Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (300) / 2016

Kamila Czaja,

NAŚLADOWCA Z POTENCJAŁEM (INGAR JOHNSRUD: 'NAŚLADOWCY')

A A A
Gramatyka bestselleru
Czytelnik literatury popularnej musi z góry wiedzieć, czego się spodziewać. Tak przynajmniej wynikałoby ze strategii wydawców, którzy na okładkach intensywnie porównują nowe książki z czymś, co wszyscy „znamy i kochamy”. Efekt takich zabiegów bywa różny. Ten wywołany przez Wydawnictwo Otwarte, które opublikowało „Naśladowców” Ingara Johnsruda, wzbudził we mnie mieszane uczucia. Wprawdzie odbiorca faktycznie czuje się bezpiecznie, wiedząc, po co sięga – a w tym wypadku sięga najwyraźniej po prozę drugiego Jo Nesbø, skoro nazwisko to na czterech stronach okładki pojawia się trzy razy – jednak tak „podkręcone” czytelnicze nadzieje mogą też okazać się dla powieści zgubne. Poza tym o ile zapowiedź „Jo Nesbø w świecie Stiega Larssona” wydaje się jakoś wytyczać horyzont oczekiwań, to już ekstatyczna sugestia „Zapomnijcie o Nesbø, Läckberg i Mankellu” przywołuje troje autorów tak różnych, że poza gatunkiem i skandynawskością mało ich łączy, niewiele więc można z takiego zestawienia wywnioskować na temat debiutu norweskiego pisarza. W tej sytuacji do lektury „Naśladowców” zasiada wielbiciel kryminałów, który równocześnie mniej więcej wie, czego ma się spodziewać, ale równocześnie jest pewnie trochę podejrzliwie nastawiony wobec feerii nazwisk na okładce. A jak wygląda sama lektura?

Dzieje się

Nie jest to powieść nastawiona na postacie. Owszem, jak w wielu tego typu kryminałach mamy tu policjanta po przejściach (Fredrik Beier) i jego tajemniczą partnerkę (Kafa Iqbal), ale chociaż sporo się o nich dowiadujemy w trakcie lektury, ich portery nie są szczególnie pogłębione. Nie za bardzo też przykłada się Johnsrud do kreowania wielowymiarowych „złych”, więc niegodziwe postacie, ścigane przez bohaterów książki, wypadają raczej blado. Jednak to nie charakterystyki są w „Naśladowcach” na pierwszym planie – wszystko przyćmiewa pędząca w szalonym tempie akcja.

Strzelaniny, wybuchy, epidemie, powiązania z wojną w Afganistanie, tajemnicza „Organizacja”, sabotaż… W debiucie Johnsruda wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, a wielowątkowe śledztwa, pogmatwane tropy i drastyczne sceny skutecznie pochłaniają uwagę czytelnika, chociaż niekoniecznie składają się na lekturę z ambicjami wyjścia poza gatunkowe ramy powieści kryminalnej (w mocno sensacyjnej odmianie). Rozbuchanej fabule sprzyja ciekawa, dobrze dobrana konstrukcja książki: rozdziały są bardzo krótkie, wszystko zmienia się szybko, niektóre sceny urywają się w kulminacyjnym punkcie, by wrócić na początku kolejnego fragmentu. Do tego migawkowego trybu trzeba się przyzwyczaić, ale w dużej mierze to właśnie on nadaje prozie Johnsruda wyrazistości.

Myśli się

W kryminałach skandynawskich często równie ważne jak akcja okazują się tło społeczne i odsłanianie ukrytych pod maską politycznej poprawności konfliktów i sekretów. Johnsrud w pewnym sensie idzie tym tropem, chociaż sporo wątków zaledwie sygnalizuje, zanim ponownie rzuca się w wir sensacyjnych pogoni za przestępcami. Mamy tu pełen hipokryzji świat wielkiej polityki, żądne sensacji media, nierówności społeczne i dyskryminację kobiet. Ten ostatni problem wypadłby lepiej, gdyby między deklaracjami, że nie należy traktować kobiet tylko jako obiektów seksualnych, nie pojawiały się nieopatrzone komentarzem liczne fragmenty, w których kobiety tak właśnie są postrzegane. Na kartach powieści znajdziemy niezliczone opisy damskich sylwetek i jeśli nawet Johnsrud próbuje w ten sposób obnażyć samcze zapędy, to jest w tym dość niekonsekwentny.

Więcej miejsca – ze względu na głębokie powiązanie problemu z fabułą – poświęca autor „Naśladowców” konfliktom religijnym oraz możliwościom manipulowania uprzedzeniami w tym zakresie. Jednak najciekawiej wypada powiązanie przeszłości i przyszłości. Książka poza wątkiem współczesnym ma też powiązany z nim plan czasowy sięgający 1937 roku i przede wszystkim okresu II wojny światowej. Kluczowa dla powieści kwestia walki ze zwolennikami higieny rasowej zostaje przedstawiona interesująco, a gdy jeden z lokalnych policjantów stwierdza: „Świat idzie naprzód. Także tu, w okręgu” (s. 341), to jego deklaracja w kontekście całej książki brzmi ironicznie. Johnsrud pokazuje, że ludzie po prostu lubią się łudzić, a wstydliwe wątki przeszłości nie są zamkniętym rozdziałem, lecz nawiedzają współczesność w przerażających odsłonach.

Pisze się

Język „Naśladowców” w dużej mierze podporządkowano fabule. Ma być szybko, dynamicznie, chwilami brutalnie. Czasem można odnieść wrażenie, że Johnsrud wręcz na siłę wyostrza styl, żeby przypodobać się (czyżby w założeniach głównie męskiemu?) czytelnikowi. W tym stosunkowo neutralnym językowo kryminale co jakiś czas zgrzytają frazy typu: „To, co na pierwszy rzut oka wydawało się tylko szminką, w rzeczywistości apelowało do głowy, serca i kutasa” (s. 21), czy – w założeniu zapewne dowcipne – zestawienia: „Bikfaya stanął przed Kafą Iqbal. Tak blisko, że mógłby jej dotknąć przeciętnej wielkości penisem” (s. 82), „Wciągnął powietrze nosem i poruszył ramionami jak wtedy, gdy zrobił swoje przy pisuarze” (s. 275).

Równocześnie jednak zdarzają się autorowi zgrabne porównania i diagnozy, choćby: „Ktoś, komu odcięto ten palec, był bardziej martwy niż izraelsko-palestyński traktat pokojowy” (s. 278), „Uśmiechnął się z poczuciem pewności siebie, którą dają stare pieniądze i idealne zęby” (s. 434). I trochę szkoda, że w pogoni za sensacyjną fabułą Johnsrud rzadko zwalnia. Przez to nie daje sobie szansy na dokładniejsze przyjrzenie się ludziom, relacjom i miejscom, na pogłębione rozmyślania, uniwersalizację spostrzeżeń na temat natury ludzkiej, które są często siłą skandynawskich powieści kryminalnych. A autor ten zapewne potrafiłby pisać też w taki nieco bardziej refleksyjny sposób – dowodem choćby fragment: „Dopiero z bliska widać, że pyszna budowla wcale nie lśni bielą. Marmur jest szary. W ciemne planki. I kawowy. Trójkolorowy. Beżowy jak pety i żółtawy jak zużyta guma do żucia. Przede wszystkim jednak szary. We wszystkich wyobrażalnych odcieniach najzwyklejszego koloru życia” (s. 297).

Naśladuje się?

Jeśli upierać się przy porównaniach z Nesbø, to warto pamiętać, że i on nie debiutował od razu arcydziełem („Człowiek-nietoperz” uchodzi za najsłabszą cześć serii, której bohaterem jest Harry Hole). Natomiast fabularnie pod pewnymi względami „Naśladowcy” przypominają (choć mocno usensacyjnione) „Czerwone gardło” tego pisarza. W pisaniu Johnsruda brakuje jednak – przynajmniej na razie – naprawdę wyrazistych portretów ludzkich i przekonujących relacji między bohaterami, a także jakiegoś oryginalnego, pozwalającego na wyróżnienie się na tle gatunku nastroju. Być może debiutant potrzebuje czasu, by rozwinąć póki co zaledwie naszkicowane pomysły na parę głównych postaci i by nauczyć się celnych charakterystyk – nawet jeśli w obliczu nagromadzenia zwrotów akcji zostaje na to niewiele miejsca. Z „Naśladowców” w pełni zadowoleni mogą być fani niezobowiązującej, za to nasyconej akcją rozrywki. Ci, którzy szukają czegoś nieco bardziej złożonego, zostaną pewnie przy zachwytach ponurą prozą Nesbø.

Wydaje się jednak, że mimo widocznych wpływów bardziej doświadczonych twórców Johnsrud ma szansę z czasem uciec od łatki, nomen omen, naśladowcy. Są też w debiucie Norwega sygnały, że kolejne powieści (cykl o Fredriku Beierze to docelowo trylogia) mogą być coraz lepsze. Już teraz bronią się w „Naśladowcach” ciekawa konstrukcja i odwaga w komplikowaniu fabuły, a mimo pojedynczych „zgrzytów” ten kryminał naprawdę wciąga. Może trochę tu wszystkiego za dużo w kwestii wydarzeń, a trochę za mało prób wykroczenia poza czystą sensację – ale trudno się od powieści oderwać. Na dodatek w finale wyjaśnia się stosunkowo niewiele, bo Johnsrud (tu z kolei trochę jak Larsson) rozwiązuje pomniejsze zagadki, ale największe sekrety zostawia na kolejne tomy. Co tym bardziej kusi, by mimo niedociągnięć debiutu dać szansę następnym książkom tego autora.
Ingar Johnsrud: „Naśladowcy”. Przeł. Maria Gołębiewska-Bijak. Wydawnictwo Otwarte. Kraków 2016.