Wydanie bieżące

1 lipca 13 (301) / 2016

Marek Bochniarz,

KINO DZIWADZE NA XXI WIEK (POLSKA SZKOŁA DOKUMENTU: BOGDAN DZIWORSKI. DVD)

A A A
Zmagania sportowców, akrobatyczne wyczyny cyrkowców, cuda artystów pędzla, dzieją się w filmach Dziworskiego jakby poza czasem. Próżno szukać w nich informacji, jacy to zawodnicy i w jakim meczu hokejowym toczyli zażarty bój na lodzie, pomrukując niczym zmagający się na lodowcu troglodyci („Hokej”, 1976), lub na jakiej mecie padali z wyczerpania biegacze, ostatkiem sił rozgryzający podane im do ust kostki cukru („Pięciobój nowoczesny”, 1975). Nie o to też chodzi w sztuce Dziworskiego. Ucieka on od faktograficznych referencji, by odmalować cud rzeczywistości.

Mikołaj Jazdon o paradoksach kina Dziworskiego (Jazdon 2016)

Jego własne filmy nie przypominały niczego, co było dotąd w polskim dokumencie. Nie opierały się na literackim koncepcie, nie miały też genezy socjologicznej. Obywały się przeważnie bez słowa. Te filmy – określane jako poetyckie dokumenty kreacyjne – niczego nie komentują, jedynie przedstawiają.

Tadeusz Sobolewski (Sobolewski 2016)

 

Gdy oglądam, coraz głębiej zapadając się w fotel z poczuciem szoku, czas przestaje mieć jakąkolwiek rację bytu. Nawet nie zauważam, kiedy za oknem popołudniowy niedzielny podmiejski pejzaż ustępuje czerni godziny pierwszej po północy, a butelka reńskiego robi się pusta. Odczuwam wzruszenie, z chęcią bym się nawet popłakał, gdybym potrafił. Gdy kiedyś rozmawiałem z jednym z poznańskich kinooperatorów, wspaniałym człowiekiem o wielkiej miłości do kina, który zaczął pracę w zawodzie jeszcze za czasów analogowych i przyznał się, że płacze na filmach, poczułem zazdrość, że ma odwagę to robić, i jeszcze się do tego otwarcie przyznawać. Podejrzewam, że na filmach Bogdana Dziworskiego uroniłby niejedną łzę.

Nie chodzi o to, że wzrusza mnie melodramatyzm filmów tego reżysera. Takowego, drogi czytelniku, za nic w nich nie uświadczysz. Są one tak po ludzku nieludzkie wyrafinowaniem obrazów, piękne w zgoła nieprzewidywalny sposób, że już wiem, na co strwonię połowę wakacji.

16 część kolekcji „Polskiej szkoły dokumentu” to dwa krążki DVD z zaledwie jedenastoma filmami Bogdana Dziworskiego. Piszę zaledwie, bo każdy wrażliwiec po konfrontacji z tym materiałem, przygotowanym z pietyzmem przez Narodowy Instytut Audiowizualny, będzie spragniony czegoś więcej.

Po pierwsze: słowa są nadmiarem zbytku

Filmy Dziworskiego są jak gdyby ostentacyjnie ponadczasowe i ponadnarodowe. Większość z nich pozbawiona jest dźwiękowej warstwy słownej, z której autor świadomie rezygnuje, ograniczając się do opowiadania wyłącznie przy użyciu obrazu i efektów akustycznych. Przy pomocy tych ostatnich niejako wydobywa wydarzenia z tła i przywraca im utracony sens, akcentuje je, by nie uszły uwadze widza.

(Jazdon 2016)

Charakterystyka kina Dziworskiego, dokonana przez Mikołaja Jazdona, nabiera dodatkowego sensu w zetknięciu z wydaniem DVD. Niegdyś, zamknięci w sali kinowej, poczulibyśmy dystans czasu, te prawie pięćdziesiąt lat, które dzielą nas od zrealizowanych w latach 70. „Krzyża i topora” czy „Hokeja”. Podpowiedziałaby nam to zużyta, zniszczona taśma filmowa. W telewizorni również poczulibyśmy balast przeszłości. Jednak zremasterowany, klarowny obraz o mocno nasyconych barwach, który odświeżył te klasyki (choć „klasyk” to wulgarne i bardzo nieodpowiednie słowo w tym kontekście), odrywa kino Dziworskiego od konkretnego czasu.

Oczywiście – zawsze mamy szansę rozpoznać dekadę, jeśli zwrócimy uwagę na stroje i modę w „Krzyżu i toporze” czy na to, jak „dzień dzisiejszy” zostaje zderzony z zabytkową karocą, wędrującą statkiem czy pociągiem przez PRL-owską Polskę w „Podróżach Georga Philippa Telemanna”, filmie traktującym o upływie czasu właśnie. Niemniej jednak, konkret historii schodzi u Dziworskiego na plan dalszy i widz łatwo o nim zapomina.

Nieufność czy niechęć do słowa ocalają to kino od starzenia się. Dziworski znalazł na to własne sposoby. Słowa „geniusz” czy „wirtuoz” zabrzmiałyby infantylnie. Dokumentalista pewnie by się skrzywił z politowaniem, gdyby ktoś chciał go wynieść na piedestał.

Dziworskiego spotkałem w tym roku, gdy prowadził w ramach festiwalu Malta warsztaty filmowe dla migrantów w Poznaniu. „W Poznaniu jest dużo ludzi z zagranicy, którzy inaczej odbierają świat. Mają inne problemy od naszych. Część z nich chce zostawić tutaj swój ślad. Nakręcić etiudy na bazie własnych przeżyć” – wyjaśnił mi. Był bardzo sympatyczny, ale zachowywał się tak, jakby był o wiele młodszy, niż podpowiadały jego zmarszczki i przenikliwe, acz ciepłe spojrzenie. Pełen energii, optymizmu (a zupełnie pozbawiony skrępowania czy ego, którego mógłby przecież nabrać z wiekiem) i bardzo bezpośredni – sprawiał wrażenie, jakby czas, komunizm i źli ludzie nie wywarli na nim zgoła żadnego piętna. Dziworski szukał zalet w surowych materiałach uczestników warsztatów i rozmyślał, czego można jeszcze dokonać, co poprawić. Interesowały go oczywiście obrazy, kompozycje. Z łatwością chwytał idee, które mieli w głowie studenci, kręcąc w dany sposób konkretną scenę. No tak, doskonały pedagog w swoim żywiole – pomyślałem.

Po drugie: wzorce są dla tych, których zapomnimy

Jego kamera świadomie odwraca się od miejsca gdzie zwrócone są oczy wszystkich, aby spojrzeć w miejsca i na sytuacje leżące i dziejące się poza kręgiem powszechnych zainteresowań. Dziworskiego pasjonuje świat przemykający obok wielkich wydarzeń, albo raczej obok tych, które większość uważa za ważne. Dla niego istotne jest to, co nie rzuca się w oczy, czego zobaczenie wymaga wysiłku.

(Jazdon 1998)

Pewne konwencje kina dziś odbieramy już jako staromodne i zużyte. Żaden rozsądny reżyser z nich nie korzysta. Operatorzy wiedzą, że tak się już nie kręci, aby nie popaść w śmieszność. Niektóre konkretne style danych filmowców uznajemy za wyraz ich artyzmu, ale z ich czasu. Z Dziworskim nie przyjdzie nam tak łatwo ta czynność szufladkowania i stwierdzenie: „to już było”. Na drodze stanie nam jego wyrafinowane poczucie humoru, nadźgane paradoksami opowieści.

Za krótkimi metrażami Dziworskiego stać musiał spory wysiłek nad wypracowaniem każdej historii, bo niepodrabialność i wizualne nowatorstwo czy wręcz bezczelność jego kina wypuszczają powietrze z płuc nawet bardzo zblazowanemu widzowi. Nie trzeba lubić kina. Nie musimy być też fanami dokumentu. Dziworski i tak nas czymś uwiedzie. Pokochamy jego filmy ślepą miłością od pierwszego wejrzenia – w taki sposób, w jaki absorbują nas ulubieni pisarze czy muzycy.

Po trzecie: kino polskie jest tak naprawdę często nam obce

Pomimo, iż nieomal wszystkie autorskie dzieła Bogdana Dziworskiego powstały w epoce PRL, próżno doszukiwać się w nich politycznych aluzji, albo przymilania się władzy. Dziworski realizował swe filmy na przekór historycznym uwarunkowaniom. Ich tematem jest zmaganie się człowieka ze swoją słabością, odwieczny trud samodoskonalenia. (…)

Zadziwia, że także filmy z ostatnich lat, do których Dziworski realizował tylko zdjęcia, noszą silne piętno jego autorskiego spojrzenia. Smutny za to jest fakt, iż ten jeden z najoryginalniejszych artystów polskiego kina wciąż pozostaje nieodkryty.

(Jazdon 1998)

Dlaczego część polskiej publiczności nie lubi rodzimego kina? Bo nie za bardzo je zna. Katowani filmami Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Zanussiego, Agnieszki Holland i reszty niewesołej kompanii, Polacy są przekonani, że afektowana polska szkoła filmowa i grane na kilka depresyjnych nut kino moralnego niepokoju (a oba nurty wręcz przyspawane do takich kwestii, jak Historia, przebrzydły Reżim czy splugawione komunizmem Społeczeństwo) to wszystko, co się w krajowej kinematografii wyprawiało za PRL-u. A jednak to bzdura.

Kinematografia krajowa ma na szczęście grono swoich zacnych dokumentalistów. W serii „Polskiej szkoły dokumentu” mogliśmy poznać choćby zgoła niemetafizycznego (w odróżnieniu od jego fabuł) Krzysztofa Kieślowskiego, czułego portrecistę Kazimierza Karabasza, inny żywioł twórczości ironisty Andrzeja Munka, osobliwości Wojciecha Wiszniewskiego, hipnotyzujące obrazy Macieja Drygasa czy bezpardonowość Marcina Koszałki. Teraz szerszej publiczności zostaje przywrócony Bogdan Dziworski. Na płyty trafiła też zajawka filmu, na którym reżyser pracuje od lat – „Andrew Warhola, moja fabryka”. Mam nadzieję, że to wydawnictwo wywalczy artyście nową, młodą widownię – bo ma ku temu wszelkie predyspozycje.

Fot. Mikołaj Jazdon.

LITERATURA:

Bochniarz M.: „Poznań oczami migrantów”. „Gazeta Wyborcza Poznań” z dn. 17 maja 2016.

Jazdon M.: „Bogdan Dziworski laureatem Platynowego Zamku 20. MFFD Off Cinema”. 25 kwietnia 2016, http://www.zamek.poznan.pl/news,pl,27,8717.html.

Jazdon M.: „Jestem obserwatorem”. Rozmowa z Bogdanem Dziworskim. „Czas Kultury” 1998, nr 6.

Sobolewski T.: „Dogonić własne spojrzenie”. „Bogdan Dziworski. Polska Szkoła dokumentu”, wydanie DVD.
„Bogdan Dziworski. Polska szkoła dokumentu”. Wydanie DVD (11 filmów). Narodowy Instytut Audiowizualny.