Wydanie bieżące

1 lipca 13 (301) / 2016

Sławomir Iwasiów,

NIEUSTANNIE BIEGNĄCY KOŃ. (PO)GRANICZNOŚĆ W POWIEŚCI MAROŠA KRAJŇAKA

A A A
Wokół. Literatura Europy Środkowej
Współczesna Europa Środkowa to obszar, którego kontury – jakby nieco zatarte na mapie, czasem tylko odnawiane przygodnym pociągnięciem kreślarskiego (pisarskiego?) tuszu – obejmuje tradycje wielu narodów, języków i kultur. Jej istnienie/nieistnienie w bio(karto)graficznej świadomości wynika ze specyfiki geopolitycznej kontynentu, o której tak pisał swego czasu Krzysztof Pomian: „Należy zdawać sobie jasno sprawę, że obok dążenia do zjednoczenia Europy mamy do czynienia z dążeniami do utrwalenia istniejących podziałów lub wprowadzenia nowych” (Pomian 2009: 294). Europa zatem (w każdej swojej wersji: Zachodniej, Wschodniej, Środkowej i innych wariantach) to bezustanne zderzanie się rozmaitych sił, które wpływają na jej kształt.

Zmienność Europy Środka opisywali – między innymi – Czesław Miłosz („Rodzinna Europa”), Milan Kundera („Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej”) czy Andrzej Stasiuk (w napisanym wspólnie z Jurijem Andruchowyczem eseistycznym dwugłosie „Moja Europa”), zwracając uwagę na takie kategorie, jak: „pamięć”, „tożsamość” czy „mobilność”. Trzeba by rzec po prostu: Europa Środkowa przeobraża się na naszych oczach – obecnie może nawet szybciej niż w czasach, kiedy swoją wizję sąsiedzkiej wspólnotowości krystalizował Miłosz w „Rodzinnej Europie” (1958). „Nieraz podkreśla się przecież, że specyfiką Europy Środkowo-Wschodniej jest jej status podwójnych peryferii: z jednej strony Europy Zachodniej, z którą utożsamiając się, określamy samych siebie przedmurzem, z drugiej zaś – Rosji, największego państwa słowiańskiego” – stwierdził Paweł Cywiński w numerze „Kontaktu” poświęconym małym obczyznom (Cywiński 2015: 35).

Zmiany? Transformacje? Przekształcenia? Nic to przecież zaskakującego – jak można wyczytać ze „środkowoeuropejskiej” prozy Andrzeja Stasiuka, centralna część Europy zawsze targana była rozmaitymi podmuchami historii. Autor „Dukli” tak pisał o „instynkcie mieszkańca „środkoweuropejskiej równiny”, odkrywanym w sobie z pewnym zaskoczeniem: „Ja w każdym razie – dziecko mazowieckich nizin – odczuwałem nieustanny przeciąg, nieustający cug ciągnący ze wschodu na zachód i z powrotem. Czasem miał on postać zwykłego wiatru, czasem przybierał metaforyczną formę otwartej, niczym nieograniczonej otchłani, by w końcu nieco się skonkretyzować jako wiatr historii o zadziwiająco przewidywalnym kursie: albo w tę, albo we wtę, ale zawsze tędy” (Stasiuk 2007: 88-89). Kim jest ów mieszkaniec (chciałoby się nawet powiedzieć: „mieszaniec”) Europy Środkowej? Jaką rolę pełni we współczesnym świecie? Jaką pełnił kiedyś?

Moja droga prowadzi przez łąkę”

Zderzenie teraźniejszości z przeszłością Europy Środkowej ukazuje powieść Maroša Krajňaka „Carpathia”, w której splatają się losy narodów i grup etnicznych (Rusinów, Łemków) określanych wspólnym mianem Karpatorusinów. To ludzie mówiący po słowacku, polsku, ukraińsku (i nie tylko), których łączą i wspólnie zamieszkiwana przestrzeń, i współdzielone, nierzadko tragiczne doświadczenia. „Carpathia” opiera się zatem na spojrzeniu kogoś – względnie młodego Słowaka – kto próbuje, dzięki śladom i okruchom przeszłości, odtworzyć atmosferę czasoprzestrzeni, z której wywodzą się jego przodkowie. To także, niejako w tle zarysowane, podjęcie współczesnych problemów kultury europejskiej: migracji, sąsiedzkiej bliskości, wielokulturowości, komunikacji, empatii. To wreszcie – charakterystyczne dla literatury europejskiej – rozpamiętywanie przeszłości, która jawi się przede wszystkim pod postacią traumatycznych doświadczeń wojennych i przesiedleńczych.

Z jednej strony zatem autor „Carpathii” sięga do pamięci swoich rodziców i dziadków, przedstawiając, między innymi, wydarzenia z czasów drugiej wojny światowej: przymusowe wysiedlenia, wywózki do obozów, zakleszczenie między dwiema totalitarnymi siłami; z drugiej strony – pisarz prezentuje współczesny punkt widzenia na wojnę i jej konsekwencje dla postrzegania wspólnej tożsamości (Słowaków, Polaków, Ukraińców i innych narodów).

Już na początku lektury intrygować może jedna kwestia: kim właściwie jest bohater tej książki? Z dość gęstej mgły historii (i narracji) wyłania się bowiem młody człowiek, niby-reporter, który z plecakiem i aparatem przemierza tereny łemkowszczyzny. Czego szuka? Na pierwszy rzut oka: inspirujących opowieści. Nie jest jednak Krajňak, a raczej jego bohater, reporterem – raczej pisarzem, który w narracji powieściowej maskuje swoje reporterskie doświadczenia (nota bene: „Carpathia” powstała jako efekt projektu antropologicznego, którego celem było zbadanie wspólnej, polsko-ukraińsko-słowackiej tradycji i kultury).

Obietnica płynąca z kart tej książki jest wobec tego następująca: po jej lekturze możemy się dowiedzieć, jak współczesny Słowak postrzega inne, sąsiednie kraje europejskie (w tym Polskę), a także jak percypuje ich wspólną przeszłość – wojnę, migracje, politykę itd. To równocześnie obraz znikającej krainy: ziemi i tradycji łemkowskiej, która zanurzyła się w mrokach (najnowszej) historii. Mimo wszystko autor stawia sobie za cel zachowanie jakiejś części pamięci o jej istnieniu. „Poruszam się w tłumionym huku dwóch czarnych kół, rozstrzeliwujących drobne piaskowce i pył. Na chwilę wylecą w gęste, przegrzane powietrze, a potem z pokorą spadają. Moja droga prowadzi przez łąkę” – tak rozpoczyna się narracja „Carpathii” (s. 5).

(Młoda?) literatura słowacka

Zanim przejdę do sedna powieści, chciałbym na moment zatrzymać się na biogramie autora. Maroš Krajňak (ur. 1972) to interesująca postać na mapie słowackiej twórczości literackiej średniego pokolenia – urodził się we wsi Vyšná Jedľová koło Svidníka, studiował w Brnie, na stałe mieszka w Bratysławie. Zawodowo zajmuje się marketingiem w telekomunikacji i usługach on-line. Opublikował do tej pory trzy powieść: „Carpathia” (2011), „Entropia” (2012) oraz „Informácia” (2013). Wszystkie były nominowane do Anasoft Litera – słowackiej nagrody dla pisarek i pisarzy, przyznawanej od 2006 roku, której towarzyszy festiwal literacki. Każda z tych trzech powieści Krajňaka dotarła do finału nagrody. Na stronie www.anasoftlitera.sk można przeczytać, że w ostatnich latach nominacje otrzymali, wśród kilkudziesięciu innych słowackich autorów i autorek, między innymi: Pavol Rankov, Milan Zelinka czy Svetlana Žuchová.

Słowacka krytyka literacka dobrze przyjęła twórczość Krajňaka – przede wszystkim uwagę recenzentów zwróciła „Carpathia”, która zdobyła tytuł Debiutu Roku 2011 według miesięcznika „Knižná revue”. Marek Kopča pisał na łamach tego czasopisma, że proza Krajňaka, z jednej strony, przyciąga uwagę plastycznym językiem i „magicznym realizmem”, a z drugiej strony – stanowi dojrzałą refleksję o historii karpackich Rusinów, których losy w literaturze słowackiej nie są tematem nazbyt często poruszanym (Kopča 2012: 4).

Z kolei Julia Sherwood – tłumaczka i badaczka literatur słowiańskich – w przekrojowym artykule zatytułowanym „A Beginners Guide to the Slovak Book and Literature Market” (publishingperspectives.com) umieściła autora „Carpathii” wśród takich przedstawicieli literatury słowackiej roczników 70., jak Peter Krištúfek i Michal Hvorecký, którzy odnoszą niemałe sukcesy – zarówno w kraju, jak i za granicą, gdzie ukazują się tłumaczenia ich książek. Podobnie, to znaczy międzynarodowo, kształtuje się kariera pisarska Krajňaka, który jest tłumaczony na języki polski, białoruski i czeski.

Sherwood zwróciła jednocześnie uwagę, że współczesna literatura słowacka, jeśli porównać ją właśnie do siostrzanej literatury czeskiej, ma znacznie utrudnione zadanie w zdobywaniu uwagi odbiorców. Świat po 1989 roku chętniej spoglądał w stronę Pragi, czeskiej kultury i literatury (symptomatycznym przykładem jest zapewne popularność Bohumila Hrabala czy Milana Kundery), z reguły pomijając osiągnięcia literackie niewielkiego państwa ze stolicą w Bratysławie. Autorka scharakteryzowała pokrótce słowacki rynek literacki: „Na Słowacji działa w tej chwili około 1,650 wydawców, z czego mniej więcej 1,000 publikuje literaturę piękną – jak na tak mały kraj to liczby uderzające. Jednakowoż literaturę wysokoartystyczną promuje jedynie około stu wydawców, włączając w to oficyny niekomercyjne, takie jak KK Bagala, która specjalizuje się w słowackiej beletrystyce i debiutach, czy Kalligram, wydawnictwo, które publikuje książki po słowacku i węgiersku (Słowacja ma w tej chwili silną, 500-tysięczną mniejszość narodową Węgrów). Natomiast większe wydawnictwa, jak na przykład Marenčin PT, łączą literaturę wysoką z publikacjami komercyjnymi” (Sherwood 2013: publishingperspectives.com).

Na marginesie: warto porównać te zestawienia liczbowe i diagnozy Sherwood z najnowszymi badaniami czytelnictwa w Europie. Na ile aktywna i systematyczna działalność wydawnicza (w różnych „rejestrach” literatury: popularnym, wysokim, edukacyjnym itp.) znajduje rezonans w wynikach czytelnictwa? Według dostępnych powszechnie danych, dotyczących poziomu czytelnictwa w Europie, Słowacy wprawdzie nie plasują się wysoko w klasyfikacji czytających narodów (wyprzedzają ich znacznie Szwedzi, Niemcy czy Francuzi), ale są znacznie częściej czytającymi Europejczykami niż na przykład Polacy.

Mimo wszystko słowacki rynek literacki stopniowo ulega przemianom. Według Julii Sherwood zmiany zmierzają w dobrą stronę, a festiwale i nagrody, jak Anasoft Litera, dają szerszej publiczności możliwość zapoznania się nie tylko z popularnymi, ale także wartościowymi książkami.

W języku polskim „Carpathię” wydały Książkowe Klimaty. Wspominam o tym także dlatego, że wydawnictwo w ciekawy sposób promuje postaci swoich tłumaczy: w każdej książce znajduje się bowiem biogram ze zdjęciem osoby tłumaczącej dany tekst. „Carpathię” przełożyła z języka słowackiego Weronika Gogola (ur. 1988), absolwentka ukrainoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Zważywszy na dość częste opnie, że pisanie Krajňaka ma w sobie sporą dawkę „poetyckości” czy też „magiczności”, tłumaczenie jego książki musiało stanowić swego rodzaju wyzwanie. Tłumacze coraz częściej są doceniani nie tylko jako rzemieślnicy, ale także pełnoprawni, w gruncie rzeczy, współtwórcy literatury. Warto podkreślić, że od 2009 roku Nagroda Literacka Europy Środkowej „Angelus” jest także przyznawana autorom przekładów – w 2014 roku otrzymał ją Tomasz Grabiński, tłumacz z języka słowackiego nagrodzonej powieści Pavola Rankova „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”.

W Polsce proza Krajňaka także znalazła niejaką sympatię wśród czytelników. Jakiś czas po premierze „Carpathii” ukazało się sporo recenzji na blogach, co może świadczyć o pewnej poczytności słowackiego pisarza wśród polskich odbiorców zainteresowanych literaturami z sąsiednich krajów i kultur. Na blogu „Literackie skarby świata całego”, który prowadzony jest przez bohemistkę, czytamy: „Nie czytajcie »Carpathii«, jeśli macie akurat dużo na głowie. Nie czytajcie, jeśli brakuje wam czasu, jeśli na książkę zostaje wam tylko pół godziny w tramwaju albo godzinka przed snem, jeśli potrzebujecie raczej lekkiej lektury na odstresowanie. Nie czytajcie, jeśli jesteście zajęci, przemęczeni, zaabsorbowani innymi ważnymi sprawami. Bo z »Carpathią« tak się nie da” („Ziemia zabliźniona szkieletami i ciszą”, literackie-skarby.blogspot.com). Dodałbym tu tylko, że to zainteresowanie kulturą, językiem i literaturą sąsiadów nie jest przypadkowe – może uważne czytanie prozy, w tym wypadku słowackiej, przybliża nas do lepszego zrozumienia wzajemnych, „sąsiedzkich” problemów?

Inna rzecz, że to jednak prawdopodobnie tylko pobożne życzenie. Natomiast zgodziłbym się chętnie z powyższą opinią autorki krytycznoliterackiego bloga, ponieważ proza Krajňaka rzeczywiście wymaga szczególnego skupienia uwagi na tekście – jak pisał wspomniany wyżej Marek Kopča, „magiczność” tej prozy oznacza równocześnie „rozmycie” czy też „zamglenie” narracji. Lapidarnie rzecz ujmując, trudno się tę książkę czyta. Właściwie „Carpathia” została pozbawiona cech charakterystycznych dla współczesnej powieści – przejrzystej fabuły czy wyrazistego bohatera. Nie ma tutaj ani mocnych nici opowieści, które można by nanizać na kłębek takiej czy innej interpretacji, ani protagonisty, którego śladami chciałoby się podążać.

Nie znaczy to, mimo wszystko, że „Carpathia” nie daje się czytać jako powieść, z takich czy innych powodów, istotna dla zrozumienia zmienności Europy Środkowej. Można z niej wyinterpretować (choć obawiam się, czy nie są to nadinterpretacje) takie motywy i wątki, które składają się na interesującą, właśnie środkowoeuropejską całość. Sądzę, że przynajmniej trzy kategorie – funkcjonujące w repozytorium języka współczesnej humanistyki – dobrze oddają charakter tej prozy. Są to kolejno: pamięć, tożsamość i mobilność. Wszystkie, na różne sposoby, przecinają się w prozie Krajňaka.

Więcej się z nią nie spotkać”

„Carpathia” nie ma ani początku, ani końca – Krajňak pisze swoją książkę tak, jakby nie dało się wytyczyć realnych ram krainy leżącej na polsko-słowacko-ukraińskim pograniczu. Dlaczego jest to „wyspa-widmo”? Przede wszystkim dlatego, że jej przeszłość powoli zanika w nietrwałej pamięci.

„Przez moment jadę w stronę horyzontu, zatrzymuję się i rozglądam. Spoglądam na miejsce, które jest skondensowaną scenerią krainy podzielonej na pięć Zon. Z tego miejsca rozchodzą się naturalne dla niej obrazy, które roznosi już zapach, jaki do mnie dociera. Krótko jestem tutaj, potem odwracam się i idę z powrotem” – snuje swoją fragmentaryczną, porwaną opowieść narrator „Carpathii” (s. 5-6). Opisywana przez niego niby-mityczna kraina dzieli się na Zony: 0, 1, 2, 3 oraz X. Czym są Zony? Punktami na wymyślonej mapie, splotem słowiańskich nazw, terytorium, którego mieszkańcy posługują się wspólnym narzeczem – „językiem Zon”. Przypomina to nieco koncepcję z filmu science fiction pod tytułem „Stalker” – na inspirację dziełem Andrieja Tarkowskiego, nakręconym w 1979 roku, pisarz powołał się w wywiadzie udzielonym największemu słowackiemu dziennikowi, „SME” (Uličianska 2012: kultura.sme.sk). W „Stalkerze” akcja dzieje się na terenie Zony – tajemniczej i niebezpiecznej krainy, przez którą wędruje główny bohater, tytułowy stalker (czyli ktoś, kto prześladuje, śledzi, tropi).

Podobnym miejscem są Zony opisywane w „Carpathii”, a takim stalkerem, szukającym śladów przeszłości, jest bohater-narrator powieści. Podróżuje on między Zonami bez trudu, korzysta z różnych środków transportu. Ruch nie odbywa się jednak tylko w przestrzeni, ale obejmuje także – jakkolwiek dziwacznie może to zabrzmieć – swobodne podróże w czasie. Raz bohater znajduje się w czasach teraźniejszych, innym razem „wraca do przeszłości”, żeby zerknąć przez kurtynę czasu: „Dwa lata po wojnie. W okolicy pojawiają się dziwaczni, spłoszeni ludzie. Mówią językiem Zon, przychodzą sami albo w grupach. Szukają dalekich krewnych albo tylko snują się po wioskach i proszą o pomoc. Mówią, że Zona 0, z której przyszli, to przestrzeń, gdzie palą się całe wioski, z której armia wywozi wszystkich żywych ludzi i zwierzęta” (s. 25).

Zastanawiać może następująca sprawa: dlaczego Krajňak ponumerował Zony? Czy te miejsca już dawno zmieniły swoje nazwy? Czy zniknęły z mapy? (Znikają, to pewne, ale wciąż ich powidoki kładą się cieniem na powierzchni oka). Czy nikt już nie pamięta ich (po)granicznego charakteru? Po co wymyślać je na nowo? Tego rodzaju „mityzowanie” narracji wydaje się atrakcyjne (stylistycznie, językowo), ale przecież równocześnie przysłania to, co powinno być odsłonięte – opowieść o przeszłości, o historii, o tradycji łemkowskiej. Oczywiście, jest to pewna autonomiczna decyzja twórcy, którą należy uszanować, ale gdyby inaczej przedstawić te opowieści, wydarzenia i postaci (ujęte w narracji), to być może „Carpthia” nie byłaby „magiczną” powieścią, ale reportażem.

Zona ma jeszcze inne – obecne w „Carpathii” – nie mniej ważne w perspektywie państw środkowo- i wschodnioeuropejskich znaczenie. To przestrzeń kojarzona z łagrem, opisana być może najdokładniej w „Innym świecie” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. To wszak dalsze, ale chyba równie co „Stalker” uprawnione skojarzenie – czy karpackie terytoria na pograniczu są takim „innym światem”?

Geografię Zon możemy rozszyfrować, w czym autor czasami nam pomaga. Czy Zona 0 to nie przypadkiem tereny, na których Armia Czerwona prowadzi akcję przesiedleńczą? Sam bohater nierzadko podkreśla, w jakim miejscu się znajduje: „Teraz jestem w Słowinkach, w Zonie 3. Mam dwa wypstrykane filmy i zbieram się do odejścia, ale zaczynam jeszcze ostatnią rozmowę – ze starszą kobietą, która pyta mnie, skąd jestem. Zdradzam tajemnicę, a ona niespodziewanie mnie rozpoznaje. Natychmiast mówi mi o swojej dobrej znajomej, która żyje właśnie tutaj, w Słowinkach. Pochodzi z Zony 0, ale wiele lat spędziła właśnie w wiosce Heleny. Krąg może wreszcie się domknąć. Chce mnie do niej zawieść, ale nagle zasysa mnie autobus, a ja odchodzę, żeby więcej się z nią nie spotkać” (s. 27). Ktoś przekazuje bohaterowi swoje opowieści, a on – niestrudzony stalker, „reporter” – co rusz szuka nowych osób i kolejnych „pamięci” do przebadania. Niestety, jego wnioski nie zawsze są optymistyczne: pamięć przeważnie płata figle, jest ulotna, bywa niesprawiedliwa. Te wszystkie „figury” nie/pamiętania są opisane szczegółowo w znacznej liczbie prac teoretycznych dotyczących pamięci, które trudno byłoby tu obok siebie wymienić – wszystkie one są jednakowoż dowodem na to, że pamięć jest ważnym aspektem kultury XXI wieku. Jak twierdzi Douwe Draaisma: „życie płynie szybciej, gdy się starzejemy”, co znaczy mniej więcej tyle, że w końcu zostaje nam tylko pamięć.

W tym sensie „Carpathia” nie tyle ma ocalać jakieś – jednostkowe – wspomnienia o tym jedynym w swoim rodzaju miejscu, jakim jest karpackie pogranicze, ale raczej przechowuje pamięć o tym, że wszystko w końcu zostanie zapomniane. Jest w tej książce, takie mam wrażenie, obecny „środkowoeuropejski nihilizm” – przekonanie, że właściwie wszystko (w tym pamięć) musi być nietrwałe i narażone na niszczycielską siłę historii. To jak ten odczuwany przez Stasiuka „cug”, który – chciałoby się rzec – w końcu wszystko zasypie, zawieje… Każde wspomnienie – przechowywane nawet w najlepszej pamięci dziadków i babć – w końcu ulegnie zatarciu. A historia, nawet pozornie najlepiej utrwalona, zmienia się tyle razy, ile razy próbujemy ją (sobie) przypomnieć.

Bohater nie może więcej spotkać się ze starszą kobietą – za każdym bowiem kolejnym razem będzie ona kimś innym. Jej opowieść także się zmieni.

Chodzę i wracam taki sam”

Drugim – po pamięci – interesującym wątkiem „Carpathii” jest mobilność – ciągły ruch, któremu poddaje się główny bohater, kiedy przemierza terytorium pięciu Zon. Wiemy od początku, że jest podróżnikiem, niby-reporterem, stalkerem biografii i tropicielem opowieści zdającym sprawę z historycznych przemian na karpackim pogórzu. Natomiast zaskakujące są te jego nagłe „przeskoki” pomiędzy rozmaitymi miejscami – nie spaja ich żadna logika, żaden sens, oprócz tego, że przydarzają się właśnie jemu i dotyczą tegoż jedynego w swoim rodzaju terytorium. Dwa lata po wojnie, dziesięć lat po wojnie, współcześnie – czasy się zmieniają, a bohater, tak jakby, zawsze jest ten sam: „Opuszczamy tę bezsensowną sytuację. W drodze powrotnej obserwujemy pogodne niebo, na którym świecą długie, białe smugi samolotów. Nagle pod nimi, pojawiają się niskie, ciemne chmury. Suną szybko, szybciej niż nasze auto” (s. 34).

Przemieszczanie się, mimo pewnej dozy magiczności, to jedno z tych zagadnień, które nieco urealniają prozę Krajňaka. Ciekawe są mianowicie sposoby podróżowania między Zonami – jak bohater postrzega świat, kiedy, na przykład, jedzie samochodem albo wędruje? Na inne rzeczy zwraca uwagę, kiedy chodzi, na inne, kiedy jedzie samochodem albo (co też jest interesujące) rowerem. „Przejścia do Zony 0 stają się dla mnie koniecznością, błądzę tu, poruszam się bez emocji i wszystko wychwytuję, fotografuję. Muszę. Nie wiem dlaczego, po prostu im dalej, tym bardziej muszę. Chodzę i wracam taki sam” (s. 37).

Swego rodzaju nieopanowana mobilność przypomina nieco wątki, które podsuwa lektura prozy Stasiuka. Polski autor ma mimo wszystko dość twarde podejście do rzeczywistości, które ujawnia przede wszystkim w narracjach podróżniczych. Za przykład można wziąć choćby „Duklę” (1997), tom prozy współbrzmiący z tematyką powieści „Carpathia”. W „Dukli” też poznajemy bohatera-narratora przemierzającego podkarpacką krainę: „No więc Dukla. Dziwne miasteczko, z którego nie ma już dokąd pojechać. Dalej jest tylko Słowacja, a jeszcze dalej Bieszczady, lecz po drodze diabeł powtarza jak litanię swoje »dobranoc« i nic z rzeczy ważnych się nie przydarza, nic, tylko kruche domy przycupnięte przy szosie jak wróble na drucie, a między nimi wietrzne wygony nieodmiennie zakończone niebem, które wznosi się, a potem przegina, zawisa nad głową, by wesprzeć się o przeciwległy skraj horyzontu. Tak jest – Dukla, uwertura pustych przestrzeni. Dokąd jechać z Dukli? Z Dukli można tylko wracać” (Stasiuk 2005: 44). To jest ten „wschodnioeuropejski nihilizm”, o którym wspomniałem wcześniej: właściwie nie ma dokąd i po co, ale i tak jedzie się w poprzek (znikających) granic.

Bohater „Carpathii” jednak uprawia inną, nowszą wersję „słowiańskiego »On the Road«”. Zwraca uwagę wielość środków transportu, jakimi się posługuje: chodzi (s. 26); jedzie autobusem (s. 27); leci, choć nie bardzo wiadomo, jak i czym – być może korzysta z Google Earth? (s. 36); jedzie na rowerze (s. 60); tak jakby płynął (s. 68); jedzie samochodem (s. 90). Jego mobilność – jeśli pominiemy warstwę fantastyczną powieści – stanowi emanację ruchliwości współczesnego Europejczyka. On po prostu chce poznać otaczający go świat i do tego celu wykorzystuje wszelkie możliwe sposoby.

Ruch nie tylko ma wartość poznawczą, ale także zbliża bohatera do innych ludzi. Czasami są to zaskakujące postaci, wyłaniające się z przeszłości duchy Karpat, jak przywołana wcześniej starsza kobieta, a czasem nawet on sam – jako kilkunastoletni chłopiec. Surrealizm miesza się tu z realną problematyką. Czy historia Europy drugiej dekady XXI wieku będzie opowiadana pod znakiem ludzkich migracji: wędrówek, wyjazdów, powrotów?

Mobilność w wydaniu Krajňaka ma jeszcze inne wymiary, ponieważ dotyczy nie tylko podróży ludzi, ale także obrazów, opowieści czy przedmiotów przemierzających czasoprzestrzeń. W „Carpathii” podróż w czasie nie jest czymś zaskakującym; podobnie jak nie zaskakuje cofanie czasu. W jednej „scenie” – bardzo filmowej – od tyłu zostają „puszczone” wojenne klisze: „Niespodziewanie martwe ciała zaczynają się ruszać. Wstają. Wszystko w nieuchwytny sposób przyspiesza, a żywi nie są w stanie już tego zatrzymać. Ktoś jakby za pomocą siły wyższej cofnął wydarzenia. Z ciał wylatują kule, krew na powierzchni roztapia się i wcieka do gorących ran. Potem ci ożywieni żołnierze szybko opuszczają wioskę” (s. 71). Czy właśnie nie tak postępujemy z historią, kiedy chcemy odtworzyć jej bieg; kiedy razem z nią „podróżujemy” jak na puszczonym w drugą stronę filmie?

Sam bohater książki odtwarza rozmaite historie – w tym analizuje swój-nieswój koniec życia, który następuje poprzez makabryczne rozerwanie koniem. Sytuacja dzieje się na pograniczu ukraińsko-polskim, gdzie podczas wojny obie strony wyrzynają się w regularnych walkach. Bohater patrzy oczami ukraińskiego chłopa, którego polski żołnierz – wyzywając od „upowców” – prowadzi na śmierć w towarzystwie „napuszonych orłów”: „Specyficzny ułamek sekundy definitywnego końca. Nieustannie biegnący koń. Zatrzymujemy się tuż przed wioską, koń rozchylonymi nozdrzami wdycha moją śmierć” (s. 41-42). Maroš Krajňak umiera razem z postaciami, których losy opowiada – umiera wielokrotnie, bez końca.

Doskonały rozkład i potem naturalne gojenie”

Im głębiej wnikamy w narrację „Carpathii”, tym bardziej staje się ona niejasna – to niekoniecznie zaleta tej prozy, ale można ją interpretować jako nieokreślony stan ducha współczesnego mieszkańca (właśnie: „mieszańca”) Europy Środkowej. Przypominanie sobie opowieści z przeszłości, grzebanie w zakopanej głęboko w ziemi historii, nawet rozdrapywanie ledwo zabliźnionych ran (czyli biografii tych, którzy jeszcze pamiętają tragiczne wydarzenia wojenne, obozowe, przesiedleńcze) – to wszystko składa się na efemeryczność środkowoeuropejskiej tożsamości. Tożsamość jest tym trzecim, obok pamięci i mobilności, wyróżniającym się wątkiem „Carpathii”.

Narracja Krajňaka to perspektywa pisarza środkowoeuropejskiego, który odtwarza życie na pograniczu. Właśnie tu, w tym specyficznym miejscu, przecinają się jednostkowe biografie i wielkie historie: podobnie piszą choćby Martin Pollack („Po Galicji”), Andrzej Stasiuk („Jadąc do Babadag”) czy Jurij Andruchowycz („Leksykon miast intymnych”). Różnica polega być może na tym, że podróżujący (realnie i „magicznie”) przez Podkarpacie i okolice bohater nie gra tu pierwszoplanowej roli – u Stasiuka, niech to będzie jeden tylko przykład, zawsze chodzi o podkreślenie wyjątkowości przeżyć bohatera; auto/biografia jest chyba silniejsza w jego wypadku niż biografia miejsca. Natomiast Krajňak, w tych swoich nieco odrealnionych podróżach przez karpackie horyzonty, raczej oddaje charakter miejsca, nawet jeśli jest to poniekąd miejsce wymyślone – wspomnienia są przecież ulotne, historia nietrwała, a teraźniejszość nie daje pewności, że możliwa będzie jakakolwiek przyszłość.

Zapominanie o tym wszystkim, co się wydarzyło, jest cechą charakterystyczną współczesności: „Wyłapuję obrazy opuszczonych drewnianych domów, które już niedługo znikną. Fascynują mnie. Później do nich wracam. W ich zabitych deskami oknach widzę wyrzut, że nigdy nie zajrzałem do środka. Mogłem ich wnętrzności schwytać w myślach, a następnie znowu przemienić na rzeczywistość” (s. 66). Czy nie o czymś podobnym – ale nieco inaczej (bardziej osobiście?) – pisał Stasiuk w „Dukli”? O potrzebie konkretu? O niemożliwości uchwycenia tego, czego nie ma? O trudnej do zniesienia niepamięci? „Zawsze chciałem napisać książkę o świetle. Nie potrafię znaleźć innej rzeczy, która bardziej przypominałaby wieczność. Nigdy nie potrafiłem wyobrażać sobie rzeczy, które nie istnieją” (Stasiuk 2005: 49). Krajňak: „Podczas swojej drogi w czasie zdezorientowani opuszczamy te twarze, detale, kolory, wykonanie, zapach, porządek, czystość i brud, reakcję na wodę i powietrze, na owady, na pleśnie i ogień, na doskonały rozkład i potem naturalne gojenie” (s. 66). Może właśnie taka jest tożsamość mieszkańca dzisiejszej Europy Środkowej – wielowarstwowa, efemeryczna, niedostępna?

Konkluzja nie jest pocieszająca, ponieważ wszystko – tożsamość, świadomość, życie – musi się najpierw rozpaść, żeby mogło powstać coś nowego.

Zakończenie

Z książki Maroša Krajňaka dałoby się wyciągnąć i taki wniosek: Środkowi Europejczycy, zamieszkujący poniekąd znikającą część kontynentu, skoncentrowani są na bezustannym opowiadaniu o własnej przeszłości. Być może robią to dlatego, żeby załatwić niezałatwione sprawy? Rozwiązać nierozwiązywalne spory? Albo ocalić to, co wydaje się już dzisiaj trudne do ocalenia?

Być może, a jeśli tak, to byłby w tym wszystkim zaklęty niepokojący fetysz przeszłości – masochistyczne rozdrapywanie ran, które wciąż na nowo pieką całkiem realnym bólem. Na ile potrzebujemy dzisiaj dyskusji o okropieństwach drugiej wojny światowej, przymusowych migracjach, sąsiedzkiej nienawiści? Po lekturze „Carpathii” należy chyba postawić tezę, że jeśli Europa nie wyleczy połowicznie zaleczonych chorób przeszłości, to jej teraźniejszość nie stanie się ani lepsza, ani na tyle przyjazna, żeby spokojnie w niej żyć.

W powieści Krajňaka „nieustannie biegnący koń” jest czarny. Ja wolę myśleć, że ma blade umaszczenie i będzie biegł aż po kres historii – przykrywając niejedną tradycję i kulturę szarym pyłem spod kopyt. Czy musimy się godzić na jego okrucieństwo? Niekoniecznie.



LITERATURA:

1. Cywiński P.: „Kresy. Między winą a powinnością”. „Kontakt” 2015, nr 28, s. 32–37.

2. Kopča M.: „Rusinsky pribeh?”. „Knižná revue” 2012, nr 5, s. 4.

3. Pomian K.: „Tożsamość Europejska. Miejsce i rola regionów w Europie”. W: tegoż: „Europa i jej narody. Trzecie wydanie polskie dopełnione innymi esejami o Europie, jej historii i jej kłopotach”. Przeł. Małgorzata Szpakowska. Gdańsk 2009.

4. Sherwood J.: „A Beginners Guide to the Slovak Book and Literature Market”. 2013, publishingperspectives.com.

5. Stasiuk A.: „Dukla”. Rysunki Kamil Targosz. Wołowiec 2005.

6. Stasiuk A.: „Dziennik okrętowy”. W: J. Andruchowycz, A. Stasiuk: „Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową”. Wołowiec 2007.

7. Uličianska Z.: „Zóny Carpathie sú hádankou”. „SME” z dn. 10 lipca 2012, kultura.sme.sk.
Maroš Krajňak: „Carpathia”. Tłum. Weronika Gogola. Książkowe Klimaty. Wrocław 2015 [Seria Słowackie Klimaty].