia, że poznajemy jedynie pewien wycinek człowieka. Tego typu rozmyślania (także pod względem swojej struktury) przywodzą na myśl słynne „Pytanie o conditio humana” Helmutha Plessnera (por. Plessner 1988). Z badeńskim neokantystą Wilson wygrywa jednak tym, że jego książka ma charakter popularnonaukowy. Autor „Socjobiologii” nauczył się bowiem – chociażby od Richarda Dawkinsa – że jeśli chce dotrzeć ze swoimi koncepcjami do jak najszerszego grona, musi używać innego języka niż hermetyczny dyskurs akademii. W innym przypadku pozostanie jedynie „uczonym” i nie uda mu się wyciągnąć społeczeństwa z błędnego myślenia, które tak Wilsona irytuje.

Dlatego też autor – jak sam mówi na wstępie swojej książki – proponuje czytelnikom podróż przez historię naszego gatunku, ale także poprzez przestrzenie zamieszkałe przez inne zwierzęta (mrówki, termity czy afrykańskie wielkoszczury), by zatrzymać się nawet na chwilę w przestrzeni kosmicznej i dotrzeć ostatecznie do pytania o znaczenie ludzkiego istnienia. Jako twórca socjobiologii Wilson od początku nie ukrywa, że chce „umieścić rodzaj ludzki w przysługującym mu miejscu pośród społecznych gatunków zamieszkujących Ziemię” (Wilson 1988: 64). W trakcie swojej opowieści będzie niejednokrotnie podkreślał, że człowiek to zaledwie jeden z 20 gatunków zwierząt, u których spotykamy rozwinięty instynkt społeczny (czy wręcz „prawdziwie socjalną” formę funkcjonowania, jaką miałaby być spopularyzowana przez Wilsona eusocjalność). I tak otrzymujemy książkę-podróż podzieloną na kolejne etapy, jakimi są: historia ewolucji, opowieść o świecie zwierząt, próba opisania świata zmysłów, mierzenie się z wizjami przyszłości i pozaziemskiego życia, analiza takich zjawisk jak religia czy wolna wola, a ostatecznie pytanie o naszą samotność i wyłączoną ze świata „wyjątkowość”. Niejakim apendyksem jest streszczenie artykułu z magazynu „Nature”, którego autorzy (wśród nich m.in. Wilson) starają się wyjaśnić koncepcję wielopoziomowego doboru naturalnego.

I ten artykuł właśnie wydaje mi się kluczem do zrozumienia „Znaczenia ludzkiego istnienia”. Wilson wydaje bowiem tę popularnonaukową książkę – pozbawioną przypisów czy bibliografii, pełną uproszczeń i skrótów myślowych, pozostawiającą wiele koncepcji w niejakim zawieszeniu – po to właśnie, aby spopularyzować forsowaną przez siebie teorię wielopoziomowego doboru naturalnego. Czasem nieśmiało, a czasem wprost, jednak nieustannie przebija ona na kartach książki. Przede wszystkim zaś jest jednym z elementów otwierających publikację, jak i zamykających zawarte w niej rozważania. Na czym więc koncepcja ta miałaby polegać? Wilson twierdzi, że jesteśmy istotami żyjącymi na pograniczu dwóch światów. Takie zwierzęta jak chociażby lisy funkcjonują na zasadzie indywidualnego doboru naturalnego, gdzie liczy się wyłącznie dobro jednostki, a te osobniki, które nie potrafią o siebie zadbać – przede wszystkim kosztem innych – wymierają. Inną zasadę przyjmują na przykład mrówki, u których dobór naturalny przybrał charakter grupowy. Najważniejsze będzie więc działanie indywidualne, ale na rzecz dobra społeczności, co zaowocuje pojawieniem się np. altruizmu. Niezwykłość zwierzęcia Homo sapiens będzie natomiast spowodowana połączeniem obu tych wersji doboru naturalnego. Funkcjonujemy na styku egoizmu i altruizmu, z jednej strony skupiając się na tym, co dobre dla nas, a z drugiej pamiętając nieustannie, że jesteśmy częścią pewnej społeczności, o którą także powinniśmy zadbać. Z tego nietypowego sposobu istnienia wynikają chociażby dobro i zło, a także – jak chciałby nam oświadczyć Wilson – wszystko, co nas w życiu dotyczy.

Największym problemem „Znaczenia ludzkiego istnienia” pozostaje jednak – wspomniana już – wielość uproszczeń. Podporządkowując swój wywód wymogom popularnonaukowości, autor przywołuje pewne koncepcje bez rozwijania ich, stosuje skróty myślowe albo używa haseł, które dla nieprzygotowanego czytelnika nie będą znaczyć zbyt wiele. Skąd bowiem miałby się on na przykład dowiedzieć, że kiedy Wilson pisze o plotce jako ważnym ogniwie ewolucji człowieka, to przywołuje – nie rozwijając jej – koncepcję Robina Dunbara? A nawet jeśli poglądy tego ostatniego mogą być znane czytelnikom z jego własnych popularnonaukowych publikacji, to szczerze wątpię, aby rozpoznali popularyzowaną przez Buckminstera Fullera ideę statku kosmicznego Ziemia czy tzw. „zasadę sawanny” Satoshiego Kanazawy. Największym natomiast uproszczeniem pozostają tezy o biologicznym, ewolucyjnym podłożu rasizmu (s. 28) czy niewolnictwa (s. 93). Wilson, nie zagłębiając się w tłumaczenia, pozostawia nas samych z tymi niebezpiecznymi ideami, jakoby oba zjawiska wynikały jedynie z „natury”, a więc były wypełnianiem woli drzemiącego w nas zwierzęcia. Trudno nie przypomnieć sobie w tym momencie tzw. „sprawy Sloterdijk – Habermas”, która wiązała się z wygłoszeniem przez tego pierwszego odczytu „Reguły dla ludzkiego zwierzyńca” (por. Sloterdijk 2008). Zaledwie kilka zdań o ingerencji w ludzkie geny i eugenice wywołało burzliwą dyskusję pomiędzy myślicielami, podsycaną dodatkowo przez media. Edward O. Wilson wydaje się jednak nie przejmować możliwościami nadinterpretacji czy niezrozumienia jego wywodu – tak jakby zapominał, że ludzie widzą i słyszą jedynie to, co sami chcą. Dziwi to zwłaszcza o tyle, że autor zapewne zna sprawę „Sloterdijk – Habermas”, jako że sam (co widać także w „Znaczeniu ludzkiego istnienia”) jest technoentuzjastą i wyznaje ideę o dojściu ewolucji do momentu, w którym trzeba jej nieco pomóc, jeśli chcemy rozwijać swój gatunek we „właściwym kierunku”.

Tym, co jednak zaskakuje najbardziej w publikacji Wilsona, okazuje się nieumiejętność wyjścia poza antropocentryczny paradygmat. Autor nie ukrywa, że to właśnie w człowieku dopatruje się nadziei dla świata, a w ludzkiej „wyjątkowości” poszukuje rozwiązania najbardziej palących problemów współczesności, jak chociażby wywoływane przez nas zmiany klimatyczne. Pisze wręcz wprost, że rozumie antropocentryzm, jako fascynację człowiekiem, która pozwala nam zwiększać nasze funkcje społeczne, ponieważ skupia się właśnie na ludziach i ich niezwykłości względem pozostałych zwierząt. Pisze: „Tylko my jedni spośród wszystkich gatunków postrzegamy realność świata życia, widzimy piękno przyrody i przyznajemy wartość jednostce. Tylko my doceniamy wartość miłosierdzia wobec bliźnich. Czy rozszerzymy teraz tę perspektywę na świat życia, który nas zrodził?” (s. 122). Kłócą się trochę te spostrzeżenia z ideą socjobiologii jako przywracania człowieka jego miejscu wśród innych stworzeń. Pozostają bowiem w optyce wyciągnięcia człowieka ze świata, ustawienia go ponad i poza. Tylko w ten sposób możemy bowiem mówić o „ratowaniu planety” w kategoriach dobrego zarządzania. Jeśli już Wilson postrzega człowieka jako zwierzę, to niewątpliwie zwierzę niezwykłe, inne, powiedzielibyśmy: „mniej zwierzęce”. Bliższe jest to na pewno kartezjańskiemu kultowi świadomości jako czegoś, co czyni nas wyjątkowymi. Co sprawia, że jesteśmy „bardziej” niż pozostałe zwierzęta. Widać to dobrze w opisach mrówczej społeczności dokonywanych przez Wilsona. Wydawałoby się, że wieloletni badacz przedstawicieli rodziny Formicidae będzie potrafił spojrzeć na ich zachowania inaczej niż „zwyczajny” obserwator. Tymczasem autor przykłada do ich funkcjonowania ludzką skalę i siatkę pojęciową, oceniając je w kategoriach naszej logiki oraz wartości moralnych. Podobnie czyni ze swoją propozycją przemyślenia form pozaziemskiego życia. Choć sam stwierdza, że ich biologia nie musi funkcjonować na tych samych zasadach, co nasza, to już w kwestii logiki myślenia dokonuje całkowitego przeniesienia na nowy grunt stworzonych przez nas zasad i pojęć.

I w ten właśnie sposób Wilson dochodzi do swojego wniosku o osamotnieniu człowieka w świecie, o jego wyjątkowej nieprzystawalności wobec innych zwierząt i odpowiedzialności za całe stworzenie, która ciąży na naszych barkach. Trochę niczym Jean-Paul Sartre, autor dochodzi do wniosku, że problem ze znaczeniem ludzkiego istnienia jest taki, iż ono nie istnieje. A przynajmniej nie w perspektywie humanistycznego bądź biologicznego opisu. Ludzie jako dzieło ewolucyjnego przypadku okazują się tak wyjątkowi, że nie udało nam się jeszcze wypracować odpowiednich pojęć, które pozwoliłyby na dokładniejsze przepracowanie problemu. Dlatego też Wilson próbuje swoją książką dołożyć kolejny głos do trwającej od pewnego czasu dyskusji o potrzebie połączenia nauk. Pisze: „Jeśli uda się połączyć heurystyczną i analityczną siłę nauk empirycznych z introspekcyjną kreatywnością humanistyki, ludzkie istnienie nabierze nieskończenie bardziej produktywnego i interesującego znaczenia” (s. 173). Odnoszę jednak wrażenie, że amerykański zoolog mógłby się wiele nauczyć od Plessnera, który pod koniec swoich – równolegle przecież do „Znaczenia ludzkiego istnienia” biegnących – rozważań stwierdził: „[N]ie ulega wątpliwości, że wymiary tego inwentarza, z którego człowiek czerpie swoje niezadowolenie, swoje roszczenia, swój etyczny niepokój, swoją zdolność do poświęceń, wiążą się zawsze z jego postawą wobec świata i (…) problematycznymi przywilejami jego fizycznej egzystencji, które skazują go na byt i niebyt” (Plessner 1988: 106).

LITERATURA:

Plessner H.: „Pytanie o conditio humana”. Przeł. M. Łukasiewicz. W: tegoż: „Pytanie o conditio humana”. Oprac. Z. Krasnodębski. Przeł. Z. Krasnodębski, M. Łukasiewicz, A. Załuska. Warszawa 1988.

Sartre J-P.: „Egzystencjalizm jest humanizmem”. Przeł. J. Krajewski. Warszawa 1998.

Sloterdijk P.: „Reguły dla ludzkiego zwierzyńca. Odpowiedź na Heideggera list o humanizmie”. Przeł. A. Żychliński. ,,Przegląd Kulturoznawczy” 2008, nr 1.

Wilson E.O.: „O naturze ludzkiej”. Przeł. B. Szacka. Warszawa 1988.
Edward O. Wilson: „Znaczenie ludzkiego istnienia”. Przeł. Bogdan Baran. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2016.